Pojedynek gigantów – Davies kontra Moffat (Część II)

Pojedynek gigantów – Davies kontra Moffat (Część II)

Chcę przeczytać część pierwszą!

Uwaga, spoilery!

Metaplot

Skoro powiedzieliśmy już o konwencji, to przyjrzyjmy się, jak obaj twórcy realizują dłuższe historie.

W przypadku Daviesa właściwie nie do końca można mówić o dłuższych historiach. Walijczyk trzyma się zamkniętych historii trwających jeden, czasem dwa odcinki. Gdzieś w tle przewijają się Arc Words, z reguły dość dyskretne. Potem nadchodzi finał, będący tak samo standalone’em, ale wykorzystujący niektóre elementy pojawiające się w odcinkach poprzednich. Sezon pierwszy: „Bad Wolf”, zahamowanie rozwoju cywilizacji ludzkiej w 51. wieku. Sezon drugi: „Torchwood”, Cybermeni z alternatywnego wszechświata. I tak dalej. Ma to tę zaletę, że każdy odcinek stanowi zamkniętą całość i przynosi natychmiastową satysfakcję. Kontekst finału może niektóre z nich wzbogacić, ale nie jest warunkiem koniecznym do ich docenienia.

Moffat od samego początku proponuje zupełnie inne podejście. W swoim pierwszym sezonie pozostaje jeszcze przy tradycyjnej strukturze trzynastu odcinków wyświetlanych tydzień po tygodniu, ale bardzo wyraźnie akcentuje tajemnicę szczelin w czasoprzestrzeni – z reguły na koniec każdego odcinka pojawia się kadr pokazujący kolejną, powstającą w miejscu, które Doktor właśnie opuszcza. Jest to jednak dodatek do kolejnych historii, intrygujący, ale jeszcze nie frustrujący.

Zupełnie inaczej ma się rzecz w sezonie szóstym. Nie tylko kilka pytań z sezonu poprzedniego pozostaje bez odpowiedzi, ale pierwsze dziesięć minut, w czasie których Doktor zostaje zabity (definitywnie i nieodwołalnie, jak nam się mówi) kładzie się cieniem na wszystkich odcinkach aż do finału. Co z tego, że Cisi zostali pokonani? Doktor został zabity przez astronautę, który wyszedł z jeziora. Astronautę. Z jeziora.

Niemożliwy astronauta. Z jeziora.

Mind. Blown. | Fot. BBC

Przy czymś takim nawet trzymiesięczna przerwa w połowie sezonu nie wydaje się wielką krzywdą, choć jeszcze potęguje frustrację. I oczywiście taki zabieg stanowi już duże ryzyko – trzeba być naprawdę pewnym, że konkluzja historii nie tylko będzie satysfakcjonująca sama w sobie, ale też zapewni payoff wobec wszystkich wcześniejszych odcinków. Jak pokazuje przykład LOST, można w ten sposób dotrzeć do punktu krytycznego, po którym już każde zakończenie będzie się wydawało nieco rozczarowujące. Moffat nie przeciągał co prawda struny sześć lat, więc nie pękła, ale i tak dźwięk, jaki wydała, trudno nazwać czystym. A wszystko z powodu jednej krótkiej kwestii: He’s most definitely the Doctor and he’s most definitely dead. Widz zniesie wiele: można zatajać przed nim informacje, można podsuwać mu fałszywe tropy, ale jednej rzeczy robić nie wolno – kłamać. Tutaj okazało się, że nie tylko nie jest most definitely dead (a przecież, jak wiedzą fani Princess Bride, mógł być na przykład tylko mostly dead, i wtedy pewnie wszystko łatwiej dałoby się rozwiązać), ale nie jest to nawet most definitely the Doctor. Trudno winić fanów, że poczuli się oszukani, z drugiej strony chyba wiele są w stanie wybaczyć – Moffat wprowadza kolejne zagadki (mieliśmy już the impossible astronaut, teraz pora na the impossible girl), a wszystkich oglądających chyba znów zaczyna ogarniać ekscytacja i wiara w to, że rozwiązanie powali nas na ziemię. Jeszcze się przekonamy, ale na razie bezpieczniejsze podejście Daviesa wydaje się lepsze.

