Thinking outside of the box (część II)

Thinking outside of the box (część II)

Część pierwszą przeczytać można tutaj.

Uwaga, spojlery!

– What’s happened?
– Change, my dear. And it seems not a moment too soon.

Tak brzmiały pierwsze słowa Szóstego Doktora – i jest to może najtrafniejsze zdanie, jakie na temat serialu o szaleńcu z budką wypowiedziano. To jasne, że musiał je wygłosić on sam.

Fot. BBC via tumblr.com

Fot. BBC via tumblr.com

Bo miłość do Doctora Who to trudna miłość. Nieszczęsny widz, który zdecyduje się pokochać to brytyjskie dziwo, musi przełknąć multum konwencji, absurdalny humor, kiczowate efekty specjalne, cały panteon deus ex machina i bardzo wiele innych jeszcze elementów, by móc w końcu wzruszyć się losem Oodów czy zapłakać nad odejściem Rose. A gdy już przełknie, gdy się oswoi, przyjmie na klatę jaszczuroludzi z biustem i ożywione manekiny, i poczuje się w miarę pewnie – twórcy serialu wyciągną mu dywan spod nóg i znów wszystko zmienią.

Myślę, że swą imponującą długowieczność (pięćdziesiąt lat na ekranie!) Doctor Who zawdzięcza właśnie tej zmienności. Nie tak dawno temu William Fine zauważył, że telewizyjne produkcje, by dożyć sędziwego wieku, muszą mieć w sobie coś więcej niż tylko mocny pomysł na początek – bo ten szybko się zużywa. Słuszny to wniosek, a ja dodałbym jeszcze: seriale, tak jak ludzie, muszą dokonywać zmian, by żyć. „Biegnij, ile sił w nogach, jeśli chcesz pozostać w miejscu” – poradziła Alicji wyniosła Królowa Kier. Słowa te podchwycili biolodzy od ewolucji, spostrzegając, że w zmieniającym się środowisku najlepiej radzą sobie ci, którzy potrafią zmieniać się wraz z nim. Doctor Who, na wzór superbohaterów, z którymi zresztą ma wiele wspólnego, pokazuje się nam wciąż z innej strony – i dlatego ciągle chcemy go oglądać.

Fot. BBC

Fot. BBC

Opisując w swojej znakomitej książce Supergods dzieje postaci superbohaterskich, Grant Morrison pokazuje, jak radykalnie różne odsłony tych samych herosów funkcjonowały na przestrzeni XX wieku w popkulturze i jak te następujące co kilka, kilkanaście lat rebooty zapewniły tym postaciom nieśmiertelność. Dość spojrzeć na ekranizacje Batmana: czy ktokolwiek jeszcze by o nim pamiętał, gdyby nie zmienił się od czasów Adama Westa i wciąż zwisał z helikopterów z rekinem uczepionym nogi? Dzieło jest zawsze zwierciadłem swych czasów, a czasy, jak słusznie zauważył Bob Dylan, to mają do siebie, że się zmieniają. Batman niejedno ma imię – i to samo powiedzieć można o Doktorze. Nie ze wszystkimi inkarnacjami miałem przyjemność podróżować, ale nawet szybkie spojrzenie na tych kilku Władców Czasu, których przygody śledziłem, udowadnia, że niejednemu psu Burek na imię.

Idąc wedle porządku regeneracji – pierwszy był Doktor Pierwszy. Po zetknięciu z nową serią obejrzałem z ciekawości dostępny w Sieci odcinek An Unearthly Child i zdziwiłem się bardzo. Bo Pierwszy Doktor u samego początku swych telewizyjnych przygód to arogancki, złośliwy starzec, któremu do herosa bardzo daleko. Dobrowolny wyrzutek ze społeczeństwa Władców Czasu nie wyzbył się jeszcze właściwej im pychy. Na ludzi spogląda z góry, jak gdyby widział w nich nie istoty żywe, lecz dziwne, obce zwierzęta, które warto co najwyżej studiować z chłodnym dystansem badacza. W pewnym sensie tytuł odcinka, choć dotyczy Susan, równie dobrze mógłby się odnosić do Doktora: to obrażone dziecko w ciele starca, próbujące udowodnić wszystkim naokoło, że zjadło wszystkie rozumy. Potrzeba dopiero wpływu ludzkich towarzyszy, by złagodniał – tej przemiany nie śledziłem, ale bez wątpienia była konieczna, by dzieje kosmity ktokolwiek chciał śledzić.

