fot. HBO

Nie wchodź łagodnie do tej dobrej nocy (Six Feet Under)

Artykuł zawiera spoilery.

Trzeba mieć dużo taktu, by mówić o śmierci.

A mówią wszyscy. Krzyczą, śpiewają, recytują, skandują, zdzierają gardło przez megafon, gadają jeden przez drugiego, mamroczą, szepczą, paplają na potęgę i bez przerwy. Na głupio, śmieszno i straszno. Na kartach książek, w filmowych kadrach i pomiędzy uderzeniami perkusji padło po wielokroć więcej trupów, niż żyło ludzi od początku świata. Śmierć, agonia, zwłoki, trumna, pogrzeb, zobaczysz to tysiące razy, zanim jeszcze nauczysz się jeździć na rowerze albo odkryjesz, skąd się biorą dzieci. Usłyszysz tę w kółko mieloną historię nawet przez zatkane uszy.

Mówią. Wszyscy, ciągle. Bo boją się ciszy.

Fot. HBO

Fot. HBO

Trzeba mieć dużo taktu, by mówić o śmierci, bo inaczej strasznie łatwo popaść w banał. Spłaszczyć, zmniejszyć ten czyhający tuż za rogiem koniec, zawiązać mu barwną kokardkę, opakować go w celofan i sprzedawać z frytkami. I poniekąd o to właśnie chodzi: w wypieraniu tego, co nieprzyjemne, jesteśmy przecież mistrzami. Autorzy kryminalnych fabuł typu CSI muszą coraz częściej stawać na głowie, by wzbudzić w widzu choć krztynę współczucia dla kolejnej zmaltretowanej ofiary. Ćwiartowanie? Matka spalona wraz z dzieckiem? Zwłoki przyklejone do sufitu? Ziewamy, to już nawet nie jest kalka, to odbitka z odbitki, trup nasz powszedni.

Co począć z tym fantem? Część twórców po prostu dała za wygraną i umrzeć to u nich tyle co splunąć: Taylor Forrester z Mody na sukces raźno bryka po ekranie, choć już dwa razy ją pogrzebano, bohaterowie Dragon Balla zmartwychwstają częściej niż noob w Call of Duty, a odcinek Torchwood, w którym kapitan Jack Harkness nie ginie, to odcinek całkiem stracony. Inni scenarzyści podbijają wciąż stawkę, byle tylko przy okazji walki robotyranozaurów z armią piratów ninja na eksplodującym tsunami w kosmosie któryś widz uronił łzę nad zgonem herosa – dość spojrzeć na finały Doctora Who za czasów Daviesa. Ale był też jeden serial, który, zamiast fikać koziołki i żonglować pochodniami, stanął przed nami w czarnym garniturze i powiedział kilka słów, a my, sami nie wiedząc czemu, zaczęliśmy płakać jak bobry.

Six Feet Under.

Fot. HBO

Fot. HBO

Nie będę nawet silił się na udawanie, że zamierzam podejść do tematu obiektywnie. Sześć stóp pod ziemią to produkcja, która w parze z Zagubionymi nauczyła mnie wszystkiego, co wiem o serialach – i będę powtarzał każdemu, kto spyta, że tak, jak najbardziej warto. Bo choć prawdą jest, że nie wszystkie wątki się udały (by wspomnieć tylko o dziwacznych romansach Ruth), że i tu, jak w wielu amerykańskich „tasiemcach”, za dużo było wypełniaczy oraz że emocjonalny ciężar serialu momentami aż przytłaczał, to nie sposób zaprzeczyć, że gdy kochający happy endy widz przybiega co tydzień po kolejną porcję dojmującego smutku – mamy do czynienia z czymś niezwykłym.

Six Feet Under jest o śmierci. Nie znaczy to, że śmierć się tam przydarza; to powiedzieć można o każdym serialu, tu zaś mamy do czynienia z głównym, nadrzędnym tematem, obecnym nieustannie na wszystkich poziomach dzieła. Począwszy od głównego zamysłu fabularnego – perypetie rodziny przedsiębiorców pogrzebowych – a skończywszy na formacie, w którym każdy odcinek rozpoczyna się od czyjegoś zgonu, trudno znaleźć element tej opowieści, który w taki czy inny sposób nie zajmowałby się problemem umierania.

Fot. HBO

Fot. HBO

A problem to nielichy. Kiedy w pierwszych minutach serialu ginie tragicznie Fisher ojciec, głowa rodziny, żaden z jej członków, choćby nawet bardzo tego pragnął, nie może pozostać obojętny. Ani z pozoru anielsko cierpliwa żona – wdowa – Ruth, ani zamknięty w sobie David, ani wrażliwa artystka Claire, ani nawet niepokorny Nate, który jeszcze w drodze do domu butnie świętuje życie, oddając się uciechom ciała z przypadkowo napotkaną Brendą. Współcześni potomkowie egipskich kapłanów, czarodzieje od mumifikacji, od lat beznamiętnie dorysowujący rumieńce trupom, w obliczu własnej straty okazują się równie bezradni jak cała reszta świata. Jest ból, gniew, strach, tęsknota i miłość – a nade wszystko palące pragnienie, żeby w tej od lat milczącej rodzinie zacząć wreszcie rozmawiać. Bo może wkrótce nasza kolej?

