Jak uzależnić się od znanej już historii (The Lizzie Bennet Diaries)

Jak uzależnić się od znanej już historii (The Lizzie Bennet Diaries)

W tym roku minęło 200 lat od opublikowania Dumy i uprzedzenia. W tym tygodniu premierę miał ostatni, setny odcinek internetowego serialu adaptującego Dumę i uprzedzenie jako serię videoblogów, który nie tylko zasypał tumblr tysiącami gifów i doprowadził fanów do łez, ale praktycznie zdetronizował Colina Firtha jako Najlepszego Pana Darcy’ego Wszechczasów i to nawet bez scen w mokrych koszulach.

The Lizzie Bennet Diaries narodziło się jako dziecko Hanka Greena (najlepiej znanego jako połowa VlogBrothers, pomysłodawca Vidconu i wizard rocker z zespołu Harry and the Potters) i Berniego Su, reżysera i scenarzysty. Kiedy Hank ogłosił zamysł zekranizowania Dumy i uprzedzenia jako zmodernizowanej serii videoblogów, reakcje były mieszane. Z jednej strony, Hank Green dotąd nie zawiódł internautów, czy to śpiewając piosenki o tumblerze, czy to piekąc ohydne ciasteczka na pierwsze doroczne Hunger Games (składniki Hunger Games: głód, ciasteczka i turniej Hungry Hungry Hippos. Tell your friends.)

Z drugiej strony, czy świat potrzebował jeszcze jednej ekranizacji Dumy i uprzedzenia? Od amerykańskiej ekranizacji z 1940, przez wszystkie wersje BBC, przez film Joego Wrighta z 2005, przez Bollywood i Bridget Jones, przez telewizyjną nowoczesną adaptację, w której Bingley zaczyna karierę wydając albumy muzyczne dla psów… Duma i uprzedzenie została opowiedziana na wszystkie możliwe sposoby i może nawet o parę razy za dużo (albumy muzyczne dla psów, proszę państwa…). Zekranizować dziewiętnastowieczną komedię manier w formie videoblogów? Opowiedzieć historię miłosną pełną zgrabnych dialogów i niedopowiedzeń w formacie, w którym jedna osoba mówi do kamery? Jednoosobowy dramat kostiumowy? Nie ma szans, żeby się udało.

jk-lizzie

Nie będę Was trzymała w napięciu. A jednak.

Lizzie Bennet to dwudziestokilkuletnia studentka mediów i komunikacji prowadząca internetowy pamiętnik jako projekt dyplomowy. Mieszka z rodzicami i dwiema siostrami: energiczną młodszą Lydią i starszą, słodką i uroczą Jane (miłośnicy książki mogą się zastanowić co stało się z pozostałymi siostrami Bennet. Odpowiadam – Mary staje się kuzynką, a Kitty domowym kotem. Ta ostatnia ma mniej więcej tyle samo kwestii mówionych, co Kitty w książce…). Ma niepewne plany na przyszłość i kredyt studencki do spłacenia. Grana przez Ashley Clements Lizzie jest podobna do swojego literackiego pierwowzoru – wygadana, energiczna, zabawna. Ale też szybka w osądach i słowach, impulsywna i skoncentrowana na sobie.

Serial zrealizowany jako videoblog, w którym spędzamy 100 odcinków (plus około 50 dodatkowych video in-universe, czyli w sumie jakieś 10 godzin, gdyby ktoś chciał maratonować, a uwierzcie mi, po pierwszych 10 odcinkach będziecie chcieli) samym swoim formatem rzuca twórcom wyzwania. Wszystko będziemy widzieć i słyszeć z punktu widzenia Lizzie, a Lizzie „widzi to, co chce zobaczyć”. Ponieważ przez większość serii Lizzie kręci blogi ze swojej sypialni, zobaczymy tylko osoby, które do tej sypialni naturalnie mogą wejść (głównie jej siostry i najlepsza przyjaciółka). To, co mogłoby być największą wadą adaptacji – tracimy tak wyraziste postaci, jak Państwo Bennet czy Lady Catherine – staje się jedną z jej największych zalet dzięki wynalazkowi, jakim jest teatrzyk kostiumowy.

Za pomocą kilku dobrze dobranych akcesoriów i odpowiedniej modulacji głosu, Lizzie po kolei wciela się w kolejne osoby ze swojego otoczenia – kapelusz i południowy akcent symbolizują jej matkę, za pomocą fajki staje się swoim ojcem, atrybutami Darcy’ego zostają kaszkiet i muszka. Lizzie do gry wciąga siostry i przyjaciół, pomagających jej odgrywać dla widzów wydarzenia, których ze względu na format serii nie jesteśmy w stanie zobaczyć. Kostiumy i teatralność scenek potęgują wrażenie tego, że wszystko, co widzimy jest nam dane z punktu widzenia Lizzie – Charlotte i Jane kilkakrotnie komentują, że Lizzie niekoniecznie jest wiarygodną narratorką wszystkiego, co dzieje się w jej życiu – ale też podkreślają, że Lizzie ma świetną pamięć do dialogów i sytuacji, a pojawiające się we własnej osobie postaci, które widzieliśmy wcześniej w wersji „costume theater” pozwalają weryfikować prawdomówność i zmysł obserwacyjny naszej bohaterki. Dodatkowo, w przebłysku geniuszu, postaci od czasu do czasu odgrywają nie tylko innych, ale też kostiumowe wersje siebie samych, co punkt kulminacyjny osiąga w fantastycznym odcinku nr 80: Hyper-mediation in New Media, gdzie twórcy po mistrzowsku grają mimikrą i problemami w komunikacji.

