Lekarzu, lecz się sam! (In Treatment, S01–03)

Lekarzu, lecz się sam! (In Treatment, S01–03)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

Dzień dobry. Nie spóźniłem się? O, super.

No to zacznę.

Tydzień miałem całkiem dobry. Wie pan, święta. Spotkałem się z rodziną, odpocząłem, nażarłem się jak świnia. Ale głównie oglądałem seriale. Nie wiem, może jestem dziwny, ale nieraz mam tak, że coś, co oglądam, bardziej mi daje do myślenia niż prawdziwe życie. Tak miałem, w te święta i nie tylko, z In Treatment. Opowiadałem panu o tym? Nie?

To dla mnie ważny serial. Jeden z najważniejszych. Ale wcale się nie zdziwiłem, kiedy wyczytałem w Sieci, że wznowienia na czwarty sezon raczej nie ma się co spodziewać, wie pan? Bo In Treatment nie jest dla każdego. Fakt, że trzeba interesować się psychologią i grzebaniem w ludzkich głowach, to jedna sprawa, ale w tym serialu odstraszyć może sama forma. Bo co tam jest do oglądania? Gadające głowy? W zasadzie cała akcja toczy się w dialogach, w rozmowach terapeuty z pacjentami, w emocjach na twarzy i mowie ciała, w urwanych zdaniach, w długich minutach milczenia. Nie ma sztuczek kamery, nie ma efektów specjalnych, nie ma retrospekcji, nie ma niczego, co mogłoby odwrócić uwagę od ludzi i ich opowieści. Brzmi bardziej jak teatr niż jak telewizja, prawda? Mnie ta oszczędność formalna, ten minimalizm przykuły do ekranu, ale rozumiem, że część widzów mogą nudzić.

[In Treatment]

Fot. HBO

No, ale jeśli kogoś znudzą same historie, to znaczy, że żyje w jakimś totalnie innym wszechświecie, a ja z alienami gadać nie lubię. O, widzi pan? Znowu mówię o alienacji. Znowu wychodzi, że między ludźmi łatwiej widzę mury niż mosty. No ale nieważne. Chodziło mi o to, że w In Treatment chyba wszystkie postacie są szalenie ciekawe – ha, szalenie, ale mi się powiedziało! – i prawie nie było takich, których bym nie chciał oglądać. Zresztą: „postacie”. Dla mnie to w ogóle nie są postacie, tylko prawdziwi ludzie, tak się nieraz nimi przejmowałem. Tak, wiem, że to eskapizm. Łatwiej się przywiązać do ludzi na ekranie, bo nie mogą cię skrzywdzić. Mówiliśmy o tym. Ale w In Treatment naprawdę łatwo zawiesić niewiarę i wpaść aż po uszy. Przede wszystkim – jest Paul Weston, główny bohater, terapeuta, który zaczyna tracić wiarę w to, że komukolwiek pomaga i który ma masę problemów ze sobą. Uważam, że to jest w ogóle najlepszy pomysł w tym serialu, bo gdyby składał się z samych historii pacjentów, formuła szybko by się przejadła. Wyszedłby z tego jakiś nudny procedural albo i gorzej. Ale dzięki temu, że co piątek, czyli co piąty odcinek, następuje zamiana ról i to Paul staje się pacjentem, widzimy wszystkie te terapie w zupełnie innym świetle. Zresztą w serialu nieraz się zdarza, że kłopoty Paula dosłownie wchodzą na ekran – był na przykład odcinek, kiedy podczas terapii małżeńskiej pacjentka zaczyna źle się czuć i mąż odwozi ją do szpitala, a do gabinetu wchodzi żona Paula, Kate, i nagle wybucha kłótnia o ich związek. Paul w końcu idzie na terapię do Giny Toll, swojej dawnej mentorki – terapeuta na terapii, śmiesznie, prawda? – i próbuje jakoś wszystko sobie poukładać. Tylko widzi pan, problem w tym, że o ile on dla swoich pacjentów jest obcym człowiekiem, o tyle Gina jest w życiu Paula kimś ważnym i przez to połowa ich sesji to docinki, zarzuty i wywlekanie brudów. Chyba właśnie za to tak lubię ten wątek: jest zupełnie inny niż pozostałe.

