Thinking outside of the box (część I)

Thinking outside of the box (część I)

Uwaga, spojlery!

Planet Earth. This is where I was born. And this is where I died. The first nineteen years of my life, nothing happened. Nothing at all, not ever. And then I met a man called the Doctor.

Pod tymi słowami Rose Tyler podpisuję się oburącz.

Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, na samym końcu świata, chodziłem sobie do liceum i dość rzec, że nie było to życie zbyt ekscytujące. Z domu do szkoły, ze szkoły do domu, poniedziałek, wtorek, środa, czwartek, piątek, wiosna, lato, jesień, zima. Aż tu pewnego dnia, z głupia frant, znana niektórym ze znakomitego tekstu o pożegnaniach z towarzyszkami Aldonna przysłała mi pocztą trzy płyty DVD z Doctorem Who.

Nie mając bladego pojęcia, o czym właściwie jest ten serial, obejrzałem pierwszy odcinek. Moja reakcja?

Fot. BBC via tumblr.com

Fot. BBC via tumblr.com

Zaiste, Doctor Who to serial niezwykły. Dla widza, którego telewizyjne gusta ukształtowała we wczesnych latach dwutysięcznych Ameryka – LOST, House, M.D., Six Feet Under – pierwsze zetknięcie z esencją brytyjskości może być szokiem. No bo jak to? Gdzie powaga, gdzie konsekwencja? Co to znaczy, że co odcinek zmienia się setting i większość aktorów? Jak mam się przejąć fabułą, która każe mi współczuć postrzelonej świni w skafandrze i bać się Obcych, którzy pierdzą? A przede wszystkim – dlaczego to wszystko jest takie… dziwne?

Przed drugą wojną światową Bertold Brecht używał efektu obcości (technik teatralnych wybijających widza z bezmyślnego zanurzenia w spektakl), by zmusić ludzi do myślenia o tym, co widzą. Jeszcze wcześniej, w roku Rewolucji Październikowej, Wiktor Szkłowski opisywał tzw. chwyt – zabieg literacki, który udziwnia i utrudnia lekturę, sprawiając, że czytelnik, który dotąd gładko łykał kolejne zdania, musi nagle zatrzymać się i spytać: o czym ja właściwie czytam? Być może fakt, że Doctor Who budzi w widzu podobną konfuzję, świadczy o tym, że i cel jest podobny. Trudno bowiem zaprzeczyć, że otwieranie zamkniętych na cztery spusty głów to dla Doktora chleb powszedni.

Fot. BBC

Fot. BBC

Bo Doktor jest z natury burzycielem. Wywrotowcem. Jako kolejne wcielenie modernistycznego Detektywa/Naukowca/Racjonalisty, niczego nie bierze na wiarę, żadnego zastanego porządku nie uznaje za święty – więc węszy, zagląda pod dywan, kuchennym wejściem wchodzi za kulisy i zadaje niewygodne pytania. Łamanie zastanego status quo to temat większości odcinków serialu, to doktorowe modus operandi. W The Beast Below odkrywa mroczną prawdę stojącą za pozornie sielskim życiem na Starship UK i zmusza rządzących do zmian. W Planet of the Ood wspiera niewolniczą rebelię. W Christmas Carol łamie opór bezdusznego despoty, by ocalić życie czterystu pasażerów liniowca – i Boże Narodzenie. Doktor zdaje się mówić: jeśli twoja władza krzywdzi innych – to tu się twoja władza kończy. Na mnie.

Fot. BBC

Fot. BBC

Gdy nie ma akurat żadnego reżimu, który można by obalić, Doktor najchętniej zajmuje się udowadnianiem, że codzienność bywa niecodzienna. Świat nigdy nie jest taki, jak się wydaje – jeśli zajrzeć pod banalną podszewkę, zaraz wyjdą na wierzch same cuda i dziwy. Przekonała się o tym na własnej skórze każda młoda dama, którą szaleniec z budką zabrał na pokład. Począwszy od Rose ściganej przez zabójcze manekiny, przez Marthę, której miejsce pracy przeniosło się nagle na Księżyc, Donnę teleportowaną w dzień ślubu i Amy z obrzydliwym potworem za ścianą aż po stąpającą po chmurze Clarę, Doctor Who udowadnia, że wystarczy zejść z wydeptanej ścieżki, by życie nabrało kolorów.

