The Doctor will see you now! (Cardiff, 24–25 marca 2012)

The Doctor will see you now! (Cardiff, 24–25 marca 2012)

Tekst zawiera spoiler dotyczący jednej z postaci z Torchwood, just so you know.

Uwaga! żeby poczuć się jak na konwencie, proszę sobie to zapętlić w tle:

http://www.youtube.com/watch?v=5D-QPDGhCtM

Wyobraź sobie świat

w którym wszystko jest możliwe. W którym swoboda przenoszenia się w czasie i przestrzeni zależy tylko od tego, czy to na twoim trawniku wyląduje niebieska budka z szaleńcem za konsolą. W którym uwięziona w innym wymiarze ukochana spełni marzenie o wspólnym życiu, bo mężczyzna jej życia tajemniczo się rozdwoi. W którym dotknięcie kamiennej statuy może oderwać cię na zawsze od świata, który znasz. W którym dreszczyk emocji miesza się z niepowstrzymaną ciekawością i strachem przed tym, co przydarzy się tym razem.

Była ciemna, zimna, londyńska noc, połowa stycznia. Dopiero od tygodnia na Wyspach, skulona w bezpiecznej ciasnocie pokoju w akademiku, ciągle oswajałam się z bliskością angielskości, znanej dotąd z książek, z ekranu, ale jeszcze w zasadzie nie doświadczonej na własnej skórze. Przemierzając bezmiar internetu, zupełnie nieoczekiwanie trafiłam na niepozorną grafikę: pogrążonego w myślach Jedenastego…

dwconvention

Cardiff nie może być tak daleko od Londynu, nie? Znalezienie tam noclegu nie może być aż tak trudne, prawda? Zaraz, to można dokupić możliwość zrobienia sobie zdjęcia z jednym z aktorów? To znaczy, że oni tam będą? Że będzie można ich zobaczyć? Porozmawiać? (Czujecie ten dreszcz?)

Marcowa podróż do Cardiff była moją pierwszą większą wyprawą od przyjazdu do Londynu trzy miesiące wcześniej na półrocznego Erasmusa (och, no już nie patrzcie tak na mnie, w Londynie naprawdę jest co robić). Poza niedzielą spędzoną na konwencie, zaplanowałam większą część soboty na zwiedzanie samego miasta (rozsądek przede wszystkim, okazało się zresztą, że to wcale nie tak blisko, jak mi się zdawało – nigdy nie byłam mocna z geografii, a do tego UK na mapie naprawdę wygląda na o wiele mniejsze, dość rzec, że wyprawa okazała się nie taka sobie hop-siup). I niech podkreślę: zwiedzanie w moim wypadku oznaczało odnalezienie gdzieś w bardzo dziwnej dzielnicy tego kościoła:

[Wykonałam ja, tak jak wszystkie zdjęcia poniżej.]

[Wykonałam ja, tak jak wszystkie zdjęcia poniżej.]

Oraz sfotografowanie jak największej liczby posągów z zakończenia Blink.

Błąkając się w upale (och, jaki rok temu o tej porze był w Cardiff upał, jak pachniały w parku kwitnące drzewa) zawędrowałam wreszcie, pieszo, w miejsce, gdzie każdy z nas chciał kiedyś trafić: do Szczeliny. Wokół siedzieli ludzie, bawiły się dzieci: tymczasem tuż pod ich stopami działy się Torchwoodowe tragedie. Ślad jednej z nich znalazłam tuż przy zejściu do zatoki, trochę poniżej głównego deptaka.

[Torchwood]

 

 

Kiedy ja wałęsałam się po stolicy Walii, w Millennium Centre trwał pierwszy dzień wielkiego konwentu. W oknach okolicznych kawiarni pełno było plakatów i rysunków odnoszących się do pobliskiego wydarzenia, a prawie cała klientela zdradzała wyraźne objawy pochodzenia z okolic TARDIS. Podekscytowanie sięgało zenitu, a ja nie mogłam się zdecydować, czy bardziej zazdroszczę im przeżytych wspaniałości, czy cieszę się, że mój w nich udział jeszcze przede mną.

Ustawiłam się w niedzielnej kolejce z samego rana. Musicie wiedzieć, że w niedzielny poranek autobusem do Cardiff Bay jeżdżą tylko wybierający się na konwent fani Doktora. Pilnując biletu jak najcenniejszego skarbu, odnalazłam właściwą kolejkę – każdy odwiedzający należał albo do programu Silurian, albo Ood. Ja byłam Oodem. Nie przeszkadzało to Silurianom zaczepiać stojących w kolejce Oodów…

silurian

 

Już w kolejce wręczano nam torbę pełną goodies. Poza zawieszonym na smyczce identyfikatorem z wydrukowanym programem, pięknie wydaną książeczką konferencyjną i garścią ulotek Forbidden Planet i innych sklepów sprzedających doktorowy merch, na fanów czekał miły upominek w postaci DVD z paroma odcinkami przygód Doktora. Kolejka do wejścia szybko malała, a kiedy już przekroczyło się próg centrum, dobiegająca ze wszech stron muzyka z piątej serii z I am the Doctor! na czele sprawiała, że każdy wczuwał się natychmiast. My, oh my. Od czego tu zacząć?

