Fot. The CW

Święto Dziękczynienia (The Carrie Diaries, S01E06)

Artykuł zawiera spoilery.

W tym tygodniu Carrie miała gorszą oglądalność i znów pojawiły się plotki o skasowaniu serialu, co martwi mnie, bo osnuty wokół tematu relacji rodzinnych Endgame bardzo mi się podobał. Nie wiem, czy zauważyliście, ale postacie rodziców są w serialach dla nastolatków albo zupełnie nieobecne, albo okrutnie stereotypowe. Oczywiście można wymienić parę prawdziwych osobowości, stanowiących wyjątek od tej reguły, jak tata Kurta w Glee czy niezapomniana Joy w Buffy, ale i tak są to bohaterowie drugiego planu, jako tacy nakreśleni w sposób mocno przerysowany. W The Carrie Diaries moją uwagę z odcinka na odcinek coraz bardziej przykuwa subtelny sposób, w jaki Matt Letscher odgrywa rolę ojca, Toma Bradshaw. Czasem apodyktycznego, zniecierpliwionego i wybuchowego, szczególnie w sytuacjach gdy sobie nie radzi z rzeczywistością, częstokroć niepraktycznego i „niedzisiejszego”, ostatecznie jednak pokonanego przez miłość dla córek, które w jego oczach i sercu zawsze będą małymi dziewczynkami. Jest to postać dyskretna, cicha, nie mówi zbyt wiele, nie narzuca się ze swoją obecnością, a jednocześnie wydaje mi się kompleksowa, skomplikowana i prawdziwa. Autentyczność jest tu chyba kluczem, to prawdziwy człowiek, a nie konstrukt wytworzony po to, by zapełnić serialową szufladkę z napisem „rodzic”. Nawet gdy jest niesprawiedliwy – wzrusza mnie. Może się teraz komuś narażę, szargając świętość, ale to jest dla mnie bohater na miarę Ruth Fisher (Frances Conroy) z Six Feet Under. Ona była właśnie taka, jedyna w swoim rodzaju, filar rodziny, czasem nadmiernie nerwowa, innym razem odważniejsza niż wszyscy dookoła, potem znów nad wyraz poetycka i krucha. Tom jest podobny, postać świetnie zagrana półtonami, a w jego wątpliwości i problemy zaczęłam się angażować równie mocno jak w perypetie „tytułowej” córki.

Fot. The CW

Fot. The CW

Rodzina Bradshaw obchodzi pierwsze święta po śmierci mamy. Carrie stara się uhonorować rodzinne tradycje, biorąc na siebie przygotowanie uroczystego obiadu, w tym sztandarowego indyka. To o wiele za dużo dla nastolatki, która nigdy nie gotowała, tym bardziej, że Dorrit sabotuje event, paląc trawkę za domem, niszcząc przepisy i ukrywając książki kucharskie.

Gdy młodsza siostra próbuje zrujnować wysiłki starszej, Tom zupełnie nie zdaje sobie sprawy z ciężaru, jakim obarczył pierworodną. Nic dziwnego, że w kulminacyjnej scenie indyk wraz z piekarnikiem dosłownie eksploduje – nie da się odgrywać dawnych ról ani nie można na siłę cofnąć czasu. Nigdy nie będzie już tak samo jak wcześniej. Do Toma w końcu dociera, że zostawił córki z przerastającym je problemem organizacji obarczonego dużym emocjonalnym ładunkiem Dnia Dziękczynienia, i że zawalił sprawę, relaksując się na kanapie w salonie, jakby nic się nie zmieniło, zamiast być z nimi i im te trudne święta zorganizować.

Fot. The CW

Fot. The CW

Co jeszcze w odcinku?

Szczęśliwe życie rodzinne Carrie, czyli rodzinę, która, choć się kłóci, to ze sobą rozmawia, darzy uczuciami i po prostu – razem mieszka, zestawiono ze światem bogatych i samotnych absztyfikantów bohaterki. Wnioski nasuwają się same – ten, kto jest bogaty, jest nieszczęśliwy, czyli w zasadzie: biedny. Bogaczem jest za to osoba mająca wokół siebie rodzinę, z którą może spędzić święta, dlatego wszystkie samotne dusze jak ćmy głodne światła orbitują wokół domu Carrie. Bo tak naprawdę wszyscy jej zazdroszczą. George dzieli się opowieściami o nieszczęśliwym dzieciństwie, Sebastian natomiast, zostawiony zupełnie sam przez matkę, która wolała spędzić Święto Dziękczynienia z  instruktorem tenisa w St Barthes niż z nastoletnim synem, za jedyne towarzystwo ma butelkę whisky. W poszukiwaniu ciepła zawędruje w końcu pod dom ukochanej – klasyczna dla tego typu seriali rozmowa na schodach domu – i na późnowieczorną przekąskę w towarzystwie jej przyjaciół, w niepewnej roli kolegi. Cudowna i dająca nadzieję jest scenka, w której Sebastian porozumiewa się – na gruncie sportu– z nieufnym wobec niego ojcem dziewczyny („I just hate the Cowboys!”). Fokus na rodzinę bardzo dobrze temu serialowi zrobił. Mocna rodzina może być mocną stroną produkcji, ponieważ urealnia historię i pozwala się z nią utożsamić.