jk-lizzie2

Kolejnym wyzwaniem dla każdej zmodernizowanej adaptacji Austen (albo każdej innej) jest problem, jak poradzić sobie ze zmianą czasów. Siłą napędową narracji Austenowskiej są problemy, z jakimi spotykały się jej bohaterki na co dzień w czasach, kiedy małżeństwo dla pieniędzy było naturalne, prawo spadkowe nie pozwalało córkom dziedziczyć majątków, a reputacja młodej dziewczyny mogła być zrujnowana szybko i na zawsze, z poważnymi konsekwencjami dla niej i dla jej rodziny. Co z tym fantem zrobić dwieście lat później?

Można przenieść historię w realia, gdzie aranżowane małżeństwa są nadal w modzie („Bride and Prejudice” i Bollywood). Można sugerować się pierwowzorem w najlżejszy możliwy sposób, zrezygnować z energicznych młodszych sióstr uciekających z przystojnym oficerem, a zamiast tego wrzucić główną bohaterkę do więzienia w Tajlandii (Bridget Jones 2: The Edge of Reason, i przynajmniej dla mnie była to istotnie ostatnia możliwa krawędź rozumu). Można też sprowadzić historię do podstaw, a potem zastanowić się, jak te same problemy przekazać w erze mediów społecznościowych. Kiepska sytuacja finansowa rodziny Bennet stanie się niepewną przyszłością Lizzie z powodu kredytu studenckiego. Zagubiony list staje się popsutym telefonem. Publiczna hańba Lydii rozgrywa się jako groźba opublikowania sex tape. Odrzucone oświadczyny Pana Collinsa stają się ofertą pracy dla korporacji, którą Lizzie odrzuca z tych samych powodów, dla których w książce odmawia mu swojej ręki – nie chce iść na kompromis i wybrać wygody zamiast tego, co kocha.

Problem z Austen jest taki, że niezależnie od tego, jak ją uwielbiamy, często sprowadzamy jej historie to tego jednego wątku: czy się zejdą? Czy będą razem? It is a truth universally acknowledged, Jane Austen jest blueprintem dla wszystkich komedii romantycznych, wzorem niezliczonych kliszy i wariacji na temat „kto się czubi, ten się lubi”. Wątki niesprawiedliwości brytyjskiego systemu majątkowego (Duma i uprzedzenie i Rozważna i romantyczna), problemy kolonii brytyjskich (Mansfield Park) czy problemy klasowe (Emma) są spłycane, a najchętniej pomijane, na drodze do tego finałowego pocałunku.

jk-lizzie3

Przełom w ekranizacjach zaczął się już wcześniej, kiedy Amy Heckerling zaktualizowała Emmę w komedii dla nastolatków Clueless. W 1995, w tym samym roku, kiedy Brytyjczycy (a zwłaszcza Brytyjki) zamykali się popołudniami w domu, żeby przewijać scenę, w której Colin Firth skacze do jeziora i wychodzi z niego w mokrej koszuli, kiedy wszyscy widzowie wyczekiwali ślubu Elizabeth i Darcy’ego i wreszcie, wreszcie pocałunku, Clueless także skończyło się sceną ślubu. Ale po skoncentrowaniu się na parze młodych, kamera odjechała i skierowała się w stronę stolika gości, przy voice-overze Cher (naszej nowoczesnej Emmy): „As if. I’m only seventeen”. Nawet, jeśli przeszkodą jest tylko młody wiek bohaterki (i tak starszej niż książkowa Lydia, kiedy ucieka i poślubia Wickhama), Clueless pokazuje nam, że Austenowskim endgame niekoniecznie musi być ślub. W świecie Austen małżeństwo było sposobem uzyskania pewnej niezależności, dorosłości. Dla Lizzie Bennet w 2013 ostatnia scena nie musi być pierwszym pocałunkiem. Jej droga nie kończy się przed ołtarzem, ale kończy się zrozumieniem.

U Austen problemy na drodze do szczęścia wynikają najczęściej z barier komunikacyjnych – niedopowiedzeń, źle dobranych słów, zagubionych listów. Bohaterki Austen muszą zrozumieć swojego przyszłego partnera, ale co najważniejsze, muszą zrozumieć siebie. W ostatnim odcinku serii Lizzie wyraża nadzieję, że widzowie dobrze ją poznali, i dodaje: „wiem, że ja poznałam siebie.” Jej związek z Darcym – zdecydowanie to, co fani najbardziej chcieli zobaczyć, to, co przyciąga wszystkich do serii – nie jest wielkim finałem; jest nim Lizzie rozpoczynająca nowy rozdział życia i kariery.

