Oh, boy! (Quantum Leap)

Oh, boy! (Quantum Leap)

Artykuł nie zawiera spoilerów.

 

Theorizing that one could time travel within his own lifetime, Dr. Sam Beckett stepped into the Quantum Leap accelerator… and vanished.

He woke to find himself trapped in the past, facing mirror images that were not his own and driven by an unknown force to change history for the better. His only guide on this journey is Al, an observer from his own time, who appears in the form of a hologram that only Sam can see and hear.

And so Dr. Beckett finds himself leaping from life to life, striving to put right what once went wrong, and hoping each time that his next leap will be the leap home.

Obudzony w środku nocy, wyrecytuję to z pamięci.

(A potem zanucę melodię tytułową.)

[Quantum Leap]

Fot. NBC via gifsoup.com

Jednym z dziwniejszych zjawisk popkultury jest niechęć do bohaterów pozytywnych. Dajcie mi grosik za każdą wypowiedź w Internecie, głoszącą: „Uwielbiam Snape’a i Malfoya, ale Harry to takie trochę ciepłe kluchy :P” czy „Superman… nuuuda! Batman lepszy…”, a w ciągu miesiąca uzbieram na prywatną wyspę. Mrok, cierpienie, problemy: tak, oto dowód głębi, oto warunek konieczny dla stworzenia ciekawej postaci. Zalety, walka po stronie dobra, pozytywne cele? To dobre dla dzieci!

A ja do tych ciepłych kluch mam słabość. Wzrusza mnie szlachetność Supermana, z całych sił kibicowałem Harry’emu i pisałem fanfiki do Buszującego w zbożu. Może czyni mnie to popkulturowym hipsterem, nie wiem. Ale wychodzę z założenia, że walki, problemy i głębie są ciekawe tylko o tyle, o ile chodzi w nich o coś więcej niż zemstę czy zniszczenie ludzkości. Zło, cierpienie – to dopiero banał.

Za takie moje poglądy Quantum Leap jest odpowiedzialny co najmniej w połowie.

(Za drugą połowę odpowiada Doktor.)

[Quantum Leap]

Fot. NBC

Bo Sam Beckett jest dobry. Po prostu. Genialny naukowiec (IQ równe 267!), siedem doktoratów, świetny muzyk, śpiewak i tancerz, człowiek, który nie tylko opracował projekt podróży w czasie, ale też niemal w pojedynkę tchnął weń życie – spędza dzień za dniem, naprawiając związki, odbudowując rodziny i ściągając z drzew małe kotki.

Faustowski to serial: naukowiec, którego potęgę większa jeszcze Potęga bierze w swoje ręce i zmusza, by działał dla ludzkiego dobra. Aż do ostatniego odcinka nie jest jasne, kto lub co właściwie kontroluje skoki Sama. Bóg? Czas? Los? Bo na pewno nie projekt Quantum Leap, w którym grupka nam współczesnych technomagów drapie się w głowy nad ekranem superkomputera Ziggy’ego (dopiero po latach doceniłem ten dowcip), usiłując dociec, co też tym razem zagubiony w czasie Skoczek musi zrobić, by ruszyć dalej. A są to zadania niełatwe: każdy kolejny skok przynosi nieoczekiwanie wyzwania i zupełnie nowe zagrożenia. Może trzeba będzie obronić młodą dziewczynę przed linczem? Powstrzymać weterana wojennego przed samobójstwem z depresji? Podpowiedzieć Buddy’emu Holly’emu refren do Peggy Sue?

Pamiętam oglądanie Quantum Leap razem z moim tatą na istniejącym onegdaj RTL7. Ja – zafascynowany kolejną niezwykłą przygodą, w którą wpakował się Sam. On – być może wciągnięty kolorową, pełną humoru opowieścią o tym, jak zmieniały się Stany Zjednoczone. Z nostalgią tak to zwykle bywa, że (obejrzane, przeczytane po raz wtóry) rzeczy ciepło pamiętane rzadko wytrzymują próbę czasu. Quantum Leap należy do tych rzadkich wyjątków. Wróciłem do tego serialu na studiach i nie tylko się nie zawiodłem – doceniłem jeszcze bardziej.

