Wszyscy gryzą piach (Spartacus, finał: S03E10)

Wszyscy gryzą piach (Spartacus, finał: S03E10)

Artykuł zawiera spoilery.

No i dedli.

Czego by nie mówić – było na co popatrzeć, czego posłuchać i przy czym gryźć palce z emocji. Oto finał, co się zowie! Nie zabrakło ani epickości, ani widowiskowej walki, ani ostatniej okazji, by zobaczyć tych, z którymi pożegnać się przyjdzie nam najtrudniej: cycki.

Ale po kolei.

Już od pierwszych minut odcinka jasnym się staje, że skończyło się rumakowanie. Ostateczna bitwa nadciąga wielkimi krokami. Spartacus i jego towarzysze szykują się do niej, robiąc sieczkę z różnych przygodnych Rzymian, którzy mieli nieszczęście pobudować swoje wille na drodze ku wolności. I am Spartacus! – wykrzykuje, powaliwszy imperialistycznego niemilca, Gannicus, lecz na szczęście to nie przypływ starczej demencji, lecz hołd złożony ikonicznej scenie z jakiegoś starego filmu, którego nikt nie oglądał, a przy okazji zmyślna próba zmylenia przeciwnika. Jak bowiem ścigać Spartacusa, skoro tenże wedle doniesień podrzyna gardła w coraz to innym miejscu? Crassus dość się jednak naoglądał sztuczek naszego Wodza, by znów dać się nabrać. Prze niestrudzenie ku górom, za którymi skryć się planują rebelianci, i ostrzy sobie zęby na finałowy pojedynek, w całym tym wojennym zamęcie ledwie znajdując czas, by powzruszać się i pocierpieć nad pośmiertną maską syna.

[Spartacus]

W obozie naszych też nikt nie próżnuje. Gannicus, który chyba nawet w ostatnim odcinku czuje się, jakby zaplątał się w całą zabawę w rebelię trochę przypadkiem, nie rwie się jakoś do bitki. Zrezygnowawszy dla swej lubej z uciech kielicha, korzysta po raz ostatni z uciech łoża, tym cielesnym wyrazem miłości utwierdzając miliony nastolatek w przekonaniu, że jeśli tylko obdarzą swym uczuciem brutalnego zapijaczonego trepa, ten się wzruszy, opamięta i powróci na właściwą ścieżkę, a potem zostawi je w namiocie i pójdzie prać Rzymian. Zdaje się zresztą, że trwające od dwóch sezonów nagabywania Spartacusa, by Gannicus przestał trzymać się z boku i, do jasnej Anielki, trochę podowodził, w końcu odniosły skutek. W ostatecznej bitwie nasz milusiński żwawo wsiada na koń – i poczyna sobie zacnie.

Agron, z racji niedawnego ukrzyżowania, które obniżyło co nieco jego sprawność bojową, wyznaczony zostaje do przeprowadzenia kobiet i dzieci przez góry. Cóż za hańba dla wojownika: nie móc utrzymać w dłoni miecza! Na szczęście Nasir zaraz montuje ukochanemu sprytną protezę i Agron, znowu pełnosprawny w pracy, staje mężnie do walki, udowadniając, że rączki to nie wszystko – tyranozaur też ich nie miał, a jakoś całkiem nieźle sobie radził.

[Spartacus]

Sam Wódz, powspominawszy trochę dawne dzieje (czy ktoś pamięta jeszcze jego żonę?), wygłasza krótką acz skuteczną przemowę zachęcającą do walki – i się zaczyna. Dwie armie stają naprzeciwko siebie. Ponieważ jednak żadna bitwa o losy świata nie może się obejść bez odrobiny prywaty, Spartacus i Crassus mają okazję porozmawiać przedtem twarzą w twarz. Ładna to scena, podkreślająca, że w kwestii siły motywacji obaj panowie są siebie warci – i gdy w geście szacunku (ale i wyzwania!) podają sobie ręce, jasnym jest, że więcej głaskania się po główkach nie będzie. Pora umierać. To Imperium Rzymskie jest za małe dla nich dwóch.

O samej bitwie rzec by można wiele, rzeknę więc przede wszystkim, że mnie nie zawiodła. Strategiczny spryt Spartacusa raz jeszcze daje o sobie znać i pierwsze szeregi Rzymian kończą w nadziewanym palami rowie – a potem wyzwoleńcy dosłownie wchodzą im na głowę i zaczyna się rzeź. Do samego końca trwałem w napięciu, jak potoczą się losy tego starcia. Czy zatriumfuje historia? Czy też twórcy odstawią Tarantino i to Crassus i Cezar, nie nasi, skończą ukrzyżowani wzdłuż drogi do Rzymu? Początkowe sukcesy rebeliantów, z szarżą dowodzonej przez Gannicusa kawalerii i obróceniem przeciwko Rzymianom ich własnych maszyn oblężniczych na czele, dawały czas jakiś nadzieję na to, że jednak aż tak smutno nie będzie – po to tylko, by zaraz nadzieje te padły zdeptane wrogim sandałem. Ginie Naevia (chlip!), ginie mężny Niemiec z młotem (ach, jak pięknego w boju Aryjczyka straciła przyszła Trzecia Rzesza!), umiera w ramionach Gannicusa waleczna Saxa (wygłaszając w swej ojczystej mowie piękne ostatnie słowa, których nikt, rzecz jasna, nie zrozumiał). Łza się w oku kręci, a kolejne są już w drodze, bo przecież ledwie chwilę później Cezar tłucze na kwaśne jabłko Gannicusa, a Spartacus…

[Spartacus]

A Spartacus toczy ostatni pojedynek z Crassusem. I ginie. Ale piękna to śmierć i piękna walka, przesycona patosem i heroizmem, od której nie sposób oderwać oczu. Jakims cudem twórcom udało się tak poprowadzić to najważniejsze z ekranowych starć, by nikt nie zwyciężył – i gdy Spartacus umiera, otoczony przyjaciółmi, słodycz i gorycz płyną z ekranu w równych proporcjach. Właśnie tak należało to zrobić. Czapki z głów, panowie i panie.

Lecz najbardziej wzruszającą sceną odcinka jest ta, w której ukrzyżowany Gannicus marzy, że oto znów znalazł się na arenie, przed wiwatującym tłumem, który czci go jak boga – a u stóp krzyża staje Onomaeos, dawny mentor, i uśmiechem daje znać, że u kresu swej długiej wędrówki najpierwszy z gladiatorów może sobie wreszcie przebaczyć. Coś się kończy, coś się zaczyna, Crassus i Cezar odjeżdżają do Rzymu, by knuć i rządzić, wyzwoleni przez Spartacusa niewolnicy z Agronem i Nasirem na czele schodzą z gór w doliny, by hodować kozy, i historia dobiega końca. Z pompą, salwą honorową i Requiem Mozarta na obój i trzy flety poprzeczne. Tak jak należało.

Andy Whitfield w ostatniej po napisach scenie to już wisienka na torcie.

Warto było.

Spartacus: War of the Damned
S03E10: Victory
emisja: 12.04.2013

Przemek Zańko: czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.

Przemek Zańko

Czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.