Fot. BBC

Fot. BBC

Nieco dłuższa była moja przygoda z Czwartym Doktorem. W nim na plan pierwszy, co widać choćby po stroju, wysunął się aspekt niedopasowania. W absurdalnym szaliku, kapeluszu godnym Włóczykija i z wiecznie rozczochranym włosem, wygląda jak dżentelmen z artystycznej bohemy, pasujący jak wół do karety i do kostycznych, oficjalnych Władców Czasu, i do wojskowego drylu organizacji UNIT, z którą współpracował Trzeci. Niejako w kontraście do tej na pozór niedbałej aparycji, Czwarty Doktor to przede wszystkim błyskotliwy naukowiec z ogromnym, kpiącym nieco poczuciem humoru. Warto pamiętać, w jakich czasach się zjawił: trwa oszałamiający sukces kosmicznego programu Apollo, loty na Księżyc stały się niemal codziennością, rusza w historyczną podróż sonda Voyager 1. Nic więc dziwnego, że (zwłaszcza w pierwszym sezonie Toma Bakera) Doctor Who także odrywa się od Ziemi i zaczyna chętniej eksplorować kosmos. Problemy nauki powracają też w wiecznie żywej figurze doktora Frankensteina i jego potwornej kreacji – szaleni naukowcy i ich jeszcze bardziej obłąkane wynalazki raz po raz stają na drodze tej inkarnacji szaleńca z budką. To za Czwartego Doktora poznajemy Davrosa – a o tym, jak żywotny się okazał, niech zaświadczy czterdzieści lat później Doktor Dziesiąty.

Fot. BBC

Fot. BBC

Piąty, dla odmiany, przyszedł na świat z pewnym trudem i być może to właśnie owo trudne dzieciństwo najbardziej na nim zaważyło. Doktor grany przez Petera Davidsona to człowiek łagodny i cichy, dżentelmen zachowujący klasę nawet wtedy, gdy ktoś trzyma go na muszce. Z wyglądu młody, więc chłopięcy, nieudolnie próbuje dodać sobie powagi (?), paradując wszędzie w formalnym dosyć stroju do krykieta. Być może fakt, iż wybrał kostium do gry, mówi o nim więcej niż się zdaje – bo istotnie, z ducha jest to chłopiec, beztroski, pomysłowy i pełen radości życia. Na nowo pełen pasji do odkrywania świata, rzuca się weń z gołymi rękami, rezygnując z pomocy i pośrednictwa dźwiękowego śrubokręta. Jego TARDIS to miejsce zawsze pełne ludzi – jak mało która bowiem inkarnacja podróżuje na stałe z aż trojgiem towarzyszy. Wprowadza to w serial swobodną, niemal rodzinną atmosferę, a i przygody stają się bardziej zróżnicowane. Piąty często mierzy się z Masterem – tak jakby ten nowy, jaśniejszy Doktor potrzebował stale kontrapunktu w postaci ucieleśnionego zła. W przeciwieństwie do swych zdystansowanych dość poprzedników, Piąty Doktor mocno się przywiązuje i być może dlatego mocniej cierpi. Przeżywszy boleśnie pierwszą w historii serialu śmierć companiona, Doktor poświęca później swoje życie, by ratować umierającą Peri. Czyż można się dziwić, że był to ulubiony Doktor Davida Tennanta?

Fot. BBC

Fot. BBC

Znaczący wydaje się fakt, że, nieustannie morfując, by dotrzymać kroku epoce, Doctor Who nie przetrwał lat 90. Symboliczna śmierć serialu w roku 1989 świadczy moim zdaniem o kilku rzeczach. Po pierwsze, jasne się wówczas stało, że bez radykalnych zmian się nie obejdzie – i czynienie towarzyszek na siłę młodzieżowymi, by mogły stanowić przeciwwagę dla przestarzałego, coraz bardziej „dorosłego” Doktora, mogło co najwyżej podkreślić, że dotychczasowa formuła już się wyczerpała. Po drugie, tradycyjny bardzo w swej formie serial w żaden sposób nie mógł zmierzyć się z epoką, gdy narodził się grunge, a superbohaterowie weszli w Mroczny Wiek. Czy to przypadek, że zaledwie trzy lata po przerwaniu emisji Doctora… umarł Superman? Skończyła się bezpowrotnie pewna epoka i to, co dotąd poruszało, teraz wzbudzić mogło najwyżej śmiech.