To nie jest jedyna wyraźna zmiana na lepsze w tej adaptacji. Gdyby rok temu ktoś powiedział, że jedną z moich ulubionych fikcyjnych postaci stanie się Lydia Bennet, zapewne pasknęłabym śmiechem i oddaliłabym się w pośpiechu. Lydia Bennet przecież jest głupiutką gąską bez manier i z instynktem samozachowawczym Czerwonego Kapturka na statku Enterprise, która bez namysłu naraża całą rodzinę na skandal i uważa to za świetny żart. To Lydia którą znamy.

jk-lizzie4

A to Lydia Bennet z LBD: nadal energiczna, nadal nieposkromiona, nadal uganiająca się za przystojnymi mężczyznami. Nadal doprowadza swoją starszą siostrę do facepalmów. Lydia Bennet (a raczej Lyh-di-ah Bennet), proszę państwa, złamie Wam serce.

Zacznie powoli, „bringing the adorbs”, co nie jest trudne, kiedy gra ją Mary Kate Wiles (znana głównie ze Squaresville), kradnąc większość ze scen, w których występuje. W pewnym momencie zorientujesz się, że uśmiechasz się za każdym razem, kiedy jest na ekranie. Z przerażeniem zapytasz, jak to możliwe, że pokochałeś Lydię Bennet. Z jeszcze większym przerażeniem zorientujesz się, że ten serial złamie Ci serce, bo przecież Lydia Bennet zmierza nieuchronnie w stronę tragedii. Nic dziwnego, że fandom The Lizzie Bennet Diaries praktycznie eksplodował, kiedy gruchnęła wiadomość o sex tape Lydii i Wickhama.

A gruchnęła w cudowny sposób, charakterystyczny dla serii. Od początku postaci żyły własnym życiem na serwisach społecznościowych. Lizzie i Charlotte wymieniały uwagi na twitterze, Lydia założyła własnego vloga i wrzucała vidy ze swoją kotką Kitty, Jane przypinała zdjęcia z sesji zdjęciowych na Pintereście (a po wyjeździe Bingleya wpędziła fandom w depresję serią coraz smutniejszych obrazków). Śledzący to wszystko fani, którzy doskonale zdawali sobie sprawę, że historia powoli zmierzała do ucieczki Lydii i Wickhama, z rosnącym strachem oglądali coraz bardziej niepokojące vlogi Lydii. Na twitterze Charlotte usilnie próbowała skontaktować się z Lizzie, której telefon przestał działać. Pod jednym z vidów Lydii na YouTube pojawił się link do strony z przedsprzedażą filmu porno z Lydią w roli głównej.

Twórcy Lizzie Bennet mistrzowsko balansują z historią opowiadaną na osi kilkunastu mediów. Widz może oglądać tylko podstawową serię, ale może też zanurzyć się w spin-offy Lydii i Pemberley Digital (firmy Darcy’ego, ekwiwalentu jego wspaniałej posiadłości w Derbyshire) z Gigi (Georgianą) Darcy w roli rzecznika, może śledzić postaci na twitterze, tumblerze, pintereście i facebooku. Celem twórców, jak mówi Bernie Su, było pozwolenie widzom na wybór, które elementy, i jak wiele z nich, chcą poznawać.

Co najważniejsze, to nie koniec historii i nie koniec zaangażowania fanów. Kampania na Kickstarterze obiecuje wydanie DVD z komentarzami i dodatkowymi materiałami (serial nie zniknie z sieci, ale wielu fanów zapewne będzie chciało zanurzyć się w dodatkowych materiałach) a także kontynuację Austenowskiego świata w Welcome to Sanditon, miniserii opartej na niedokończonej powieści Austen, która obiecuje „uczynić widzów częścią historii.” Co bardzo na miejscu, Sanditon rozgrywa się w dużej mierze przez plotki i listy, ponownie uderzając w tematy komunikacji, jej efektów i problemów z nią związanych.

Sanditon pojawi się w internecie już w maju tego roku, a późnym latem twórcy obiecują początek kolejnej pełnej ekranizacji. Nie wiem jak Wy, ale ja nie mogę się już doczekać.

jk-lizzie5

The Lizzie Bennet Diaries
2013

Pierwszy odcinek Lizzie Bennet: http://www.youtube.com/watch?v=KisuGP2lcPs

Joanna Kucharska
Zawodowo ogląda seriale. Jeszcze jej za to nie płacą, ale pracuje nad doktoratem na temat seriali internetowych, więc prawie prawie. W międzyczasie hate-watchuje większość seriali, które ogląda i pasywno-agresywnie udziela się na tumblerze.

Joanna Kucharska

Człowiek-katarynka, z opinią na każdy temat. Urodzona w Krakowie, żyje przed ekranem. Uzależniona od kawy, musicali i złych żartów słownych. Czasami pisze, częściej przeklina migający kursor. Porzuciła hatewatchowanie na rzecz hope-watchingu, bo zdrowiej dla psychiki.