[In Treatment]

Fot. HBO

Najwięcej problemów Paul ma z kobietami. Ha, rozumiem go. Ale aż tak bardzo się nie identyfikuję, bo to jednak inna sytuacja. Bo wie pan, on miał chorą matkę, chorą na zaburzenie dwubiegunowe, i kiedy ojciec od nich odszedł, Paul musiał się nią opiekować. Może dlatego został terapeutą? Bo przyzwyczaił się do pomagania? Czasem myślę, że wszystko, co robimy, to jakaś reakcja na to, co przeżyliśmy w dzieciństwie. Bo ta historia z rodzicami była tak dawno, a przecież Paul w zasadzie zrobił to samo, co jego ojciec: może nie opuścił dosłownie rodziny, ale też się od nich odciął. Z żoną prawie nie rozmawia, dzieci prawie nie widuje. Zaszywa się z pacjentami w swoim gabinecie, bo łatwiej zakopać się w pracy niż próbować naprawić więzi z bliskimi. A na domiar złego w pierwszym odcinku się okazuje, że jego pacjentka, Laura, się w nim kocha. To się podobno często zdarza, taka zmiana przywiązania do terapeuty w miłość. Jezu, jak dobrze, że pan jest facetem. W każdym razie – Paula też oczywiście zaczyna do niej ciągnąć. W sumie mu się nie dziwię, Melissa George jest naprawdę ładna. A w sumie to i jej się nie dziwię, bo co prawda na męskiej urodzie się nie znam, ale Gabriel Byrne to strasznie elegancki facet. I dobrze, bo gdybym miał przez pięć dni w tygodniu patrzeć na jakiegoś paszczura, to bym chyba nie zdzierżył. Nie wiem, może to płytkie z mojej strony, ale uważam, że realizm też powinien mieć swoje granice. Wiadomo, że nastolatki cierpią na trądzik, ale to nie znaczy, że Hermiona w filmie musi mieć pryszcze, prawda?

[In Treatment]

Fot. HBO

O, a w ogóle, skoro już mówię o realizmie – on jest bosko zrobiony w In Treatment. To jest po części kwestia formuły, wie pan, tego, że wszystko się dzieje w jednym pokoju, że nie ma cięć, ale są jeszcze inne elementy. Na przykład to, że kiedy terapeuta rozmawia z pacjentami, co jakiś czas słychać dźwięki z zewnątrz – telefon gdzieś z głębi domu, kroki nad głową, szczekanie psa na ulicy, przejeżdżający samochód, takie tam. Fantastyczny efekt. Albo na przykład to, że prawie nie ma muzyki, a kiedy jest, to dyskretna, żeby nie rozbić iluzji, że faktycznie się tam jest i uczestniczy się w sesji. Ja za takie subtelne rzeczy kocham teatr, więc In Treatment też łykam jak kluski.