[Quantum Leap]

Fot. NBC

Bo Zagubiony w czasie to serial świetnie zrobiony. Jasne, założenia podróży w czasie ma niespójne i wewnętrznie sprzeczne. Pewnie, niektóre fabuły/problemy powracają po wielokroć w innych tylko kostiumach. Oczywiście, dwa ostatnie sezony zaczęły mieszać w formule, wprowadzając nie zawsze szczęśliwe nowinki. Ale to wszystko nie ma znaczenia, bo twórcom tego serialu udało się wiele.

Przede wszystkim – udały im się postacie. Sam Beckett (Scott Bakula) i Al Calavicci (Dean Stockwell) to ekranowy duet, od którego nie sposób oderwać wzroku. Dzielny, szlachetny, nieco harcerzykowaty Sam, wielbiciel koszul w kratkę i kukurydzianych pól Indiany – i barwny, gadatliwy kobieciarz Al, fan absurdalnej mody i reperowania cennych urządzeń jednym ciosem pięści. Dziwaczna, niemożliwa przyjaźń, cementowana tysiącem wspólnych przygód. Dynamikę tego (dość klasycznego, przyznajmy) zestawu bohaterów wzbogaca fakt, że Al to hologram, więc wspomóc przyjaciela może co najwyżej radą (co zresztą generuje całe mnóstwo humoru). Na głównych postaciach radość oglądania się jednak nie kończy, bowiem dzięki pojemnej formule serialu co odcinek mamy do czynienia z nową obsadą – i prawie z każdego wyłowić można aktorskie perełki.

[Quantum Leap]

Fot. NBC

Druga rzecz, która się udała, to pomysł. Bo przecież wcielanie się w różne osoby to nie tylko sprytny sposób, żeby co odcinek wrzucić bohatera w nową, niezwykłą awanturę. To też znakomite narzędzie, by pokazać w przekroju pewną epokę i z życzliwą, ciepłą ironią wytknąć jej błędy oraz śmiesznostki, ale też pochwalić to, co było dobre. Przydałby się w Polsce taki serial, takie zdystansowane spojrzenie na własną historię i kulturę. Podróż Sama bowiem to zarazem droga przez zbiorową wyobraźnię – przemierzając wraz z nim kolejne konwencje i estetyki (horror z młodocianym Kingiem w tle, dramat historyczny w trakcie wojny secesyjnej, thriller polityczny osnuty wokół zabójstwa Kennedy’ego), słuchając różnych, nieraz sprzecznych głosów, gubimy gdzieś całościową, spójną wizję dziejów, jasną i prostą jak kawałek sznurka. Uczymy się patrzeć na historię, jak na dzieci schyłku XX wieku przystało: jak na dziwny, barwny, fantastyczny zbiór bajek, który ktoś nam kiedyś opowiedział.

[Quantum Leap]

Fot. NBC via gifsoup.com

Bo trzecią rzeczą spośród wielu, które się twórcom Quantum Leap udały, jest przesłanie, wspólne najlepszym fabułom o podróżach w czasie, takim jak Doctor Who i Powrót do przyszłości: myśl, że jedyną stałością jest zmiana. I że prawdziwy bohater to ten, kto potrafi, niezależnie od okoliczności, na przekór zagubieniu i zwątpieniu, stanąć po stronie dobra. Zadziałać. Powiedzieć „nie”, gdy łatwiej byłoby milczeć. Zaryzykować, jeśli istnieje mała choćby szansa (którą usłużnie obliczy nam Ziggy), że można coś zmienić na lepsze. Sam nie kwestionuje tego, w jaką rolę życie wrzuciło go tym razem – księdza, kaskadera, nastoletniej matki – tylko z miejsca pyta, co jest do zrobienia: komu pomóc, co wyprostować, gdzie dołożyć cegiełkę, żeby zrobiło się choć trochę jaśniej. A w międzyczasie uczy Michaela Jacksona moonwalka, śpiewa Volare na włoskim weselu, wygrywa turniej bilardowy, pokazuje Chubby’emu Checkerowi, jak się tańczy twista, rodzi dziecko, bije rekord świata w prędkości lotu i odkopuje starożytne mumie, a potem – bo przecież nic nie trwa wiecznie – skacze wprost w kolejną przygodę. Byle dalej. Byle naprzód. Tyle jeszcze jest do zrobienia.

Przemek Zańko: czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.

Przemek Zańko

Czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.