fot. BBC

Doktor Jekyll, Doktor Hyde (Doctor Who)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

Disclaimer: tekst jest swobodną interpretacją postaci Doktora dokonaną przez Williama Fine, opartą na rozmaitych mniej lub bardziej znanych faktach z biografii Doktora i Mastera, dostępnych w encyklopedii Tardis Wiki. Ludzi wyjątkowo poważnych przestrzegamy zatem, by nie brali tego artykułu nazbyt serio.

Dziesiątego czerwca 1991 roku w Kalifornii z domu wyszła jedenastoletnia Jaycee Lee Dugard. Nie wróciła przez osiemnaście lat. Została porwana przez Phillipa Craiga Garrida, który pierwszy raz wykorzystał ją jeszcze tego samego dnia.

Mimo to po prawie dwudziestu latach, które ze sobą spędzili, wykształciła się między nimi więź, która, pielęgnowana przez porywacza, mogła dać mu immunitet i sprawić, że ta historia nigdy nie wyjdzie na jaw. Wystarczy traktować ją jak córkę – dobry „mindfuck” zamiast „buttfuck” i po tylu latach nikt by nie skojarzył pięknej, dostojnej kobiety z porwaną szmat czasu wcześniej dziewczynką. Takie przywiązanie ofiary do swojego oprawcy w psychologii nazywane jest syndromem sztokholmskim – w 1973 roku w Sztokholmie grupa zakładników oswobodzonych przez policję odmówiła składania zeznań przeciw porywaczom, choć przestępcy przez kilka dni trzymali ich pod bronią.

Umysł próbuje poradzić sobie z różnymi niecodziennymi sytuacjami na swój sposób. Po przeżyciu wyjątkowo traumatycznych zdarzeń może nawet w odruchu obronnym stworzyć sobie inne, mniej bolesne życie – jest to tak zwane rozdwojenie jaźni, które widzieliśmy choćby u Hitchocka w „Psychozie”. Czasem pod wpływem stresu mózg tworzy wokół świadomości tarczę, której nie da się przebić, jak choćby w „Intensywności” Deana Koontza. To nie jest science fiction. My naprawdę tak potrafimy. Wyjątkowe okoliczności i stres rozciągnięte na odpowiednio długi czas wywołują czasem odruchy, jakich nigdy byśmy się nie spodziewali.

Takim przypadkiem może być wrażliwa i niesłychanie potężna istota, TARDIS. Stara, uszkodzona maszyna z duszą, która wciąż marzy o przygodach i podróżach w nieznane. Zostaje ostatecznie porwana przez samego Doktora i choć zgodnie ze swoim pragnieniem ogląda gwiazdy – cena, jaką płaci, jest bardzo wysoka.

[Doctor Who]

Fot. BBC

Wcześniej jednak chciałbym poruszyć kwestię samego porywacza. Kim on jest? Dlaczego porwał i więził obcą istotę przez całe stulecia? Cóż, historia i popkultura pokazują, że osoby ze skłonnościami sadystycznymi nie zawsze są takie od urodzenia. Najczęściej sadyzm to sposób na odreagowanie traumatycznych zdarzeń, jakich doświadczyli za młodu: na przykład w serialu „Dexter” główny bohater jako czterolatek był przez cztery dni zamknięty w kontenerze ze zwłokami swojej matki. Efekt? Wyrósł na seryjnego mordercę.

Co w takim razie przydarzyło się Doktorowi?

W dzieciństwie Doktor na swojej rodzimej planecie przyjaźnił się z innym Władcą Czasu o imieniu Koschei. Znęcał się nad nimi chłopak o imieniu Torvic. Doktor został w końcu zmuszony do zabicia Torvica, aby ocalić swojego przyjaciela. Zjawiła się wtedy przed nim spersonifikowana Śmierć i poprosiła, aby został jej uczniem. Doktor odmówił, ale w strachu przed karą zaproponował na to stanowisko Koscheia. Śmierć zaakceptowała ofertę. Tak tragiczna przygoda, zwłaszcza dla dziecka, musiała mieć wpływ na jego dalsze życie. Choć Śmierć sprawiła, że Doktor nie pamiętał potem całego incydentu, zostało na nim wtedy w jego własnym odczuciu wypalone piętno z napisem „morderca” i „zdrajca”, a potem uczucie odpowiedzialności za Koscheia, który przyjął pseudonim Master i zaczął czynić zło. Doktor z pewnością nie chciał nikogo zabić, ale są ludzie, których takie doświadczenie uzależnia. Nie mogą przestać. Tracą zmysły.