No ale to dygresja, a o czym ja mówiłem? Aha, o postaciach. Bo Paul Weston to jedno, ale cały serial robią pacjenci. Wiadomo, niektórzy mnie drażnią, jak rodzinka w drugim sezonie, ale ogólnie – coś wspaniałego. Niesamowite jest to, jak po paru odcinkach zaczynasz lubić kogoś, kogo na początku nie mogłeś znieść. Na przykład Alex w pierwszym sezonie: żołnierz, lotnik z Iraku, nadęty i bezczelny bubek. Kiedy na samym początku rządzi się u Paula jak u siebie, miałem ochotę rzucić czymś w ekran, ale terapeuta zaraz go rozpracował – wie pan, poczucie winy za zbrodnie wojenne i wycieńczenie wojskowym rygorem – i tamten od razu złagodniał. Po trzech sesjach nie mogłem się już doczekać, kiedy znowu go zobaczę. Ale Alex to małe piwo przy Sophie. O Boże, SOPHIE. Mia Wasikowska. Ile razy się zjawiała na ekranie, chciałem ją przytulić. Poważnie. Zwłaszcza, że przez większość swoich odcinków chodzi z obiema rękami w gipsie. Mówi Paulowi, że w ogóle nie potrzebuje terapii, że chce od niego tylko zaświadczenia, że jest stabilna psychicznie, żeby firma ubezpieczeniowa wypłaciła jej odszkodowanie za wypadek, ale oczywiście się okazuje, że oj, potrzebuje leczenia, i to bardzo. Głównie z powodu rodziców. Zresztą – czy nie wszystkie problemy biorą się z rodziców? All the best cowboys have daddy issues. Ale wracając do Sophie: jej gra aktorska za każdym razem mnie powala. Oglądam jej odcinki trzeci raz i znów ryczę. Ten jeden wątek jest lepszy niż połowa seriali, które w życiu widziałem.

[In Treatment]

Fot. HBO

W kolejnych sezonach też mam ulubieńców. W drugim przede wszystkim Waltera i April. Waltera dlatego, że na nim najlepiej pokazano, jakie skutki może mieć zbyt surowe wychowanie i zmuszanie dzieci do blokowania emocji – bo wie pan, Walter to staruszek, który po całym życiu harowania uświadama sobie, że nie wie, jak NIE harować, bo nigdy nie pozwolił sobie na luz. Dla mnie wstrząsający wątek. Dość podobnie jest z April, chociaż tutaj jest to pokazane z innej strony – April jest mniej więcej w moim wieku, dwadzieścia kilka lat, i dowiaduje się, że ma raka, więc przychodzi na terapię, żeby sobie z tym poradzić, ale Paul bardzo się o nią niepokoi, bo jest tak przyuczona nie troszczyć się o siebie, że odmawia chemioterapii. W dodatku z nikim nie chce o tym rozmawiać, bo myśli, że wszystkie problemy musi znosić sama. Przerażające. Oglądając, myślałem sobie, że to straszne, być aż tak samotnym z własnej woli. Może to dobrze, że Paul Weston nieraz przekracza swoje uprawnienia i wtrąca się pacjentom w życie? Niektórzy by bez tego zginęli. Dosłownie.

[In Treatment]

Fot. HBO

W trzecim sezonie najbardziej lubiłem wątek Sunila, bo między nim a Paulem zawiązała się niezwykła przyjaźń – ale wie pan, trzeci sezon to w ogóle trochę inne zwierzę, mniej odcinków, mniej pacjentów i, mam wrażenie, momentami mniej głębi. Ale poziom trzymał, przynajmniej dla mnie. Myślę, że lekki spadek jakości był nie do uniknięcia, pierwsze dwa sezony były w zasadzie kalką serialu izraelskiego Be Tipul, dopiero trzeci Amerykanie robili sami, więc pewnie sporo się musieli dopiero nauczyć. Kurczę, mam nadzieję, że mimo wszystko HBO jakoś się ogarnie i czwarty sezon powstanie, bo ten z Sunilem co prawda niby miał jakąś kodę, niby można by tak skończyć, ale równie dobrze można by pociągnąć to dalej. A moim zdaniem bardzo warto.