Wielce znamienne są dwie próby odnalezienia się w nowych czasach, jakie właśnie w latach 90. pojawiły się w doktorowym uniwersum. Pierwsza to, oczywiście, film Doctor Who z 1996 roku, w którym oszołomił nas i zadziwił Ósmy Doktor. Pozycja to o tyle znacząca, że to jedyny z filmów z udziałem naszego ulubionego Władcy Czasu, który został oficjalnie włączony w serialowy kanon. Amerykańskiej produkcji dzieło – pomijając dość głupią fabułę i ogólną płytkość – stanowi dość ambitną próbę zmiany formuły, w jakiej ten bohater dotąd funkcjonował. Zdawali sobie z tego zresztą sprawę sami twórcy. Siódmy Doktor przewozi w TARDIS prochy Mastera w celu pochówku, a gdy, zaczytany w starej książce, przegapia niecne knowania nieumarłego, zmuszony jest awaryjnie lądować na Ziemi w znaczącym roku 1999. Robi pierwszy krok poza swój statek – i ginie, zastrzelony przez gangsterów. Trudno o bardziej wymowny obraz zderzenia starego Doktora z nowymi czasami.

Ósmy Doktor, który, niczym potwór Frankensteina, powstaje z martwych, to już zupełnie inny bohater. Pół-człowiek z amnezją o romantycznym usposobieniu, który po raz pierwszy w historii serialu całuje ekranową towarzyszkę – jest w nim i chęć zapomnienia o przeszłości, i emocjonalne zbliżenie do ludzi, i nowa, mniej skostniała natura. Przepełniony radością człowieka, dla którego rozpoczęła się druga młodość, stroi się w ubiór przywodzący na myśl Byrona, nie pozwala Masterowi obrabować się z przyszłych żyć (kolejny symbol!) i wskakuje do gotycko stylizowanej TARDIS, gotów na kolejne przygody. Niestety, dla BBC było to za mało – ale Ósmy okazał się przykładem zmian w dobrym kierunku.

Drugą próbą odnowienia serialu, podjętą mniej serio i może przez to tak ciekawą, była komediowa produkcja Doctor Who and the Curse of Fatal Death z roku 1999, napisana przez człowieka, którego kojarzyć mogą niektórzy co bardziej dociekliwi fani serialu – Stevena Moffata. Grubym błędem byłoby zlekceważyć tę parodię. „Odcinek” z Rowanem Atkinsonem w roli Doktora zręcznie szydzi z wad starej serii i zarazem otwiera perspektywy rozwoju dla nowej. Eskalowane do absurdu elementy, za jakie dawny serial krytykowano – tanie, naciągane fabuły rozwiązywane przy użyciu deus ex machina, jednowymiarowi przeciwnicy pokonywani przez własną piramidalną głupotę, kiepskie efekty specjalne, technobabble – mieszają się tu z tym, co świeże: odważniejszym, bardzo moffatowym wykorzystaniem możliwości, jakie daje podróż w czasie, lepszą dynamiką, istotnym wątkiem romantycznym i naturalnym, choć nieco fizjologicznym humorem (ale czy naprawdę tak to odległe od pierdzących kosmitów Russela T Daviesa?). Całość kończy się przewrotną sceną wielokrotnej regeneracji Doktora, która jest jak gdyby przeglądem dostępnych kierunków zmian: zakłopotany Doktor w średnim wieku, Doktor przystojny lew salonowy, a może Doktor kobieta?

Fot. xkcd

Fot. xkcd

Być może Doctor Who musiał dojrzeć do momentu, kiedy jest w stanie śmiać się sam z siebie? Przeżywszy symboliczną śmierć i spędziwszy w grobie kilka długich lat, serial zmartwychwstał w roku 2005 – i był to już serial na miarę XXI wieku. Zamiast bać się swej długiej, czasem kiczowatej, nieraz komicznej i żałosnej do bólu przeszłości, obłąkany kosmita z większą w środku budką uczynił z niej swój atut i rozpoczął nowe życie. My friend, you have never risen higher – usłyszał Doktor w nowej serii i trudno się z tymi słowami nie zgodzić. A jeśli komuś nie przypadły do gustu zmiany, jakie przynieśli Davies i Moffat, niech nie traci ducha, tylko czeka na kolejny pewny jak śmierć i podatki reboot – lub przynajmniej nowego Doktora.

Umarł król, niech żyje król!

Fot. BBC

Fot. BBC

Przemek Zańko: czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.

Przemek Zańko

Czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.