Pojedynek gigantów – Davies kontra Moffat (Część I)

Pojedynek gigantów – Davies kontra Moffat (Część I)

Uwaga, spoilery!

Już wkrótce zasiądziemy do oglądania nowego odcinka Doctora Who. Wszyscy fani serialu odczuwają ekscytację, bo przecież nowe odcinki kryją w sobie zapowiedź nowych miejsc, nowych czasów, nowych potworów i nowych cudów. Ale kiedy jedni będą ochoczo zacierać ręce z myślą: „Ciekawe, co nam tym razem przyszykował Moffat”, inni z nostalgią wspomną dzieje dawno minione i pokręcą głową: „Teraz to już nie to, co kiedyś”.

Linią demarkacyjną, oddzielającą jednych od drugich, jest rok 2010, kiedy to Russell T Davies, człowiek odpowiedzialny za ściągnięcie Doctora Who z serialowego Limbo z powrotem na antenę, przekazał stanowisko producenta wykonawczego i głównego scenarzysty Stevenowi Moffatowi. Ten moment dla jednych oznacza, że ukochany serial wreszcie przestał robić siarę na całą wieś, wytrząsnął słomę z butów i mógł bez wstydu wkroczyć na światowe salony, dla drugich – że oto raj został bezpowrotnie utracony, a w ogrodzie Eden władzę przejął wąż szatański, na swój obraz i podobieństwo zapętlający wątki, których potem już nijak rozplątać się nie da. Trzeba uciekać się do kłamstwa i innych niecnych sztuczek, z których węże szatańskie słyną.

Oczywiście gdzieś pośrodku znajduje się 90% fanów serialu z opiniami o wiele bardziej wyważonymi, ale wiadomo, że nie one najbardziej nas interesują. Wyraziste osobowości, jasno zarysowane konflikty – oto, co tygryski lubią najbardziej (oprócz brykania). W niniejszym tekście spróbujemy więc obu wyciągnąć na matę, zmierzyć, zważyć i zobaczyć, jak wymieniają ciosy w kilku wybranych kategoriach, a na koniec wydać werdykt: któremu z nich należy się laur zwycięzcy?

Najpierw jednak krótkie przedstawienie zawodników.

Russell T ‚Deus Ex Machina’ Davies

Walijski scenarzysta i producent telewizyjny, 49 lat. Zaczynał w oddziale dziecięcym BBC, później pracował jako wolny strzelec i zaczął pisać seriale dla dorosłych, z których najbardziej znane to Queer as Folk, Bob & Rose, The Second Coming. Wskrzesił Doctora Who i stworzył dwa bardzo dobrze przyjęte spin-offy: Torchwood oraz skierowane do dzieci The Sarah Jane Adventures.

Russell T Davies

Steven ‚Lying Basterd’ Moffat

Szkocki scenarzysta i producent telewizyjny, 51 lat. Pierwszy scenariusz napisał do wymyślonego wspólnie z ojcem serialu dla młodzieży Press Gang. Kolejne były sitcomy: Joking Apart, Chalk i Coupling. Jeszcze przed wskrzeszeniem serialu napisał parodię Doctor Who: The Curse of Fatal Death wyświetlaną w ramach imprezy charytatywnej Red Nose Day. Razem z Markiem Gatissem stworzył Sherlocka.

Steven Moffat

A teraz 3, 2, 1, zaczynamy!

Otwarcia

Przyjrzyjmy się odcinkom inaugurującym rządy obu panów. Davies wyprowadza cios w postaci Rose – niestety mocno chybiony. Historię plastikowych manekinów atakujących Londyn rozkłada ogólna dziwność i wyzierająca zewsząd niskobudżetowość. Pomysł jak z niezbyt dobrego odcinka Strefy mroku, wykonanie jak w filmie science fiction klasy C (pomyśleć, że pierwsi recenzenci wypowiadali się o nich pozytywnie!) – trudno powiedzieć, czy należy brać to poważnie, czy jednak nie do końca, czy sami twórcy naprawdę chcą, żebyśmy czuli napięcie, obserwując Doktora trzymanego przez „złowieszcze” manekiny i Rose dyndającą na końcu łańcucha? Albo rozbawienie na widok bekającego kosza na śmieci?