Tak. Ale tak w ogóle, wracając na chwilę do tego, co mówiłem na wstępie, że ten serial jest trochę jak teatr – muszę wyznać, że Terapia na wielu poziomach kojarzy mi się z antyczną tragedią. Nie wiem, myśli pan, że to przez studia? Że pozuję teraz na wielkiego erudytę, co to nawet zapytany o godzinę cytuje Miłosza? No ale niech pan spojrzy. Formalnie – jest zasada trzech jedności. Prawie. Miejsce – dwa gabinety, Paula Westona od poniedziałku do czwartku i Giny, jego terapeutki, w piątki. Wyjście poza tę przestrzeń zdarza się tak rzadko, że kiedy w pierwszym sezonie po raz pierwszy pojawiła się scena, która rozgrywała się gdzie indziej, z wrażenia prawie spadłem z krzesła. Poważnie. Przez to, że wszystko dzieje się w zasadzie w jednym pokoju, niesamowicie istotne robią się nagle wszystkie szczegóły: to, czy ktoś siada, czy spaceruje, to, na jaki kolor jest ubrany, to, czy przyszedł o czasie – a jeśli nie, to czy się spóźnił, czy przyszedł za wcześnie? Sam pan mi mówił, że kiedy spóźniam się na sesje, zazwyczaj robię to dlatego, że nie chcę o czymś rozmawiać. A w In Treatment tematy rozmów są zawsze mniej lub bardziej ciężkie.

[In Treatment]

Fot. HBO

Jedność czasu… No, ciekawie to zostało zrobione. Pojedynczy odcinek to zazwyczaj jedna sesja terapeutyczna – ale sesja trwa pięćdziesiąt minut, a odcinek o połowę krócej. Hitchcock kiedyś powiedział, że film to życie, z którego wymazano plamy nudy i coś w tym jest, bo myślę, że gdyby ktoś nagrał prawdziwą rozmowę z psychologiem, to wszyscy widzowie by posnęli. Gdyby życie zawsze było ciekawe, nikt by nie oglądał telewizji, prawda? W In Treatment wygląda to tak, że rozmowa płynie dość naturalnie, ale trochę za szybko – ludzie skaczą z tematu na temat, a jeśli bohater się zamyśla, to maksymalnie na piętnaście sekund. Czasem bawię się, wyłapując te miejsca, gdzie ewidentnie wycięto jakieś „eeeee” albo monolog typu „nie, to wcale nie tak… a może?… ale nie mogę w to uwierzyć!”. Inna rzecz, że sama terapia trwa w tym serialu jakoś strasznie krótko. Bohaterowie w ciągu dwóch-trzech miesięcy dokonują zmian w psychice, jakie normalnie trwałyby rok albo i dłużej. Wiadomo, znów wymogi telewizji, ale pomyślałem sobie, że to daje fajny kontrast, bo pacjenci Paula Westona nieraz się skarżą, że leczenie trwa za długo. Wiadomo, każdy by chciał zmian od razu. Mnie też to nieraz złości.

Czego jeszcze nie wymieniłem? Aha, jedność akcji. Z nią jest najdziwniej, bo patrząc z zewnątrz, można by pomyśleć, że wcale jej nie ma – postacie mówią o stu różnych rzeczach, o rodzinie, o bliskich, o pracy, o śmierci, o chorobie, opowiadają sny i cytują maile, aż trudno czasem załapać, jak jeden wątek się ma do drugiego. Ale ja myślę, że jedność akcji jest, bo w In Treatment wszystko znaczy. Ja też nieraz zaczynam panu coś ni z gruchy, ni z pietruchy opowiadać, nieraz mam wrażenie, że gadam bez ładu i składu, a potem pan mi udowadnia, że wszystko się ze sobą wiąże i że w gruncie rzeczy ciągle mówię o tym samym. W tym sensie historia każdego pacjenta z serialu jest spójna – i każda ma ten sam cel, to znaczy dać samopoznanie i pomóc rozwiązać problemy. W dodatku, szczególnie w pierwszym sezonie, te historie wiążą się ze sobą, jak wtedy, kiedy Alex, pacjent Paula, zaczyna romansować z Laurą, też pacjentką, i dramat gotowy. Potem to się w zasadzie jeszcze pogłębia – wie pan, w tym sensie, że coraz częściej problemy pacjentów są takie same jak Paula. A wszystko to, rzecz jasna, spinają jak klamra sesje z Giną, gdzie widać, jak mocno terapeuta przywiązuje się do ludzi, których leczy. I ile ma z tego powodu kłopotów. W sumie pomyślałem sobie teraz, że mottem In Treatment mógłby być ten cytat, nie wiem z kogo: „Nie ma ludzi zdrowych, są tylko niezdiagnozowani”.

