Niezdrowy rozsądek (House, M.D.)

Niezdrowy rozsądek (House, M.D.)

Artykuł zawiera spoilery z zakończenia serialu.

Gdy będę już piękny, młody, sławny i bogaty, jak to od wielu lat planuję, jeden z rozdziałów mojej liczącej tysiąc z górką stron autobiografii poświęcę serialom, które mnie stworzyły. Napiszę o tym, jak LOST nauczył mnie analizować, Six Feet Under pomogło oswoić się z myślą o śmierci, a Doctor Who pokazał, że warto czasem być niepoważnym. Ale najbardziej poczesne miejsce w tym rozdziale zajmie opowieść o frapującej produkcji, która na kilka lat stała się dla mnie podstawą myślenia o życiu. Proszę Państwa, oto House, M.D.

[House]

Fot. Fox via 9gag.com

Pamiętacie Małego Księcia i Lisa? Odkąd oswoili się nawzajem, lis nie widzi już na polach zboża – widzi kolor włosów przyjaciela. Podobnie, myślę, rzecz się ma z dziełem, które naprawdę do człowieka trafi. Bo nie tylko myślę cytatami z serialu, nie tylko porównuję to, co przeżyłem, z losami bohaterów – przejąłem też nieco ze światopoglądu. Bo House, M.D. to przy wszystkich swoich wadach kawał świetnej, spójnej, sugestywnej telewizji.

Jak z reguły wyglądają procedural dramas? Cóż, pełne są Fachowców. Pisałem o tym typie postaci przy okazji omawiania Life on Mars – jest to człowiek świetny w swym zawodzie, profesjonalny aż do bólu, dzięki czemu zdobywa prawo bycia rebeliantem: może do woli naruszać prawa i konwenanse. Mamy więc w proceduralach na ogół grupkę osóbek dość papierowych, zredukowanych niemal do fachu, który wykonują, poświęconych swojej pracy tak dalece, że gotowi są robić – i robią – prawie wszystko, byle osiągnąć swój cel: schwytać złoczyńcę, wyleczyć pacjenta, wygrać sprawę w sądzie. Głównym bohaterem jest tu Prawda – a postacie istnieją po to, by ją odkryć, boż i są przecie kolejnymi wcieleniami najważniejszej dla współczesnego człowieka figury: Detektywa.

Powiązań doktora House’a z tą postacią daleko szukać nie trzeba. Wszystko, od nazwiska począwszy, a na lasce i nałogach skończywszy, odsyła w nim do Detektywa Detektywów, czyli Sherlocka Holmesa. A jednak House to ktoś więcej niż kolejna kopia, uwspółcześniona wersja archetypu – House to eskalacja. To Detektyw Ostateczny, który dla Prawdy gotów jest poświęcić ciało, umysł, związki z ludźmi i życie.

Czego łaknie Detektyw? Zrozumienia. Nie szuka prawdy z ciekawości, nie ściga jej dla rozrywki: chce wiedzieć, bo świat to jeden wielki chaos – i tylko układając puzzle w całość, tylko rozwiązując zagadkę, można na chwilę nadać mu sens.

[House]

Fot. Fox

Ten głód sensu jest w House’ie obecny bez przerwy. Kiedy nie wystarcza kolejne niezwykłe schorzenie, kolejny chory Bóg wie na co pacjent – rozgryza pracowników i przyjaciół, bo jego nieprzeciętny umysł nie może znieść ani chwili bezczynności. Liczą się tylko odpowiedzi, bo House nie wierzy w nic innego i nic innego satysfakcji mu dać nie może. W tym sensie małe, białe tabletki, łykane ochoczo w ilościach hurtowych, są najmniej destrukcyjnym z jego nałogów – bo tym, co naprawdę House’a uzależnia, jest to momentalne olśnienie, tych kilka drogocennych sekund szczęścia, gdy wszystko staje się jasne.