W pewnym sensie symbolicznym jądrem tego serialu jest fraza, którą słyszymy nieustannie: bigger on the inside. Bo Doktor ma wszystkiego więcej, niż się zdaje. Statek większy w środku niż na zewnątrz, geniusz kosmity skryty w ludzkim ciele, mały śrubokręt, który potrafi wszystko, wizytówkę na każde nazwisko – i nawet serca skrywa w piersi dwa. W tym uniwersum banalna tabletka na odchudzanie może się okazać częścią złowrogiego kosmicznego planu, a samotna sekretarka z Chiswick – najważniejszą osobą we wszechświecie. Słusznie zauważają nauki ścisłe, że z dowolnego obiektu odczytać można nieskończoną ilość informacji: w Doctorze Who nic nie jest banalne, a bachtinowski z ducha karnawałowy nadmiar i przesyt goszczą na ekranie nieustannie. Planety! Rakiety! Gigantyczne kraby! Dickens i duchy! Shakespeare i wiedźmy! Piraci, roboty, ninja i kowboje! Może dlatego oglądanie Doktora to szalona jazda górską kolejką przez kolejne, na pozór tylko sprzeczne, konwencje i emocje. Jest i śmieszno, i straszno, i smutno, a najczęściej wszystko naraz.

Fot. BBC via roflrazzi.com

Fot. BBC via roflrazzi.com

Skoro już zaś o Jokerze mowa, warto spytać, z kim Doktor nieustannie się ściera – wszak o herosie najwięcej mówią jego przeciwnicy. Pod tym względem serial jest niezwykle spójny tematycznie, bo znów na plan pierwszy wychodzi kwestia władzy. Dalekowie i Cybermani to w gruncie rzeczy ten sam wróg: pozbawiona emocji, mechaniczna, śmiertelnie groźna jednomyślność. Ten, kto nie ulegnie ich dążeniu do unifikacji, do zatarcia wszelkich różnic, musi zginąć – ten zaś, kto ulegnie, staje się taki jak oni: martwy. Tak jak bowiem Doktor dzięki dwóm sercom jest symbolem życia, tak ci metalowi adwersarze oznaczają śmierć. Dalekowie, zmutowane, bezkształtne istoty, zamknięte zawsze w metalowych puszkach, niezdolne dotknąć, poczuć, posmakować, zmuszone bez ustanku krzyczeć, bo czują tylko nienawiść. Cybermani, ludzkie mózgi w ciałach ze stali, doskonałe i w tej perfekcji absolutnie martwe, bo wyprane z jakichkolwiek emocji. Świat, do jakiego dążą w swych podbojach, to machina mundi, newtonowski zegar wszechświata, który raz puszczony w ruch będzie działał po wieczność: niezmienny, zimny i umarły. A do tego Doktor dopuścić nie może, bo co by wtedy zwiedzał ze swą żoną?

Master to inna para kaloszy. Ten jest, bardziej po manichejsku, przeciwieństwem Doktora, mrocznym bóstwem uwikłanym w starcie z siłą dobra (przynajmniej w nowej serii). Obu pcha naprzód ta sama niepowstrzymana energia, ten sam głód nowości. Obaj są też gotowi zmieniać świat, jak im się podoba – różnica tkwi jedynie w sposobie. Bo upadek Doktora zwykle zaczyna się wtedy, gdy, niczym jego złe alter ego, poczuje, że wolno mu nie tylko burzyć stare, ale i budować nowe porządki. Waters of Mars, Good Man Goes to War – Doktora gubi jego pycha, dlatego, niszcząc status quo i zaglądając światu pod podszewkę, nigdzie nie zostaje na dłużej, bo a nuż, jeśli się zasiedzi, najdą go znowu głupie pomysły? Z wiekiem zło przychodzi coraz łatwiej (wszak ćwiczenie czyni mistrza!), a Doktor ma dość rozumu, by wiedzieć, że wnosić zmianę to tyle, co przynosić chaos – więc bez przerwy pędzi naprzód, by czasem nie dogoniły go konsekwencje.

Fot. BBC

Fot. BBC

Jest w Doktorze ambiwalencja, którą nabyć musi każdy heros. You either die a hero or you live long enough to see yourself become the villain, mówił Harvey Two-Face i miał świętą rację. Wrogów nie ma tylko ten, kto nic nie robi, a Doktor w ciągu swego długiego życia zdziałał bardzo wiele – i są w nim obie strony monety. Dwuznaczność to zresztą przecież jego znak rozpoznawczy. Dobry i zły, stary i młody, bliski i obcy. Doctor who?

Fellas, you’re never gonna stop asking – odpowiada, a tym, którzy zechcą ruszyć z nim w nieznane, może obiecać tylko jedną rzecz pewną: że znów ich zaskoczy.

Część druga tu, a w niej: coś o historii i o zmianach!

Przemek Zańko: czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.

Przemek Zańko

Czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.