[In Treatment]

Fot. HBO

Bo jednak wie pan, forma formą, ale najbardziej to z grecką tragedią kojarzy mi się ta walka bohaterów z fatum. Z tym, co ich krępuje, co im każde podejmować takie, a nie inne decyzje, z tym, co sprawia, że nie są szczęśliwi. To mnie zresztą najbardziej w tym serialu wzrusza. Bo chociaż w In Treatment nie ma Przeznaczenia, nadal jest mnóstwo rzeczy, które niewolą. Poczucie winy. Presja społeczna. Nadmierna samokontrola, która sprawia, że nie można cieszyć się życiem. Wie pan, jak się popłakałem, kiedy Walter próbował się zabić? Kiedy Sophie przyznała się sama przed sobą, że nie wpadła pod samochód przypadkiem? Powiedział mi pan parę tygodni temu – i to mnie bardzo, bardzo uderzyło – że prawie wszystkie krzywdy robimy sobie sami. Że jeśli jestem nieszczęśliwy, to nie dlatego, że X mnie prześladował, a Y nie doceniała, tylko dlatego, że nie umiem się z tym pogodzić i po prostu żyć dalej. Kiedy oglądałem In Treatment w te święta, pomyślałem, że to samo Paul Weston mógłby powiedzieć każdemu ze swoich pacjentów – a Gina jemu. Bo wszystkie te postacie zmagają się w gruncie rzeczy same ze sobą. Próbują, jak kto potrafi, zrozumieć, dlaczego ich życie potoczyło się tak, a nie inaczej, i co mogą zrobić, by odtąd wziąć jego ster w swoje ręce. Wie pan, Paul się ciągle zastanawia, czy w ogóle komukolwiek pomaga, a ja myślę, że tak, bo najgorsza jest bezsilność, to poczucie, że wszystko dzieje się wbrew mnie, a ja nic nie mogę na to poradzić. Paul może i nie jest w stanie nikomu wprost naprawić życia, ale daje wiedzę, jak to zrobić, a jak sam powiedział: w samowiedzy najlepsze jest to, że gdy ją raz uzyskasz, masz ją – a wówczas, chcąc, nie chcąc, wprowadzasz ją w życie.

[In Treatment]

Fot. HBO

Musimy kończyć? Ojej, szkoda.

Wie pan co? Myślę, że tyle panu opowiedziałem o In Treatment, bo czegoś mnie ten serial nauczył. Pokory. Myślę, że wszyscy, tak jak Paul Weston, mamy czasem zapędy, żeby kontrolować siebie i wszystko dookoła. Że nieraz nam się wydaje, że wszystko wiemy najlepiej i próbujemy naprawiać innym życie. A tu nie o to chodzi. Paul się właśnie tego uczy, chodząc na terapię najpierw do Giny, a potem do Adele: że nie jest cudotwórcą, nie jest uzdrowicielem, który zawsze wie, co dla innych dobre. Jest po prostu zwyczajnym człowiekiem, który przez jeden krótki wycinek czasu ma szansę iść krok w krok z paroma innymi zwyczajnymi ludźmi i, na ile umie, pomóc im jakoś wyjść z ciemności. Jasne, to bolesna lekcja – każdy woli myśleć, że jest półbogiem. Ale trzeba ją przełknąć.

Bo czy nie to mi pan zawsze powtarza? Każdy musi pomóc sam sobie.

Idę.

Do zobaczenia za tydzień.

[In Treatment]

Fot. HBO

In Treatment
Drama
HBO, USA, 2008–2010

Przemek Zańko: czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.

Przemek Zańko

Czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.