Przerażające, czarne myśli nachodzą Doktora podczas długich nocy. Myśli, których nie potrafi okiełznać ani wyjaśnić, bo przecież ze wspomnianego incydentu nic nie pamięta. To doprawdy tragiczna historia. Bohater boi się tego, kim może zostać i co może zrobić, jeśli straci nad sobą kontrolę. Ucieka więc i, próbując oszukać przede wszystkim samego siebie, stara się czynić dobro wszędzie wokół, jak gdyby krzyczał: „JESTEM DOBRY! SPÓJRZCIE!”. Nawet nowe imię, jakie przybrał, miało kojarzyć się z czymś dobrym. Ale w końcu dochodzi do porwania.

Doktor wybrał TARDIS typ 40, bo nowszy typ 42 „nie miał duszy”, jak to określił sam zainteresowany. Tłumaczył sobie, że to tylko maszyna bez świadomości, a jednak wybrał właśnie model z duszą. Znalazł balans pomiędzy porwaniem i wykorzystaniem żyjącej kobiety a życiem dobrego człowieka, za jakiego chciał być uważany. Porywając nieożywioną, lecz żywą, mechaniczną, lecz z duszą, inteligentną, lecz podatną na manipulację postać zaspokoił swoje obie potrzeby – czynienia zła i czynienia dobra jednocześnie.

Wykorzystał ją. Kiedy TARDIS pierwszy raz zobaczyła Doktora, powiedziała mu, że chce zobaczyć gwiazdy, przeżyć przygody i zwiedzić wszechświat. To zadziałało na mężczyznę jak afrodyzjak. Jasne, fakt, że dziewczyna w krótkiej spódniczce mruga do chłopaka przy barze, nie musi wcale znaczyć, że chce stosunku seksualnego. Tak jednak odczytał to Doktor. Choć gdzieś z tyłu głowy mrugała mu lampka z napisem „DANGER”, zignorował ją i posiadł TARDIS.

Nie bez powodu poznajemy głównego bohatera sporo czasu po tym wydarzeniu. Zapewne musiał się nagimnastykować, zanim towarzyszka przywiązała się do oprawcy. Musiało trochę minąć, nim zaufał jej na tyle, że zdjął kajdany i pozwalał jej od czasu do czasu wybrać cel podróży. W ten sposób właśnie zdobywa się zaufanie ofiar. Niektórzy słabsi psychicznie ludzie po takim geście uznają swojego porywacza za bohatera i dobroczyńcę. Stąd wiemy, że TARDIS to delikatna istota, podatna na bodźce. Bez perspektyw na wolność musiała zaakceptować swoje położenie i tak też zrobiła.

Fot. BBC

Fot. BBC

Doktor w tym czasie też nie próżnował. Posiadanie na własność żywej istoty i świadomość kontrolowania jej zaspokoiła na dłuższy czas potrzebę czynienia zła i krzywdzenia innych. Mógł ten czas poświęcić na karmienie swojej drugiej, jasnej strony poprzez pomoc innym stworzeniom. To niesamowite, jak naraz można być i dobrym, i złym człowiekiem, i w obu rolach spełniać się na wystarczającym poziomie.

To jednak nie koniec historii. Podświadome zadawanie bólu i zniewalanie TARDIS przestało wystarczać jego demonom. Kiedy TARDIS przestała czuć się jak więzień, Doktor wyczuł, że towarzyszka już się go nie boi, a może nawet zaczyna go kochać, widząc w nim człowieka, który na zawsze odmienił jej życie. Byli jak patologiczne małżeństwo.

Ale nadarzyła się okazja, żeby nasycić Doktora złem. Jego rodzimą planetę zaatakowali Dalekowie. W wyniku działań wojennych Doktor stanął przed tragicznym wyborem: czy zatrzymać inwazję Daleków na Gallifrey, mordując zarówno wszystkich jej mieszkańców, jak i atakujących, czy pozwolić wrogowi zdobyć jego planetę, a później podbić cały wszechświat? Podświadoma walka Doktora z samym sobą wyglądała zgoła inaczej niż ta przedstawiona nam oficjalnie. Doktora nie obchodziły losy świata i Daleków, za to bardzo cenił sobie możliwość ostatecznego rozwiązania kwestii Władców Czasu: rasy, która od zawsze traktowała go jak wyrzutka. Doktor czuł się obcy we własnym domu. Cała ta sprawa z Koscheiem i porwaniem TARDIS sprawiła, że odsuwał się od swojego gatunku. Poza tym, co może jest nawet ważniejsze, od maleńkości siedziało w nim coś złego, mroczny pasażer, którego świadomie nienawidził, a podświadomie karmił: chęć krzywdzenia i mordowania.