Carrie przez cały odcinek stara się, żeby było idealnie. Dotyczy to zarówno wykwintnego obiadu, sporządzonego wedle sprawdzonych receptur, jak i rozwoju relacji z George’m. Nie można się oprzeć wrażeniu, że z tego wymuskanego związku wieje nudą. Podczas pocałunków w onirycznej scenerii Central Parku Carrie myśli o żurawinowym sosie – pocałunki zapewne nie są zbyt ekscytujące. Gdy George, jako jeden z zaproszonych gości, znajduje się w jej domu, a potem w jej pokoju – jest wyraźnie nerwowa i spięta. Nie chce, by chłopak poznał jej codzienną i nie wystylizowaną wersję, czyli tak naprawdę: nie chce, by ją poznał. Rozluźnia się dopiero późnym wieczorem, w gronie osób, przed którymi nie musi niczego i nikogo udawać. I w towarzystwie Sebastiana, który przyznaje, że za nią tęsknił. Odcinek kończy się happy endem.

Fot. The CW

Fot. The CW

Najsłodsza scena odcinka: Hello Kitty Collection!

Gadżet odcinka: rękawiczki z kolorowymi palcami.

Najlepszy dialog: George w roli Sherlocka Holmesa bezbłędnie rozpracowuje Dorrit.

Najlepsza scena: konfrontacja Maggie z kochankiem i decydująca, rzucona przez zęby kwestia: „I think you should get out!”. Scena trochę przeraża, jeśli mam być szczera. Dziewczęcy, a nawet dziecinny pokój Maggie. Po świątecznej imprezie podchmielony kolega brata zakrada się do środka, siada na łóżku i zaczyna się do niej dobierać. Wiadomo, po co tam przyszedł, widzieliśmy tę parę wcześniej, ale dopiero teraz wyraźnie widać niestosowność sytuacji. Dorosły policjant i nastoletnia uczennica. Maggie jest jego ofiarą, szukającą ciepła i zainteresowania dziewczynką, którą uwiódł w wakacje, której nie traktuje poważnie i którą wykorzystuje. Maggie w nagłym przebłysku zdaje sobie sprawę, że wszyscy mężczyźni tak ją widzą, że mają o niej wyrobione zdanie. Maggie jest ładna, więc powinna się skupić na „złapaniu męża”. Pyskata Maggie to dla nich beztroska i „łatwa” dziewczyna. Dziewczyna na tyle głupia, że nie warto odkładać dla niej pieniędzy na college, bo na pewno nie pójdzie na studia, więc takiego funduszu w puli rodzinnych wydatków po prostu nie ma. Ona sama do tej pory nie myślała o przyszłości, żyjąc chwilą, ale gdy wreszcie zaczęła myśleć, okazało się, że nie przewidziano dla niej zbyt wielu szans, bo nikt w nią nie wierzy, na czele z rodziną. Smutne jest, że jedyny chłopak przekonany, że Maggie mogłaby osiągnąć wszystko, czego zapragnie  to dochodzący do ładu ze swoimi homoseksualnymi skłonnościami Walt. Mam nadzieję, że teraz Maggie się zmieni, zacznie szanować samą siebie i że obserwować będziemy ewolucję tej postaci.

Fot. The CW

Fot. The CW

Odcinek kończy podane z offu motto: „If we focus on the endgame, we can miss the fun of the journey” – i tego pozostaje życzyć bohaterom. Żeby planując przyszłość lub próbując uhonorować to, co bezpowrotnie minęło, nie zapomnieli o urokach Nastoletniego Teraz. Do zobaczenia za tydzień!

The Carrie Diaries
S01E06: Endgame
emisja: 18.02.2013

Pirjo Lehtinen: człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

← Poprzedni odcinek
Następny odcinek →

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.