Gregory House to może najbardziej konsekwentnie poprowadzona postać w historii amerykańskiej telewizji. Jego twardy racjonalizm, jego cynizm i skłonności do autodestrukcji, jego niezdolność i niechęć do zmiany okazują się stałe jak prawa fizyki. Przechodzi ewolucję, rzecz jasna – lecz jest to ewolucja jak po grudzie, powolne, bolesne szarpanie się w kleszczach własnego pokręconego umysłu. House to człowiek obsesyjny, monomaniak, którego fiksacja na szukaniu prawdy wpędza w coraz głębsze nieszczęście. Gdy w piątym sezonie kuracja metadonem na chwilę leczy go z bólu, stępiając też nieco dociekliwość w kwestiach medycznych, House dochodzi do wniosku, że albo jest genialnym lekarzem, albo nikim – i wybiera ból. Jak na racjonalistę przystało, nie ceni nic poza własnym umysłem, a zbudowawszy całą swoją osobowość na tym pojedynczym fundamencie, nie może nigdy go utracić, bo rozsypałby się wtedy jak domek z kart.

Fot. Fox via tumblr.com

Fot. Fox via tumblr.com

House, M.D. to triumf rozumu. Dla Detektywa nic nie jest święte – będzie drążył, aż dotrze do prawdy, nawet jeśli ta prawda przyniesie jemu i innym nieszczęście. Lecząc kolejnych pacjentów, przeszukując ich domy i przesłuchując bliskich, House nieraz obnaża wieloletnie kłamstwa i odkopuje pogrzebane sekrety, rozbijając małżeństwa i rodziny. Prawda jest wszystkim, szczęście niczym – więc nie waha się też posyłać ludzi do więzienia, pozbawiać ich pracy czy boleśnie rozbijać iluzji, w których żyją, bo dla krytycznego rozumu nie ma granic nie do przekroczenia.

Sam House, Rozum Wcielony, urasta przez to do rozmiarów olbrzyma. Jego osobowość rozsadza ramy konwencji, zmieniając medical drama pełną marionetkowych postaci w serial skupiony wokół niego – wyjątkowego, genialnego medyka, który, niczym supermasywna czarna dziura, zakrzywia rzeczywistość wokół siebie i nagina ją podług swojej woli. Dr Cuddy to ledwie namiastka kontroli; swych podwładnych i cały mikroświat szpitala Princeton Plainsboro doktor House ustawia pod siebie jak szachownicę pełną pionków – i narzuca reguły gry.

Ostateczną prawdą jest materia. Foucault pisał o medykalizacji, jaka dotknęła kulturę zachodnią: o zagarnianiu przez medycynę tych sfer życia, które kiedyś mieściły się w porządku wiary, prawa, obyczajów społecznych. W Doktorze House’ie wszystko jest chorobą. Łagodność i kultura osobista? Efekt guza mózgu. Wstrzemięźliwość płciowa? Zaburzenie hormonalne. Głęboka miłość do dziewczyny? Skutek wrodzonej wady serca. Wiara w Boga? Obłęd. Każdy element życia daje się zredukować do materii, do objawu niedomagań ciała. A jeśli kilkanaście tabletek lub seria zastrzyków są w stanie diametralnie zmienić osobowość, to to, w co się wierzy i kim się jest, nie ma żadnej wartości. Toteż doktor House nie wierzy w nic i ma w sobie tyleż cynika, co klauna.

Fot. Fox

Fot. Fox

Ale House, M.D. to również jeden z bardziej wstrząsających obrazów klęski racjonalizmu. Bo cóż z tego, że House jest geniuszem? Co z tego, że ratuje innym życie, że rozwiązuje zagadki, że zna kilka języków, jest świetnym kucharzem i potrafi grać na pianinie? Żadna z tych rzeczy nie ma wartości i wie to sam House, zagryzając ból tabletkami i oddając się autoagresji. Krytyka czystego rozumu, jaka dokonuje się w serialu, wyraża się w jednym prostym fakcie: House nie jest szczęśliwy.