Podświadoma walka Doktora zakończyła się wygraną mrocznej strony. Oszukiwał się, że robi to po to, by ratować wszechświat, ale tak naprawdę z pobudek jak najbardziej egoistycznych zniszczył planetę Gallifrey, a razem z nią wszystkich Władców Czasu, jakich znał, a poza tym także  rasę najeźdźców – Daleków.

Tak silna dawka mroku, krzywdy i zła wystarczyła mu na długi czas. Poza tym TARDIS z powrotem zaczęła się go trochę bać, kiedy zrozumiała, że wszystkie jej siostry zostały unicestwione przez jej „męża”. Doktor miał już doświadczenie w stosunkach z TARDIS i wiedział, że strach, jaki odczuwa przed nim, może szybko zamienić się we współczucie czy miłość. Chcąc przypomnieć jej, że to on jest kapitanem tego statku, co jakiś czas pod pretekstem naprawy uderzał ją młotkiem (Runaway Bride).

www.youtube.com/watch?v=iOY15LhkcEM

Sam jednak również przywiązał się do swojej najstarszej towarzyszki i w obawie przed tym, że mu ucieknie, uszkodził jej „obwód kameleona” (czyli zdolność przybierania dowolnego kształtu), aby zawsze już wyglądała tak samo i nie mogła się przed nim ukryć. Oczywiście utrzymał w tajemnicy prawdziwe powody awarii. Podjął nawet kilka prób naprawy obwodu, lecz wszystkie były tylko teatrzykiem odgrywanym na użytek poszkodowanej.

Doktor, choć pozbył się wszystkich Władców Czasu, wciąż boi się kary za to, co zrobił. Widzieliśmy to w odcinku The End of Time, gdzie na wieść o powrocie swojej rasy pierwszy raz w historii dosłownie chwycił za broń. Uświadomił sobie, kim jest naprawdę i dlatego boi się konsekwencji swoich czynów.

[Doctor Who]

Postać Doktora jest bardzo tajemnicza. Wielu fanów serialu nigdy nie zauważyło prawdziwej natury tego okrutnika. Choć to wcielenie zła i niesłychanie potężny bohater, to w gruncie rzeczy głęboko w środku jest dobrym człowiekiem. Życie dało mu uzależniający zastrzyk zła, od którego teraz nie może uciec. Po latach, kiedy z jego powodu umarł już ostatni poza nim samym Władca Czasu (notabene mężczyzna, za którego wciąż czuł się odpowiedzialny, Koschei zwany teraz Masterem), Doktor poczuł głęboki smutek. Czy świadomość, że pozbawił życia osobę, od której wszystko się zaczęło, zmieni coś w jego życiu? Czy Doktor porzuci ciemną stronę mocy niczym Darth Vader? Może już teraz nie czyni dobra po to, żeby pokazać innym, jaki jest szlachetny, tylko faktycznie działa bezinteresownie, jako zadośćuczynienie? Czy Doktor uleczył się sam? Póki co mamy siódmy sezon, od śmierci Mastera minęło sporo czasu i Doktor nie wykazuje żadnych tendencji sadystycznych poza więzieniem TARDIS, choć podejrzewam, że na tym etapie większą krzywdę by wyrządził, gdyby pozwolił jej odejść. Nie stanął też jednak po raz drugi przed prawdziwym testem moralności na miarę decyzji o losach swojej planety. Jestem ciekaw, jaką decyzję podejmie następnym razem.

William Fine
Czyli Avada – z łaciny – „ten, co dobrze składa”. Chłopak nigdzie, chłopak znikąd. Nie ma serialu, o jakim nie słyszał, a jeszcze mniej jest takich, których nie widział. Od niedawna odkrywa świat amerykańskich superbohaterów i rapu. Lubi gotować i powinien być nauczycielem historii. Zawieszony między chęcią posiadania wiedzy a niechęcią do jej pozyskiwania.

William Fine

Czyli Avada – z łaciny – „ten, co dobrze składa”. Chłopak nigdzie, chłopak znikąd. Nie ma serialu, o jakim nie słyszał, a jeszcze mniej jest takich, których nie widział. Od niedawna odkrywa świat amerykańskich superbohaterów i rapu. Lubi gotować i powinien być nauczycielem historii. Zawieszony między chęcią posiadania wiedzy a niechęcią do jej pozyskiwania.