Does that mean I'm not the first, then? (część I)

Does that mean I’m not the first, then? (część I)

Fot. BBC via whendoitturnbackintoapumpkin.tumblr

Fot. BBC via whendoitturnbackintoapumpkin.tumblr

Ostrzeżenie! This post is full of spoilers (duh…) and feels. I gifów, bo to grzech nie zgifować tych scen. Na waszym miejscu miałabym pod ręką paczkę chusteczek.

Doktor nie powinien podróżować samotnie. Co dzieje się w jego głowie, kiedy zbyt długo jest sam? Czasem zaczyna mieć trudności z zauważaniem najprostszych odpowiedzi na trudne pytania (Rose). Czasem staje się zimny i bezwzględny (The Runaway Bride). Czasem po prostu wpada w depresję, jak stary, opuszczony człowiek (The Snowmen).

Na szczęście wszechświat dba o Doktora (jak i Doktor o niego) i podsuwa mu w odpowiednich chwilach ludzi gotowych (lub nie) rzucić wszystko i ruszyć z nim w szaloną podróż w czasie i w przestrzeni. Wszystko, co wspaniałe, ma jednak swój koniec, a zacny wiek sprawia, że okazji do pełnych łez pożegnań było więcej niż biedny fandom jest w stanie znieść. Sam Doktor zdaje się radzić sobie o wiele lepiej:

Wracając więc do początków nowej serii, przypomnijmy sobie – nim na dobre zagości w naszych sercach Clara Oswald, którą Doktor zdążył już nie raz, a dwa razy stracić – komu zazdrościliśmy podróży w TARDIS w ciągu ostatnich ośmiu lat.

The one who got left behind

sezony 1–2, cameo & guest w 4

Kiedy Doktor poznaje Rose Tyler, wydaje się, że ich rendez-vous w piwnicach centrum handlowego to najczystszy z przypadków. Rose nie jest nikim szczególnym: zwykła dziewczyna mieszkająca w Londynie, pracująca w sklepie odzieżowym, spędzająca wolny czas z chłopakiem o frywolnym imieniu Mickey. A jednak jest w niej jakaś iskra, która sprawia, że nawet słowa Clive’a: „he has only one constant companion: death” nie są jej w stanie odstraszyć. Siła większa niż ona sama przyciąga ją do tego przedziwnego mężczyzny (i teraz fandom wzdycha, i szepce „przeznaczenie”).

Fot. BBC via ksica.tumblr

Fot. BBC via ksica.tumblr

Cóż, ja dziękuję za takie przeznaczenie. Najpierw Rose przeżywa odejście Dziewiątego Doktora – niemal tracąc przy tym rozum, kiedy spogląda w serce TARDIS, by uratować wszechświat przed Dalekami. Doktor ratuje ją pocałunkiem, ale ceną za to jest regeneracja.

http://www.youtube.com/watch?v=DUm5rM4fQxs

Więc najpierw Rose traci swojego Doktora (you never forget your first Doctor), pewnie gdyby lepiej pamiętała, co dokładnie było powodem jego odejścia, to żyłaby z wyrzutami sumienia; a później spędza cały sezon pracując nad oswojeniem Dziesiątego. Dla nas, widzów, to Rose Tyler jest wtedy stałym punktem w opowieści, nie zmieniający twarz i charakter Doktor. Mam dziwne wrażenie, że zaufania do Dziesiątego nabieramy dopiero w chwili, gdy staje się dla nas jasnym, że to, co pozostało niezmienione bez względu na charakterologiczne przemiany, to jego rodząca się i rozwijająca się cicho miłość do blond heroiny. Cóż więc może uczynić prowadzący serial Russel T. Davies?

Oczywiście, jedynym sensownym wyjściem jest rozbicie rodzącego się szczęścia, nim zdąży rozkwitnąć. W końcu fani oglądają serial dla przygód, nie dla romansów, right?

Kiedy wszechświatowi grozi zapadnięcie się w sobie, a Ziemię atakują niszczące się wzajemnie hordy Daleków i Cybermanów (i nawet Torchwood upada), możemy się spodziewać, że pomyślne rozwiązanie historii, choć pewne (w Doktorze Who nie ma źle kończących się przygód), to jednak musi zostać okupione poświęceniem. Więc bogom fabuł i opowieści złożona w ofierze zostaje Rose.