Nie umiem patrzeć na tę postać inaczej niż przez pryzmat historii, którą sam opowiada w jednym z odcinków. Jako dziecko oficera wojskowego widział kiedyś w Indiach lekarza wywodzącego się z najniższej kasty – lecz o wiedzy tak ogromnej, że szanować musieli go wszyscy, nawet ci, dla których niewart był splunięcia. Dla House’a staje się to inspiracją: skoro nie może zmusić innych do tego, by go pokochali (bo ojciec tyran, bo słaba matka, bo trudny charakter), zmusi ich w takim razie do szacunku.

Wolta się udaje, lecz gorzki to triumf – bo respekt nie pomaga znosić bólu. Noga doktora House’a w żadnej mierze nie jest tylko źródłem fizycznego cierpienia: na przestrzeni serialu staje się symbolem wszystkiego, co bolesne, katalizatorem emocji, które stłumił, i nieznośnej samotności, którą wybrał. Boli, gdy odchodzą współpracownicy. Boli, kiedy nie chce go Cuddy. Boli, kiedy House traci pacjentów. Wobec bólu nie ma bohaterów, mówił bohater Roku 1984, a dopowiedzieć jeszcze trzeba: wobec bólu nie ma też mądrych. Cierpienia nie sposób zagłuszyć rozumem, nie sposób zracjonalizować, wyszukane przyjemności intelektu nie zaleczą emocji. Pozbawiony jakiejkolwiek wiary (w Boga, miłość, przyjaźń, szczęście, siebie), House nie ma żadnej obrony przed bólem – nic więc dziwnego, że wciąż zmierza ku zagładzie, z własnej woli ocierając się o śmierć.

Fot. Fox via tumblr.com

Fot. Fox via tumblr.com

Potrzeba aż utraty rozumu przez popadnięcie w szaleństwo, żeby House zobaczył prawdę, której w trakcie swojej wielkiej krucjaty przeciw obłudzie jakoś nie chciał widzieć: że zniszczy się sam. Ale i te zmiany, które przynoszą odwyk i terapia, okazują się w ostatecznym rozrachunku tymczasowe. House, M.D. to serial o niezdolności do zmiany. Motyw ten dominuje tak w historiach pacjentów, jak i w życiu kulejącego doktora. House jest w stanie jako-tako funkcjonować wyłącznie w określonych warunkach, w precyzyjnie wyznaczonej siatce społecznej, z Cuddy nad głową i stałym zespołem lekarzy, z regularnym, ściśle ustalonym planem dnia. Gdy w finale trzeciego sezonu Foreman, Cameron i Chase odchodzą, House manipuluje tak długo, aż w koncu wrócą do niego – a gdy odchodzą ponownie, zastępuje ich prędko trójką bardzo podobną. Nieprzypadkowo serial kończy się, gdy House pozoruje własną śmierć i wraz z Wilsonem odjeżdża w siną dal – jako człowiek skrajności doktor House wie doskonale, że jeśli ma dokonać zmiany, musi być ona gwałtowna (wóz albo przewóz!), musi stanowić kulminację jego pędu ku zniszczeniu, rozbić na kawałki świat i spalić wszelkie mosty. A cóż gwałtowniejszego nad śmierć? House, który porzucił medycynę, to już inny człowiek i formuła medical drama opowiedzieć już o nim nie może – więc doktor umiera dla świata, jak na Detektywa Detektywów przystało.

Co zostawia po sobie? Niewiele. Tylko cichy stukot laski, echo złośliwego żartu i pustkę rozmiarów małej, białej tabletki.

Fot. tampabay.com

Fot. tampabay.com

House, M.D.
Mystery/medical drama
Fox, USA, 2004–2012

Przemek Zańko: czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.

Przemek Zańko

Czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.