[Torchwood]

 

Bogaty program spotkań w sali konferencyjnej pomagał uporządkować dzień. W trakcie sesji Creators & Directors padało wiele pytań dotyczących produkcji serialu; przyjemnie było zobaczyć, że organizatorzy chcą przynajmniej na chwilę w centrum uwagi postawić ludzi na co dzień kryjących się za kulisami, a przecież kluczowych dla powodzenia produkcji. Głównym tematem rozmowy był odcinek The Girl Who Waited, nakręcony zresztą w tym samym budynku, w którym siedzieliśmy (yeah). Na scenie pojawił się Handbot i mogliśmy usłyszeć parę uwag na temat jego projektowania; opowiadano też o tym, jak wielkim wyzwaniem jest ucharakteryzowanie aktorki (zwłaszcza o takiej urodzie, jak Karen), żeby wyglądała na starszą.

Q: How strict do you keep actors to the dialogue? A: Changing the tense, well, it’s a show about time travel, tense is pretty important.

Panel Doctor Who Uncut wzbudził trochę większe zainteresowanie (oczywiście, wszyscy uczestnicy konwentu przychodzili na wszystkie spotkania, bo nigdy nie wiadomo…), jako że pojawił się na nim już sam (all hail) Steven Moffat. W towarzystwie, oczywiście, zacnej ekipy dyrektorów wykonawczych, z główną producentką Caro Skinner na czele (w przeuroczej czapce TARDIS na głowie, którą zresztą podkradła Karen, która dostała ją od fanów). Choć wszyscy przebierali już nogami, czekając niecierpliwie na ten panel, obecność Moffata na scenie i fascynująca opowieść o tym, jak powstaje odcinek Doktora Who trzymała wszystkich na sali. Można było dowiedzieć się też, jak zostać producentem takiej produkcji, jak Doctor Who i usłyszeć, co zdaniem Stevenena powinien robić aspirujący scenarzysta, żeby spełnić swoje marzenie.

Q: Do you ever wash the costumes? A: When you walk around the set, you see a lot of vodka and it’s not just to keep the crew happy.

Pora na panel Meet the Stars! No tak, a myśleliście, że po co tu przyjechałam?

Spotkanie rozpoczęło się od brawurowego wkroczenia na scenę: Karen, Arthur i Matt wskoczyli malowniczo zza kulis, lądując z większą lub mniejszą godnością, ale jednak niezawodnie. Widzicie, konwent przypadł na weekend Sport Relief (wiem, bo miałam już poprzedniego dnia okazję przedzierać się przez jakiś walijski maraton czy inny bieg przez środek deptaka w zatoce), więc aktorzy postanowili uczcić ów fakt: Matt podbijał na scenie piłkę, Arthur się rozciągał… Atmosfera była pięknie niefrasobliwa, aż chciało się wstać i uściskać tę przeuroczą trójkę. No zobaczcie sami (a potem dajcie się wciągnąć w otchłań polecanych i powiązanych innych filmików z tego samego panelu, a może będziecie mieć szczęście i traficie na pełne nagranie ze ścieżki Silurian):

Złoty Śrubokręt za najbłyskotliwsze odpowiedzi na dziwne pytania dostaje, oczywiście, Moffat (nie zostaje się głównym scenarzystą w serialu z tak wygadanym protagonistą bez odznaki mistrza ciętej (brytyjskiej) riposty!). Ulubione: „I’m not telling you. I have this printed on my business card” i „Let me answer that in form of a television show we will show later this year”.

Q: What time is the Doctor’s watch set to? Tom: GMT, the only important time in the universe.

Oczywiście, dziś to już żadna sensacja, ale podczas tego panelu po raz pierwszy pokazano nam trailer nadchodzącego siódmego sezonu. Podłoga zadrżała, powietrze zawibrowało od emocji. A do tego spekulacje na temat odejścia Amy i Rory’ego, pierwsze sugestie, że jakąś rolę odegrają w tym Płaczące Anioły…

Zostawiając jednak bolesne tematy na boku, pozwólcie, że przejdę do opisu innych konwentowych atrakcji.