Jej odejście jest jak wbicie noża w plecy, prosto w środek serca i później bardzo powolne obracanie ostrzem. Nie dość, że nieoczekiwane, nie dość, że dokładnie w momencie, kiedy niebezpieczeństwo zostało już zażegnane, nie dość, że nawet Doktor się tego nie spodziewa, to jeszcze bohaterka nie ginie, więc można nas dalej torturować jej rozpaczą i scenami takimi, jak ta w Dårlig Ulv Stranden.

Na szczęście (lub nieszczęście?) dla nas, Davies był takim samym fanem OTP, jak ogromna część fandomu. Uległ więc pokusie powrócenia nam nieodżałowanej Rose i, po trwającej sezon przerwie, w The Partners in Crime ulubiona blondyna równie tajemniczo pojawia się i znika, by później machać do publiczności w niemal każdym odcinku. Z samym Doktorem zaś spotyka się dopiero w finałowym The Stolen Earth, gdzie zresztą nie zdążą się nawet uściskać, a już Doktor dostaje od Daleka prosto w pierś i wydaje się, że Rose będzie musiała jeszcze raz przejść przez horror regeneracji. „Not when I’ve come all this way…

Fot. BBC via dameofcydonia.tumblr

Fot. BBC via dameofcydonia.tumblr

Jakkolwiek Russel by się z nami nie lubił drażnić, nie jest Moffatem. Zamiast więc serwować wszystkim zainteresowanym tragedię ponownego rozstania, w nieoczekiwany i przedziwny sposób tworzy… klona Doktora. Kiedy więc równoległe światy znów się rozdzielają – tym razem na dobre – fandom dostaje powtórkę znanej z Doomsday sceny. Znów lądujemy w Bad Wolf Bay, znów ci sami bohaterowie, ta sama sytuacja. Dla odmiany padają teraz właściwsze słowa, wszyscy mają dość czasu, żeby powiedzieć, co im leży na sercu, spojrzeć na kogoś przeciągle, a nawet – wreszcie namiętnie się pocałować.

Fot. BBC via geeronimo.tumblr

Fot. BBC via geeronimo.tumblr

Rozstanie-nie-rozstanie. Niby-rozstanie, a jednak z poprawką i ostatecznie coś jakby nie-rozstanie, ale przecież koniec końców, Rose już się więcej nie pojawi, Dziesiąty ma serce wiecznie złamane, a publiczność będzie musiała (w rok) przeżyć jej odejście (no, dla równowagi widzowie będą musieli też poradzić sobie z regeneracją Dziesiątego, Donną i odejściem całej Russelowskiej czeredy). Przynajmniej wiemy, że Rose jest z Tentoo szczęśliwa. Jest szczęśliwa, prawda?

The one who left on her own

sezon 3

Biedna Martha Jones. Ewidentnie nikt jej nie lubi: fandom, jakkolwiek przyznaje jej, acz niechętnie, miano najbardziej niedocenianej z towarzyszek, niezbyt chętnie powraca do jej wątków i problemów. Może dlatego, że podobnie jak Doktor nie pogodził się jeszcze przy emisji trzeciej serii z (pierwszym!) odejściem Rose. Biedna, biedna Martha Jones.

Fot. BBC via thewhoblog.tumblr

Fot. BBC via thewhoblog.tumblr

Uczy się w szkole medycznej, na ironię nazywania jej doctor Jones fani uśmiechają się krzywo. Sam Doktor nie do końca chyba rozumie, dlaczego dziewczyna przyczepiła się tak do niego; z jednej strony czuć, że brak mu trochę odchorowania poważnej straty i że mimo rady Donny Noble z The Runaway Bride, powinien chyba przez chwilę pobyć sam i przejść przez żałobę.

Na własne nieszczęście Martha natychmiast się w melancholijnym Doktorze zakochuje. Wpada po same uszy: przy całej swojej energii i inteligencji, przy podziwu godnych determinacji i odwadze, nie potrafi kwestionować jego wyborów i zachowań. Kolejna towarzyszka, która z Doktorem podróżuje nie tyle z miłości do przygód, co do niego samego. W Human Nature/The Family of Blood jej poświęcenie sięga tak daleko, że miesiącami chroni wrażliwego, zmienionego w człowieka Doktora, choć dla niej oznacza to ciężką na początku XX wieku pracę służącej w szkole dla chłopców (nie, żeby miała szczególny wybór). W Last of the Time Lords Martha pieszo przemierza Ziemię, opowiadając mieszkańcom historię o Doktorze, torturowanym przez Mastera na poduszkowcu wysoko ponad chmurami. Bezwarunkowe oddanie jest jej największą wartością.

