Fot. HBO

Saga o robieniu Lodów bez Ognia (Game of Thrones, S01–02)

… czyli czekając na Grę o Srom 

Fot. HBO

Fot. HBO

Artykuł zawiera spoilery.

Ten tekst miał się zaczynać inaczej. Dowcipy miały być moje, okazały się jednak słabsze od dowcipów cudzych. Pośmiejmy się zatem razem, oglądając poniższy filmik (pewnie widzieliście, może nie), bym potem mógł uraczyć was refleksją w nawiązaniu i podążyć dalej w mrok.

Ok, zabawne, ale przede wszystkim doskonale trafne. Zestaw ujęć tworzy złudzenie tamtej pamiętanej-zapomnianej epoki i pozwala zadać sobie pytanie, jakim serialem byłaby tamta, hipotetyczna, mniej niż hipotetyczna (w 1995 roku nie ukazał się przecież jeszcze pierwszy tom Sagi pieśni lodu i ognia) Gra o Tron. Naiwnym, irytującym, uproszczonym, pełnym sucharów recytowanych na śnieżnobiałym uśmiechu – tak. A jednak kręci mi się retoryczna łezka w oku, kręci się nad pruderią ówczesnej telewizji. Oczywiście mówimy o czasach Baywatcha i nikt z naszych rodziców nie użyłby tego określenia, ale przecież wiemy o co chodzi. Nie wiem jak wy, ale ja mam ochotę na małą dewolucję seksualną na ekranie i na przykładzie Gry o Tron postaram się pokazać, że nie mam na myśli ochrony przyzwoitości publicznej czy wartości rodzinnych, a jedynie ochronę jakości obniżanej bezczelnie pod hasłem odwagi. Bezczelność musi zostać zdemaskowana, dość chowania się za cyckiem.

Fot. HBO

Fot. HBO

Pierwszy sezon to był dobry sezon. Niewiele rzeczy można było przecież zepsuć. Na talerzu pełnokrwiści bohaterowie, interesujący świat, dobrze skrojona intryga, fenomenalne opisy jedzenia, smoki i błogosławieństwo Martina okraszone chętną współpracą. No i seks. Udało się. Nie znam żadnego przedserialowego fana sagi, który byłby zadowolony w pełni, ale tak to już przecież jest z fanami książek, że oni nigdy nie są zadowoleni w pełni. Tym razem podjara wystąpiła w stopniu pozwalającym na nienaciągane odtrąbienie sukcesu. No i jeszcze masa radości związana z protestami ludzi, którzy nie mogli dojść do siebie po ścięciu Eddara. Wróćmy jednak do seksu. Pisanie o odwadze w kontekście tego, jak HBO pokazuje sceny erotyczne, zakrawa dzisiaj na kpinę. Nie nazywamy zwykle odwagą spełniania zachcianek milionów widzów. Nie nazywamy śmiałymi scen, na które wszyscy czekają już nawet bez specjalnego podniecenia. To znaczy, cóż, nazywamy i uczestniczymy w fałszywym teatrzyku przydawania niezasłużonego splendoru realizatorom oczywistości. Skończymy z tym. Pierwszy sezon Gry o Tron dowodził, że scenarzyści panują nad wątkami erotycznymi w takim samym stopniu jak nad całą resztą wątków. Dowodził sprawnych umiejętności rzemieślniczych w przykrawaniu materii powieściowej do ram serialu i pozwalał mieć nadzieję na przyszłość nie mniejszą niż Oksana. Kaznodzieje uczą nas jednak od wieków, że seks to materia śliska nie sama przez się, lecz ze względu na jej trudny do opanowania charakter. Może to dlatego, może to po prostu kilku panów w HBO zamówiło odpowiednie badania. Nie wiem. Jedno jest pewne. Smok zerwał się ze smyczy i dokonał spustoszeń.

Mógłbym wymieniać dziesiątki przykładów scen, ale jaki sens ma taka metoda, gdy erotyczna szajba scenarzystów spersonifikowała się jako jedna z bohaterek, czyniąc z niej doskonale pole do dalszych analiz. Poznajcie Ros.

