Fot. NBC

Miej serce i paczaj w serce (Community, S04E07)

Artykuł zawiera spoilery.

Kiedy miałem jedenaście lat, do naszej klasy dołączył nowy kolega, który z miejsca stał się obiektem drwin, docinków i wszelkich innych przejawów okrucieństwa, do jakich zdolne są dzieci w piątej klasie (na przykład obrzucania patykami w parku). Do dzisiaj nie wiem, dlaczego właściwie tak się stało, czy sprowokował nas jego wygląd łagodnego giganta (oczywiście jak na jedenastolatka) połączony z próbami pozowania na macho i agresywnym niekiedy zachowaniem, czy za wszystko odpowiadał fakt, że dzieci w tym wieku, zbliżając się do okresu dojrzewania, stają się małymi potworkami.

Trwało to przez parę tygodni, aż pewnego dnia naszła mnie… nie chcę tego nazywać refleksją, gdyż nie sądzę, by ograniczona świadomość jedenastoletniego mnie była w stanie przejść taki proces. Użyjmy słowa „objawienie”. Objawienie przybrało formę pytania: „Dlaczego właściwie z nim nie pogadać? Kto wie, może to interesujący człowiek?” Jak mi się pomyślało, tak zrobiłem. I cóż, rzeczywiście okazał się… interesujący. Na swój sposób. (I przypuszczalnie trochę szalony). Ale najistotniejsze było to, że od tego momentu stopniowo udało mu się wejść w życie klasy, już bez większych konfliktów. Cały ten przydługi wstęp dlatego, że najnowszy odcinek Community obrazuje dwie bardzo podobne do wyżej opisanej sytuacje, niby ze sobą kontrastujące, ale w gruncie rzeczy zawierające tę samą myśl.

Sytuacja wyjściowa: Greendale ma odwiedzić Archie, obibok z zamożnej rodziny, szukający dla siebie uczelni. Tak zwany „wieloryb” (por. Pierce Hawthorne). Typ niezwykle pożądany przez wszystkie uczelnie, gdyż z pewnością będzie studiował długie lata, opłacając przy tym uczestnictwo w zajęciach, poprawki, dostęp do VIP-owskich szafek itd. Dziekan postanawia zrobić wszystko (wszystko), by Archie wybrał Greendale. Zaciąga do pomocy Annie i Brittę, Jeff również postanawia pomóc (rozwój postaci!), chcąc wymigać się od spędzania czasu z Pierce’em – więc oczywiście jego zadanie będzie polegało na odwróceniu uwagi Pierce’a, który mógłby popsuć całe przedsięwzięcie. Abed zakłada fraternity, a Troy i Shirley biorą udział w zajęciach z nauczania wychowania fizycznego.

Zacznijmy od najbardziej sympatycznego (i moim zdaniem potrzebnego) wątku. Już wspominałem w tym sezonie o tym, jak źle traktowany jest Pierce, z jednej strony przez scenarzystów, którzy wykorzystują go tylko do kolejnych rasistowskich żartów, z drugiej – przez pozostałych członków grupy. Zresztą ani nie od dzisiaj, ani nie od wczoraj, ten wątek przecież miał już swoją kulminację w drugim sezonie. A jednocześnie wszystko dalej toczy się tak samo, do jakiegoś stopnia pewnie z winy samego Pierce’a, który ani trochę nie zmienił swojego zachowania. Grupa jest mu więc w dalszym ciągu tak samo niechętna. Przede wszystkim Jeff – a to przecież na znajomości z nim najbardziej zależy Pierce’owi. Wyjście do włoskiego golibrody to świetna okazja, żeby podkreślić wspólne cechy obu bohaterów (sygnalizowane dawno, dawno temu, jeszcze w pierwszym sezonie): zamiłowanie do luksusu i finer things in life, ale też problemy z ojcami. Koniec końców Pierce okazuje się całkiem w porządku – jeśli tylko dać mu szansę. I to chyba kluczowa lekcja, której zabrakło wcześniej: uświadomienie sobie, że Pierce przez większość czasu zachowuje się tak, jak się zachowuje właśnie dlatego, że grupa go unika. A jego zachowanie z kolei jeszcze to unikanie potęguje. Błędne koło. Samonakręcająca się spirala niechęci. Jeff wreszcie zdaje sobie z tego sprawę i może podzielić się tym spostrzeżeniem z grupą w klasycznej Wingerowskiej mowie.

Włoski golibroda

Należało się spodziewać, że Jeff polubi to miejsce. | Fot. NBC

Wspomniałem już o podobieństwie między wątkiem głównym tego odcinka i historią Jeffa/Pierce’a. To podobieństwo zostaje ustawione już w jednej z pierwszych scen, kiedy dziekan prezentuje „wieloryba”, którego zamierza złowić – zdjęcie Archie’ego palącego pieniądze z uśmiechem na twarzy zastępuje zdjęcie Pierce’a w identycznej pozie. Pozorny kontrast: wszyscy chcą przyciągnąć do szkoły tego pierwszego, a pozbyć się drugiego, nie jest w stanie zataić faktu, że obaj są bogaci, rozpuszczeni i przez to jednocześnie niezbyt sympatyczni oraz bardzo samotni.