Finały

Aby domknąć wątek konstrukcji fabularnej, przyjrzyjmy się jeszcze finałom, które mimo silnie epizodycznej struktury serialu są szczytowym punktem każdego sezonu. Ostatecznie koniec wieńczy dzieło, jak mawiają.

Finały Daviesa to najczęściej osobne przygody, wykorzystujące, jak wspomniałem, różne plot devices z wcześniejszych odcinków – i na ogół podbijające stawki do coraz absurdalniejszych poziomów. Pierwszy sezon? Nieprzeliczone rzesze Daleków chcące eksterminować ludzkość. Drugi sezon? Walka Daleków z Cybermenami. Trzeci? Master dziesiątkujący ziemską populację i przez rok rządzący planetą. Czwarty? Groźba zniszczenia wszystkich wszechświatów. Skala ziemska w końcu musi zostać zastąpiona skalą kosmiczną, ale od samego początku aż do końca te kataklizmy rozgrywają się na widoku. Bitwa o Canary Wharf z Army of Ghosts jest jeszcze długo wspominana, podobnie jak świąteczna inwazja czy Titanic przelatujący nad Pałacem Buckingham – a wynika to z konwencji oczywiście. Jeśli mamy poczuć chociaż cień przerażenia, to najlepiej, żeby katastrofy dotykały tego, co nam znane (a raczej Brytyjczykom, bo dla wielu z nas Londyn, tak jak Nowy Jork i inne dalekie miejsca przetworzone silnie przez popkulturę, też ma posmak Nibylandii). I najlepiej, by kluczowe role odgrywali w nich ludzie. Stąd Doktor często uzależniony jest od pomocy innych, a nieodzowne przy rozwiązywaniu konfliktów okazują się towarzyszki. Rose zaglądająca do serca TARDIS i owładnięta mocą Wiru Czasowego. Martha przemierzająca Ziemię i opowiadająca ludziom historię Doktora. No i wreszcie Donna pokonująca Daleków dzięki połączeniu z Doktorem. Ale przecież one nie wyczerpują bynajmniej listy, bo zawsze pojawiają się też inni, gotowi pomagać, walczyć, oddawać życie, kiedy trzeba. W świecie Daviesa zło można pokonać tylko wspólnie – Doktor oczywiście sam robi wiele dla ratowania świata, ale jego najważniejszą funkcją jest inspirowanie innych, by stawali ramię w ramię i połączonymi siłami dokonywali rzeczy wielkich.

Fot. BBC

Fot. BBC

Scenarzyście zarzuca się chętne korzystanie z deus ex machina. I faktycznie, w świecie nieustannie podbijanych stawek oraz pakowania bohaterów w sytuacje bez wyjścia, to wyjście, kiedy już się pojawia (bo wiadomo, że koniec końców za plecami przypartych do muru otworzą się drzwi windy), wydaje się czasami bardzo łatwe i oczywiste – choć na ogół opiera się na motywach wprowadzonych do fabuły wcześniej. Tak naprawdę jednak rozwiązania problemów okazują się trudne i kosztowne – po prostu nie pod względem tego, ile many trzeba w nie zainwestować/jak bardzo trzeba się nakombinować, żeby je wymyślić. Koszt ponosi się na płaszczyźnie emocjonalnej, zwycięstwo okupione jest bólem i stratą – czy to umrze Dziewiąty Doktor, czy Rose zostanie na zawsze (to „na zawsze” trzeba jednak opatrzyć dużym cudzysłowem) uwięziona w alternatywnym wszechświecie, czy zginie ostatni oprócz Doktora Władca Czasu, czy Donna utraci pamięć o wszystkim, czego dokonała. Dlatego za czasów Daviesa towarzyszki odchodzą zawsze w finałach. Ceną za zwycięstwo jest utrata tego, co najdroższe.