Actually meeting the stars (aka fangirling)

Realia konwentu były brutalne: poznać gwiazdy można było (poza oglądaniem ich z perspektywy widowni podczas panelu), jeśli kupiło się dodatkowy bilet. Bilety specjalne były dwojakiego rodzaju: zrób sobie z gwiazdą zdjęcie albo podsuń jej coś do podpisania. Wybrałam opcję wspólnego zdjęcia z Arthurem Darvillem. Mimo bardzo prawdziwego, miętolonego w ręce biletu do samego końca nie byłam pewna, czy to się dzieje naprawdę. Szybko do rzeczywistości przywróciły mnie jednak towarzyszące mi w kolejce do tajnego Arthurowego pokoju dziewczęta w wieku licealnym, może nie przebrane za centurionki/rude policjantki, ale za to bardzo bliskie omdlenia. Uwierzcie mi: bardzo. Od razu poczułam się doroślej (rrright).

arthur

Zanim stanął przed nami główny bohater krótkiego spotkania, towarzysząca mu organizatorka poprosiła nas, żebyśmy odzywali się do Arthura podchodząc i szykując się do zdjęcia, bo Arthur bardzo krępuje się w takich sytuacjach, a tym gorzej się czuje, im bardziej oniemiali są podchodzący do niego fani. Na te słowa stojącym obok mnie dziewczątkom pobladły nawet piegi, jednak dzielnie każda z nich przywitała się z aktorem i stanęła mężnie ramię w ramię przed aparatem. Tylko jednej losu nie znam, bo rozpłakała się histerycznie na sam widok biednego Arthura (który bezradnie stał i nie wiedział, czy pocieszać – co powodowało dalsze fontanny łez – czy schować się za parasolem i przeczekać). Szczęśliwie nie zapomniałam języka w gębie, jak mi się to parę razy w Anglii z zaskoczenia zdarzało, i nie dość, że zamieniłam z Arthurem parę słów, to jeszcze udało mi się przekazać mu pozdrowienia od naszej małej krakowskiej grupy fanów. Bądźcie ze mnie dumni – łatwo było zemdleć.

Prawdziwa próba przyszła jednak parę godzin później. Widzicie, między panelami były rzecz jasna przerwy. Skoro odwiedzający podążali dwiema ścieżkami, Oodowie musieli ustępować miejsca na sali Silurianom i odwrotnie. Błąkanie się po centrum szybko się nudziło: można było odwiedzić kilka raczej słabo zaopatrzonych stoisk na parterze (mam silne podejrzenia, że cały good stuff wyprzedał się jeszcze w sobotę), można było popatrzeć, jak ludzie od propsów ubierają w kostium stracha na wróble czy charakteryzują ochotników na znane z ekranu potwory. Dłuższą chwilę zajmowało zwiedzenie wystawy na piętrze, gdzie zgromadzono piękną kolekcję strojów i rekwizytów z planu (i to nie takich, nad których umiejscowieniem w odcinkach trzeba się dłużej zastanowić).

propsy

Ale nawet oglądanie takiej ekspozycji potrafi się znudzić, więc można skorzystać z okazji i powałęsać się chwilę po częściach centrum, gdzie teoretycznie nie dzieje się konwent. I w ten sposób odkryć najpierw przeszklony pokój, w którym Matt Smith odbywa swoją sesję ze szczęśliwymi posiadaczami biletu uprawniającego do trzydziestu sekund z Jedenastym. Potem VIP room, gdzie spędzają przerwy wszyscy pozostali (znów: przeszklona ściana, dzięki (?) której w sieci krążą takie, trochę przerażające nagrania). I kiedy wreszcie wydaje ci się, że oto jest miejsce – cichy korytarz – gdzie możesz spokojnie sprawdzić Twittera, wejść na fejsik, odpocząć przez moment od doktorowego zgiełku, nagłe poruszenie sprawia, że podnosisz głowę. A że masz już w dłoni telefon, a odruch właściwych przesunięć i dotknięć wdrukowany w podświadomość, mimo absolutnego przerażenia i poza tą jedną dłonią raczej paraliżu, w przeraźliwie poruszonej fotografii dokumentujesz moment, kiedy Matt Smith mija cię w drodze na kolejny panel w odległości podobnej staniu obok siebie w londyńskim metrze w godzinie szczytu.

doktor

Kiedy zeszłam na dół, by dołączyć do kolejki ustawiającej się przed wejściem na salę konferencyjną na oczekiwany panel Meet the Stars, spotkałam na jej czele dziewczęta, które wcześniej mdlały przed spotkaniem z Arthurem. Nie mogłam się oprzeć:

Ja: Hey, I just saw Matt. He, like, went right past me in that corridor, going to this panel, I guess.
Dziewczątko: OMFG 4RLZ WHAT DID HE SMELL LIKE?!