A jednak nikt jej nie lubi.

Kiedy Martha decyduje się odejść (kto jeszcze z towarzyszy miał tyle odwagi, żeby samemu podjąć taką decyzję? Pondowie się nie liczą), nikt za nią nie płacze. Być może tylko do Doktora dociera, że jest już tak w środku zgorzkniały, że nawet zakochanej w sobie dziewczyny nie potrafi na dłużej zatrzymać przy sobie? A być może nawet nie. Martha nigdy nie przebiła się do serc fandomu, bo pierwszym do tego krokiem musiałoby być przebicie się do serc Doktora.

Nie jest to najfortunniejsza z par. Ma w sobie wiele z mocno toksycznego związku, Doktor jest w relacji z Marthą typem trochę wampirycznym: niby ignoruje sygnały, ale jakoś nie czuje wyrzutów sumienia przy czerpaniu z jej ludzkiej natury inspiracji do kolejnych poczynań. Kamień spada więc z serca, kiedy Martha wreszcie wypowiada przed nim szczerze i odważnie: This is me, getting out. Przy całej niechęci, trudno nie być dumnym (zwłaszcza, gdy się zwróciło uwagę na okropnie niegrzeczne Is this going anywhere? Doktora w tej scenie). Nie mówiąc już o tym, że to wcale nie jest ostatnie z pożegnań. Zostawia przecież Doktorowi swój telefon!

Kto ogarnął całe dobrodziejstwo doktorowego inwentarza (więc śledził Torchwood), ten mógł może nawet żadnego pożegnania nie poczuć. Martha dołącza bowiem do ekipy w Cardiff na parę odcinków drugiego sezonu, a zaraz potem pojawia się w trzech odcinkach czwartej serii głównego serialu. Podobnie jak inni bohaterowie ery Daviesa, wraca gościnnie na ostateczne starcie w The Stolen Earth/Journey’s End (Davies naprawdę nie potrafił rozstawać się ze swoimi bohaterami). Koniec końców nie ma co opłakiwać dziewczyny, która znalazła swoje miejsce w świecie (u boku dawnego, odrzuconego przez Doktora chłopaka Rose, tak BTW) – może dlatego tak mało z nią gifów?

Ta historia ma swój dalszy ciąg, do lektury którego na łamach Pulpozaura zapraszam w najbliższy czwartek!

Aldonna Pikul
Człowiek–organizacja. Chy­ba wy­na­la­zła spo­sób na na­gię­cie cza­so­prze­strze­ni i jej do­ba na pew­no nie ma 24 go­dzin. Po­za pra­cą i stu­dia­mi ba­wi się w pi­sa­nie tek­stów w in­ter­ne­tach, ga­pi się w mo­ni­tor częś­ciej niż za o­kno. Z du­cha re­da­ktor­ka i tłumacz-amator, ży­cio­wo czło­wiek od wszy­stkie­go, niespełniony programista, nie znaj­du­je więk­sze­go szczę­ścia niż z pa­rą dru­tów w rę­kach, mot­kiem weł­ny i do­brą dra­mą w tle.

Aldonna Pikul

Człowiek–organizacja, technokracja i spełnianie życzeń! Chy­ba wy­na­la­zła spo­sób na na­gię­cie cza­so­prze­strze­ni i jej do­ba na pew­no nie ma 24 go­dzin. Po­za pra­cą i stu­dia­mi ba­wi się w pi­sa­nie tek­stów w in­ter­ne­tach, mar­nu­je mło­dość czy­ta­jąc fej­sa i rssa, ga­pi się w mo­ni­tor częś­ciej niż za o­kno. Z du­cha re­da­ktor­ka i tłumacz-amator, ży­cio­wo czło­wiek od wszy­stkie­go, niespełniony programista, nie znaj­du­je więk­sze­go szczę­ścia niż z pa­rą dru­tów w rę­kach, mot­kiem weł­ny i do­brą dra­mą w tle.