Fot. HBO

Fot. HBO

Ros to rudowłosa prostytutka z Północy. Ros ma nawet książkowy odpowiednik. Wspomina się o niej kilkakrotnie jako o etatowej rozprawiczarce młodych lordów i serów okolic Winterfell. Jon wspominał o niej z pewnym rozrzewnieniem – widocznie była na tyle ładna, że nabawił się trwałego fetyszu. Spoko. Ale to byłoby na tyle. Niestety, ktoś tu zwęszył mniemany potencjał. Serialowa Ros po kilku popisowych scenach z Theonem decyduje się uderzyć do stolicy, zaś scenarzyści przy okazji postanawiają sprezentować nam nową, pierwszoplanową niemal, bohaterkę. Oczywiście nie od dziś wiadomo, że prostytutka to rodzaj bohatera obowiązkowego, a każdy konsument kultury od najmniej 200 lat wie, że jest to profesja o statystycznie najwyższym odsetku ludzi szlachetnych i z natury dobrych. Mimo wszystko zabiegi producentów wydają się tutaj nieco na wyrost, bo Martin doskonale zdawał sobie sprawę z tej złotej reguły. Mamy przecież Shae (w serialu swoją drogą pozbawiono ją subtelności, co nieco popsuje spodziewany twist), no ale. Widocznie co dwie dziwki to nie jedna. Ros zatem dociera do Królewskiej Przystani, momentalnie zostaje kimś w rodzaju przewodniczącej cechu i  otrzymuje swój własny (chociaż nie samodzielny) wątek, który – przyznaję – całkiem nieźle udaje, że cokolwiek wnosi. Niestety, to tylko kilka pretensjonalnych dialogów i mnóstwo seksu. Ros i jej koleżanki z iście stachanowskim zacięciem odrabiają ustaloną na odcinek normę cycków i orgazmicznych jęków, pozwalając snującym się tu i ówdzie littlefingerom i varysom snuć intrygi i wygłaszać przemowy o naturze władzy. I co mi tu niby przeszkadza? Proporcje, skala i dojmujące poczucie przerostu narzędzia nad efektem, środku nad celem, seksu nad fabułą. Burdel tłem dla gargantuicznych intryg? Ależ proszę. Zbędny zawias intrygi na siłę uzasadniający scenę seksu? To właśnie droga, jaką podążył drugi sezon Gry o Tron na skalę znacznie szerszą niż tylko wątek Ros.

Fot. HBO

Fot. HBO

Więcej dowodów? Idiotycznie długa i w zasadzie homofobiczna scena foszków-pieszczoszków Renly’ego i Lorasa. Kuriozalna akcja Stannisa z Melisandre na stole, która dodatkowo obnaża kolejną irytującą skłonność scenarzystów – błyskawicznego przekuwania każdego martinowskiego niedopowiedzenia w dosadne postawienie kropki nad i, czy też może raczej kreski nad ci. Całkowicie zinfantylizowany wątek małżeństwa Robba Starka, gdzie dążność do uczynienia tej relacji bardziej namiętną i współczesną wysadziła cały wątek na minie niespotykanego dotąd idiotyzmu. Wszystko to jakoś trzyma się kupy, ale za każdym razem kareta stoi przed koniem. Kimkolwiek jest człowiek rozliczający scenarzystów z cycków, niewątpliwie ma coś ze skrupulatności i bezwzględności dawnych hollywoodzkich cenzorów.

Smuci mnie ta męcząca pruderia a rebours i trudno mi ukryć niepokój przed nadchodzącym trzecim sezonem. Twórcy mają w zanadrzu imponującą obsadę, świetny materiał źródłowy (Nawałnica Mieczy jest prawdopodobnie najbardziej udanym tomem całej sagi, przynajmniej jak dotąd) i problemy z seksualnością.  Panowie, panie. Pornografia jest dziś na wyciągnięcie ręki. Spartakus śrubuje normy seksu na ekranie tak wysoko, że poważnie, możecie trochę odpuścić. Dajcie nam trochę pojedynków, zoomów na jedzenie, soczystych dialogów na koniu, widoków na zamkowe mury, zimowej przyrody, suchych żartów w stylu seriali z lat 90., czego tylko chcecie. Niech widzowie czekają na momenty. Polskie określenie „moment” niesie w sobie głęboką mądrość. Poznajcie ją. Wszyscy możemy tylko zyskać.

Fot. HBO

Fot. HBO

Game of Thrones
High fantasy, drama
HBO, USA, 2011–

Katon
W ucieczce przed realiami własnego zawodu zajmuje się muzyką, filozofią, religią, kulturą i popkulturą. Ma niezasłużoną opinię prowokatora. Nagrywa, bloguje, spamuje, zbliża się do trzydziestki.

Katon

W ucieczce przed realiami własnego zawodu zajmuje się muzyką, filozofią, religią, kulturą i popkulturą. Ma niezasłużoną opinię prowokatora. Nagrywa, bloguje, spamuje, zbliża się do trzydziestki.