Plastic Mickey

Czego by nie mówić, to jest Dolina Niesamowitości. | Fot. BBC

Z drugiej strony – mamy krótki monolog Doktora, kiedy Rose pyta go, kim on właściwie jest. Humorystyczne scenki z Jackie Tyler. Gniew Rose, kiedy Doktor lekceważy śmierć Mickey’ego. Te momenty pokazują, że scenarzyści mają już jakiś pomysł na postaci, na tło całej historii, że muszą jeszcze tylko trochę okrzepnąć i naprawdę będzie na co patrzeć. I właściwie nie trzeba było długo czekać.

Monolog Doktora z S01E01 "Rose"

Moffat kontruje The Eleventh Hour, odcinkiem znacząco innym już od pierwszej sceny, choć w obu widzimy Londyn. Ale tam, gdzie Davies pokazywał codzienną krzątaninę swojej bohaterki, Rose, i miasto poranne, tętniące życiem, Moffat zaczyna od kuli ziemskiej, zbliża się, przebija powłokę chmur i… zawisa w powietrzu nad uśpionym miastem. To tutaj dzieją się rzeczy naprawdę ciekawe, tutaj madman with a box przeżywa swoje szalone perypetie, oddalony nieco od codzienności, w gruncie rzeczy ponad nią. Bo kiedy już zejdzie na ziemię, to nie w Londynie, lecz w bajkowym ogrodzie dziewczynki o bajkowym imieniu: Amelii Pond.

Ogród Amelii

Fot. BBC

Przygoda, która rozpoczyna się w ten sposób, mocno nawiązuje do Smith and Jones, pierwszego odcinka trzeciego sezonu. Znów mamy kosmicznego kryminalistę i kosmiczną policję, która skłonna jest poświęcić życie wielu niewinnych, byle tylko ukarać jednego winnego. Stawka jest jednak dużo wyższa, zgodnie z cytowaną po wielekroć przez wszystkich zasadą Alfreda Hitchcocka. Początek, trzęsienie ziemi, napięcie, narastanie – wiadomo, o co chodzi. Sprawnie poprowadzonej historii rzeczywiście udaje się dostarczyć wielu wrażeń, przy okazji poświęcając trochę miejsca zawiązaniu relacji między nowym Doktorem a nową towarzyszką. I tam, gdzie Dziewiąty Doktor siłował się z manekinami i urywał im głowy, Jedenasty rozwiązuje cały problem za pomocą sprytu, gadki i dużej pary cojones. Miła odmiana, choć, jak się okaże, ta metoda będzie czasem przynosiła katastrofalne skutki.

Konwencja

Pierwsze sceny (i w ogóle pierwsze odcinki), wiele mówią o konwencji, jaką postanowili obrać obaj zawodnicy. W przypadku Daviesa kluczowym pojęciem jest camp – oznaczający świadomą zabawę kiczem i tandetą. Czasem jest on bardziej intensywny (pierdzący obcy w Aliens of London/World War Three), czasem mniej (pościg w stylu Scooby Doo w Love and Monsters), ale pojawia się, w dodatku nierzadko zmieszany z patosem, powagą, dylematami moralnymi. To trudna do przyjęcia mieszanka – tak jak nie każdy przyszedłby na imprezę in drag i dobrze się bawił, tak nie każdy będzie się dobrze bawił, oglądając zabójczą choinkę i roboty w strojach św. Mikołaja.