Po czymś takim w zasadzie można już iść do domu. Jednak kiedy zapłaciło się ciężkie funty za wstęp, człowiek nie ma ochoty przegapić ani jednego z zaplanowanych wydarzeń. Odwiedziny w Special Effects Studio były pięknym ukoronowaniem dnia: niesamowity Danny Hargreaves, trochę szalony, ale za to biegły w nawiązywaniu kontaktu z widownią specjalista od pirotechniki na planie Doktora Who nie tylko pokazał, jak skrzy się ostrzeliwana klata Cybermena, ale i uczył fanów posługiwania się bronią Rose, odważył się kopnąć Daleka w zadek i sprawił, że na scenie zaczął padać świąteczny śnieg.

dalek1

 

Jest oczywista przewaga konwentu organizowanego przez BBC nad konwentem organizowanym przez fanów. Całe wydarzenie było zaplanowane w taki sposób, żeby umożliwić wszystkim jak najbliższe poznanie serialu i jego produkcji, w stopniu przekraczającym możliwości przeciętnego człowieka (jedna rzecz, na którą nie udało mi się załapać i której będę żałować: wycieczka na plan TARDIS). Tacy goście, taki program! Jednak w imprezie organizowanej w ten sposób (i za tę cenę) były też wady, na które może łatwo przymknąć oko, ale o których nie można nie wspomnieć. Można było zapomnieć o integracji między fanami: wszyscy skupieni na podążaniu za planem, na śledzeniu gwiazd; trochę złapani w sztywne sidła BBC, niewiele mieli okazji do rozmowy. Dla fanów starych serii (a nawet dla zwolenników Dziesiątego) nie było w zasadzie żadnych atrakcji – zabawa została przygotowana przez i dla Moffata, i już. Zaś same gwiazdy, prowadzone za rękę przez kolejne punkty napiętego programu (zdjęcia – panel – autografy – konferencja prasowa – panel – zdjęcia…), myślę, że nie wspominają pracującego weekendu najlepiej, to musiało być piekło. Nie jestem stałym bywalcem konwentów, ale zawsze wyobrażałam to sobie jako zdecydowanie weselszą i swobodniejszą okoliczność, festiwal kreatywności i kwintesencję fanowstwa! Czy jednak po opowiedzeniu wam o wszystkich cudnych, niesamowitych rzeczach, jakie spotkały mnie w stolicy Walii, mam jeszcze prawo na cokolwiek narzekać?

Kiedy po skończonej imprezie wybrałam się do sklepu po drugiej stronie deptaka, stanęłam w kolejce do kasy za ojcem i synem, na oko sześcioletnim, obaj przebrani byli za Doktora i po zmęczonych uśmiechach widziałam, że spędzili dzień bardzo podobnie do mnie. Znużony staniem w kolejce syn odwrócił się po chwili do ojca i powiedział drżącym od emocji i ze zmęczenia głosem: Dad? It’s been the best day of my life.

Do końca nie dowierzam, że mogła mi się przydarzyć taka przygoda. Może nie jest to walka z Vashta Nerada, może nie uciekałam przed Slitheenami, pewnie nie dorasta to kalibrem do przeciwstawienia się Sycorax czy obronie Ziemi przed Shakri: ale nie powiecie mi, że ten świat nie jest jednym z tych, w których możliwe jest wszystko.

Nevertheless

Wiecie oczywiście, że 22 listopada 2013 roku rozpoczną się obchody 50-lecia? W Londynie, w hali ExCeL? 15 tysięcy biletów? RightGuys…?

Aldonna Pikul
Człowiek–organizacja. Chy­ba wy­na­la­zła spo­sób na na­gię­cie cza­so­prze­strze­ni i jej do­ba na pew­no nie ma 24 go­dzin. Po­za pra­cą i stu­dia­mi ba­wi się w pi­sa­nie tek­stów w in­ter­ne­tach, ga­pi się w mo­ni­tor częś­ciej niż za o­kno. Z du­cha re­da­ktor­ka i tłumacz-amator, ży­cio­wo czło­wiek od wszy­stkie­go, niespełniony programista, nie znaj­du­je więk­sze­go szczę­ścia niż z pa­rą dru­tów w rę­kach, mot­kiem weł­ny i do­brą dra­mą w tle.

Aldonna Pikul

Człowiek–organizacja, technokracja i spełnianie życzeń! Chy­ba wy­na­la­zła spo­sób na na­gię­cie cza­so­prze­strze­ni i jej do­ba na pew­no nie ma 24 go­dzin. Po­za pra­cą i stu­dia­mi ba­wi się w pi­sa­nie tek­stów w in­ter­ne­tach, mar­nu­je mło­dość czy­ta­jąc fej­sa i rssa, ga­pi się w mo­ni­tor częś­ciej niż za o­kno. Z du­cha re­da­ktor­ka i tłumacz-amator, ży­cio­wo czło­wiek od wszy­stkie­go, niespełniony programista, nie znaj­du­je więk­sze­go szczę­ścia niż z pa­rą dru­tów w rę­kach, mot­kiem weł­ny i do­brą dra­mą w tle.