W takim zestawieniu widać, że finały Moffata to niemalże bajeczki dla dzieci. Nie to, że naiwne, nie to, że przesłodzone, żebyśmy się źle nie zrozumieli. Ale różnice w konstrukcji – i chyba w wizji świata też – widać na pierwszy rzut oka. Moffat przenosi akcję Gdzie Indziej. Na początku to będzie „zaledwie” przeszłość, ale później… świat nasz i jednocześnie nie nasz. Kraina Czarów. Rzeczywistość, w której gwiazdy nie istnieją, pingwiny mieszkają nad Nilem, Święty Cesarz Rzymski Winston Churchill powraca do Senatu Buckingham na osobistym mamucie. Przerażenie (Dalekowie w Londynie!) zostaje zastąpione poczuciem cudowności (Dalekowie w muzeum!).

A cały ten cudowny świat obraca się wokół jednej wybitnej jednostki. Zagrożenia z finałów Daviesa zagrażałyby światu dalej, gdyby Doktora nie było (z wyjątkiem może trzeciego sezonu). U Moffata Doktor jest przyczyną, celem i jedynym, który może cokolwiek poradzić. Sidekickowie mogą mu pomagać, czasem nieświadomie realizując plany, ale ktoś te plany musi przygotować i zawsze będzie to genialny Doktor. To Doktor musi też za każdym razem poświęcić się dla dobra czasu, przestrzeni i swoich przyjaciół. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo przecież w efekcie następuje zmartwychwstanie (albo upozorowanie śmierci). Doktor w nowej serii ma wyraźny rys mesjański, widoczny jak nigdzie indziej w Last of the Time Lords, ale warto zwrócić uwagę, że zmienia się jego rola jako wybawiciela: u Daviesa inspiruje on ludzi do działania i jest uzależniony od ich wiary w to, co sobą reprezentuje, u Moffata to on sam ratuje świat i przyległości.

Fot. BBC

Fot. BBC

Zakończenie

Pora na podsumowanie i odpowiedź na trudne pytanie postawione na początku: który lepszy? Każdy ma swój wyraźny styl i konsekwentnie realizowaną wizję – zresztą myślę, że powodem i warunkiem powodzenia serialu był zawsze wybór ludzi charakterystycznych: czy chodzi o twórców, czy o od-twórców. Każdy ma też swoje zalety i wady. Moffat wydaje się sprawniejszy warsztatowo, scenariusze Daviesa mają więcej uroku i swobody (oglądając odcinki Moffata często odnoszę wrażenie, że bohaterowie między scenami siedzą i kombinują, jaką by tu odzywką teraz zabłysnąć). Pierwszy pomógł serialowi osiągnąć największy sukces w całej jego pięćdziesięcioletniej historii, drugi – odratował go z Limbo Anulowanych Seriali. Obaj byli Doctorowi potrzebni. Ostatecznie muszę więc chyba, ryzykując antyklimaks i rozczarowanie czytelników, wybrać trzecią opcję i na pytanie: „Który lepszy?” odpowiedzieć: obaj.

Artur Nowrot: czło­wiek-i­ma­gi­na­cja! U­ro­dził się na Gór­nym Śląs­ku, miesz­ka w Kra­ko­wie – cho­ciaż lu­bi czys­te po­wie­trze. Chło­nie książ­ki, ko­mik­sy i se­ria­le, a wra­że­nia­mi dzie­li się tu­taj i na Wysznupanych. Re­da­gu­je i tłu­ma­czy. Jed­no ży­cie mu nie wys­tar­cza, więc naj­chęt­niej wy­myś­la his­to­rie (do ich spi­sy­wa­nia już się mu­si zmu­szać).

Artur Nowrot

Czło­wiek-i­ma­gi­na­cja! U­ro­dził się na Gór­nym Śląs­ku, miesz­ka w Kra­ko­wie – cho­ciaż lu­bi czys­te po­wie­trze. Chło­nie książ­ki, ko­mik­sy i se­ria­le, a wra­że­nia­mi dzie­li się tu­taj i na blogu Wysznupane. Re­da­gu­je i tłu­ma­czy. Jed­no ży­cie mu nie wys­tar­cza, więc naj­chęt­niej wy­myś­la his­to­rie (do ich spi­sy­wa­nia już się mu­si zmu­szać).