Roboty w stroju św. Mikołaja

Fot. BBC

Drugim elementem, o którym warto wspomnieć, jest silne osadzenie serialu w rzeczywistości, takiej zupełnie współczesnej. Sceny otwierające Rose może nie są świadomą deklaracją tego zainteresowania, ale doskonale je reprezentują. Żeby jakakolwiek cudowność była naprawdę cudowna, fantastyka fantastyczna itd., trzeba najpierw pozwolić widzowi poczuć się bezpiecznie, pokazać mu coś, co zna. Ale to nie jedyny powód – Daviesa ogromnie interesuje społeczeństwo i ludzka natura. Umieszczając akcję w teraźniejszości (lub wyraźnie do niej nawiązując, szczególnie w odcinkach pierwszego sezonu rozgrywających się w 51. wieku) może przyglądać się temu, jak ludzie reagują w sytuacjach kryzysowych lub w satyrycznym zwierciadle ukazywać rozmaite przywary: bezkrytyczny stosunek do mediów (The Long Game), manię odchudzania (Partners in Crime) czy obsesję na punkcie wyglądu (postać lady Cassandry).

Moffata społeczeństwo interesuje mniej niż wybitne jednostki, dlatego to Doktor wybija się na pierwszy plan, inni zostają zredukowani do roli sidekicków. Na podobnej zasadzie bardziej interesują go niezwykłe miejsca. W pierwszych dwóch sezonach Daviesa aż dwanaście odcinków rozgrywa się na Ziemi w 21. wieku. U Moffata: w siedmiu. Dysproporcja prawdopodobnie będzie tylko rosnąć.

Również camp znika w dużej mierze, zastąpiony baśniowością, szczególnie silnie widoczną w piątym sezonie, gdzie Doktor bywa w różnych odcinkach nazywany goblinem, tricksterem, czarodziejem. Taką też rolę spełnia w życiu Amy – przybywa na wezwanie małej dziewczynki i rozwiązuje jej kłopoty za dotknięciem czarodziejskiej różdżki/dźwiękowego śrubokrętu. Ale również dla reszty wszechświata staje się postacią na poły legendarną, na poły mityczną, co oczywiście rodzi swoje problemy, bo o ile działania Doktora obserwowane przez Daviesa z perspektywy ziemskiej należy ocenić pozytywnie (z wyjątkiem momentów, gdy posuwa się do overkilla jak w The Runaway Bride), to Moffat, przyjąwszy szerszą perspektywę, próbuje zasiać w nas ziarno wątpliwości. Być może obnaża się tutaj bezlitośnie mój ziemiocentryzm, ale do tej pory nie poczułem się przekonany jego argumentami. Daviesowi poszło trochę lepiej.

Chcę przeczytać część drugą!

Artur Nowrot: czło­wiek-i­ma­gi­na­cja! U­ro­dził się na Gór­nym Śląs­ku, miesz­ka w Kra­ko­wie – cho­ciaż lu­bi czys­te po­wie­trze. Chło­nie książ­ki, ko­mik­sy i se­ria­le, a wra­że­nia­mi dzie­li się tu­taj i na Wysznupanych. Re­da­gu­je i tłu­ma­czy. Jed­no ży­cie mu nie wys­tar­cza, więc naj­chęt­niej wy­myś­la his­to­rie (do ich spi­sy­wa­nia już się mu­si zmu­szać).

Artur Nowrot

Czło­wiek-i­ma­gi­na­cja! U­ro­dził się na Gór­nym Śląs­ku, miesz­ka w Kra­ko­wie – cho­ciaż lu­bi czys­te po­wie­trze. Chło­nie książ­ki, ko­mik­sy i se­ria­le, a wra­że­nia­mi dzie­li się tu­taj i na blogu Wysznupane. Re­da­gu­je i tłu­ma­czy. Jed­no ży­cie mu nie wys­tar­cza, więc naj­chęt­niej wy­myś­la his­to­rie (do ich spi­sy­wa­nia już się mu­si zmu­szać).