Archie

Chociaż z początku Archie wygląda na spoko gościa. | Fot. NBC

 

Community Archie dziekan i Annie

Fot. NBC

Jak już widzieliśmy w Documentary Filmmaking: Redux, dziekan jest w stanie zrobić dla szkoły bardzo wiele. Może nawet zbyt wiele. Transparent? Mountain Dew Cool Zone? To właściwie niemal codzienność w Greendale. Oddawanie komputera? Jedzie pan po pandzie bandzie, panie dziekanie, ale skoro City College podarowało chłopakowi skuter… Problem robi się poważny, kiedy Archie zaczyna wykorzystywać nadskakiwanie wszystkich dookoła i uznaje, że skoro dziekan daje mu rzeczy, to teraz ma on też prawo ich żądać. Britta (you go, girl!) jako pierwsza myśli i mówi to, co widzom już się ciśnie do głowy, ale pozostałym bohaterom jeszcze niekoniecznie: że takie nadskakiwanie jest obraźliwe i upokarzające dla pozostałych uczniów. Sprawa wymyka się spod kontroli, i to jeszcze zanim na scenie pojawi się tłum striptizerek oraz tańce w pianie.

Striptizerki i tańce w pianie.

Jak mówiłem… | Fot. NBC

Punktem przełomowym jest pojawienie się Magnitude’a. Nigdy specjalnie nie rozumiałem tej postaci (zresztą chyba nie ma tu zbyt wiele do rozumienia), ale entuzjazm, z jakim wykrzykuje swoją frazę jest zarówno ujmujący, jak i zaraźliwy.

Magnitude i jego „Pop Pop!”

Spójrzcie tylko na tę twarz. | Fot. NBC

Archie myśli podobnie, bo żąda: I want that to be my thing now. Zapada cisza, wszyscy doskonale zdają sobie sprawę, że to przesada, ale dziekan jest zbyt skupiony na celu. Zakazuje Magnitude’owi „pop-popować” i każe Annie go wyprowadzić (Alison Brie sprzedaje tę scenę swoimi sarnimi oczami). Impreza trwa dalej, wyrzuty sumienia udaje się zagłuszyć: w końcu to wszystko dla Greendale. Więc potrzebny jest jeszcze widok umęczonego, zmordowanego Magnitude’a, który przez całą noc próbował wymyślić sobie nowe powiedzonko. Diggly-doo? Dopiero wtedy do dziekana dociera, że nieważne, ile pieniędzy i ile bajerów będzie miało Greendale, jeśli będą do niego chodzić nieszczęśliwi ludzie. Władza już tak chyba ma, że łatwo służy abstrakcji (miastu, państwu), zapominając o ludziach, którzy są przecież zawsze sednem tego, co się robi.

I will not allow Greendale to lose the things that make it Greendale.

Fot. NBC

Ostatecznie – jakże by inaczej – wszystko kończy się dobrze, bo działa to samo, co zadziałało na Pierce’a. Archie’ego wystarczy potraktować poważnie i z szacunkiem (co dziekan wypowiada chyba trochę zbyt dosłownie; scenarzyści powinni się bardziej postarać albo po prostu przemowy podsumowujące morał danego odcinka należy zostawić Jeffowi), a on sam wtedy również spoważnieje.

Abed przewija się tym razem gdzieś w tle – chyba słusznie, bo jego wątek może co najwyżej wygrać kilka gagów, i to w sumie średnich. Widok facetów przebranych za niemowlęta: no spoko. Ściąganie gatek (które już było w The Art of Discourse) i przy okazji dowiedzenie, że dziekan ukradł Jeffowi bieliznę: okeeej…

Bielizna

Fot. NBC

Bielizna2

… | Fot. NBC

Wątek Shirley i Troya zajmuje trochę mniej miejsca i jest właściwie dość klasycznym sitcomowym wątkiem: następuje zaskakujące odwrócenie ról (swoją drogą: sądziłem, że Troy wyrósł już ze swoich korzeni i mentalności sportowca; z drugiej strony powrót w dawne środowisko często sprawia, że wracamy również do dawnych zachowań), osoba, po której byśmy się tego nie spodziewali, nagle okazuje się lepsza od osoby, która powinna świetnie sobie radzić z daną czynnością, później jednak pomaga ona tej drugiej polepszyć swoje umiejętności i dochodzi do pogodzenia. Jak trafnie podsumowuje ta recenzja: istota „nowego” Community zdaje się opierać na tym, że bohaterowie co tydzień na nowo uczą się lubić siebie nawzajem. Jak w klasycznym sitcomie – co samo w sobie nie musi oczywiście być złe. Ale chyba jednak trochę szkoda, bo Community było inne i bardzo tę inność lubiłem.

Community
S04E07: Economics of Marine Biology
emisja: 21.03.2013

← Poprzedni odcinek
Następny odcinek →

Artur Nowrot: czło­wiek-i­ma­gi­na­cja! U­ro­dził się na Gór­nym Śląs­ku, miesz­ka w Kra­ko­wie – cho­ciaż lu­bi czys­te po­wie­trze. Chło­nie książ­ki, ko­mik­sy i se­ria­le, a wra­że­nia­mi dzie­li się tu­taj i na Wysznupanych. Re­da­gu­je i tłu­ma­czy. Jed­no ży­cie mu nie wys­tar­cza, więc naj­chęt­niej wy­myś­la his­to­rie (do ich spi­sy­wa­nia już się mu­si zmu­szać).

Artur Nowrot

Czło­wiek-i­ma­gi­na­cja! U­ro­dził się na Gór­nym Śląs­ku, miesz­ka w Kra­ko­wie – cho­ciaż lu­bi czys­te po­wie­trze. Chło­nie książ­ki, ko­mik­sy i se­ria­le, a wra­że­nia­mi dzie­li się tu­taj i na blogu Wysznupane. Re­da­gu­je i tłu­ma­czy. Jed­no ży­cie mu nie wys­tar­cza, więc naj­chęt­niej wy­myś­la his­to­rie (do ich spi­sy­wa­nia już się mu­si zmu­szać).