Six Feet Under to serial, w którym jak mało co liczą się dialogi. Te prawdziwe, stłumione, splątane, bolesne, nieraz przeradzające się w kłótnie, bo tak wiele jest do powiedzenia – i te wyobrażone, w których wreszcie można mówić wprost, można wylać z siebie wszystkie żale i pragnienia, walić prawdę prosto z mostu, ale które nie zmieniają nic. Nie raz i nie dwa ci, którzy odeszli, powracają na ekran, by jak duchy nękać żyjących, bo to z nimi szczególnie chce się porozmawiać. Powiedzieć, że się ich kochało, przeprosić za wszystkie złe słowa albo zapytać po prostu, po ludzku, jak im minął dzień. Chce się, bo nie można. A z żywymi dogadać się trudniej.

Kiedy poznajemy Fisherów, są rodziną chodzących neuroz. Nate, beztroski chłopiec w ciele mężczyzny, David przerażony własną seksualnością, pakująca się w niebezpieczne związki Claire i uwięziona w roli matki Ruth. Być może tylko In Treatment w równym stopniu co ten serial pokazuje, jak niszczące dla człowieka jest tłumienie emocji, w jak bolesne, jak trudne do rozplątania kłębki potrafią zbić się niewyrażone uczucia, które latami zamiatało się pod dywan. Milczenie zabija. A gdy się milczało tak długo, ponowna nauka mówienia to zrywanie strupów z niezagojonych jeszcze ran. Boli.

Fot. HBO

Fot. HBO

To nie jest serial dla każdego. Nawet ten bowiem, kto zaakceptuje tematykę, liczyć się musi z tym, że nieraz zaskoczy go forma, w jakiej ją podano. Realizm Six Feet Under nie ma nic wspólnego z „przezroczystością” stylu, nie łyka się go gładko: wręcz przeciwnie, staje w gardle i parzy język. Widz nie może błogo zasnąć przed ekranem, bo z biernego śledzenia fabuły raz po raz wyrywają go niespodzianki – a to scena z Davidem przerodzi się nagle w musicalowy numer, a to patroszony właśnie trup zacznie gawędzić z balsamistą, a to znów ktoś komuś wykrzyczy w twarz prawdę, a chwilę później się okaże, że wszystko to działo się tylko w głowie bohatera. Życia wewnętrznego postaci nie musimy się domyślać z min i gestów: jest widoczne, namacalne i bardzo obecne, a jakby tego było mało, serial nie stroni też od wycieczek w stronę naturalizmu. Drastyczna anatomia martwych ciał czy nieraz brzydka fizjologia seksu nie służą bynajmniej przy tym szokowaniu. Odzierając śmierć i życie z upiększającej kulturowej otoczki, twórcy Six Feet Under zmuszają nas do konfrontacji wyobrażeń z twardą realnością. Bo cóż po ślicznych bajkach w naszych głowach, gdy w końcu przyjdzie spojrzeć prawdzie w oczy? Martwe ciało ojca nie ożyje na życzenie, a fantazje Davida o czystości i pobożnym życiu muszą upaść, skoro po raz kolejny spędza noc z mężczyzną. To, co wyparte, w końcu musi powrócić – i powraca tym boleśniej, im dłużej pozostawało stłumione.

Ale przecież Sześć stóp pod ziemią to nie tylko mrok, rozpacz i zwłoki. Nie sposób opowiadać o śmierci, nie skupiając się na życiu, i kipi ono na ekranie od pierwszego do ostatniego odcinka. Im bardziej poplątane i trudne, tym lepiej, bo przecież święty spokój mają tylko zmarli. Bodaj najwięcej buzującej witalności wnosi w serial nastoletnia Claire i jej liczne związki: chłopcy z zaburzeniem dwubiegunowym, chłopcy handlujący tabletkami, krypni prześladowcy, tatuśkowie… Podobnie zwichrowany gust jest, jak się zdaje, dziedziczny, bo pozostali członkowie rodziny wcale nie trafiają lepiej. Dom rodu Fisher przyciąga najróżniejszych oryginałów, ci zaś czasem zostają na dłużej – jak romantyczny paranoik George czy cyniczna, lecz pod spodem krucha jak szkło Brenda. Nie sposób zignorować tego roju satelitów, bo przecież nigdy nie wiadomo, z czyich ust padnie zmieniająca życie porada czy żart, po którym przyjdzie zrywać boki. W Six Feet Under króluje czarny humor najwyższej jakości i ten, dla kogo śmierć stanowi tabu, z którego śmiać się nie wypada, ten długo przed telewizorem nie wytrwa. ­A przecież nikt tu z niczego nie szydzi: śmiech to po prostu jeden ze sposobów, by jakoś sobie radzić z bólem.

Inny sposób to miłość. Sześć stóp pod ziemią mówi jasno, że życie to ludzie, a ten, kto boi się na nich otworzyć, sam wykopie sobie grób. Bo po co trwać, po co walczyć, gdy każde ciało na katafalku dobitnie przypomina, że wszystko ma koniec? Dom pogrzebowy Fisherów upadłby dawno, atakowany przez konkurencję, ciążący prowadzącym go jak balast, z duchem ojca krążącym po pokojach, gdyby nie miłość: trudna, gwałtowna, poplątana, ale silniejsza niż wszystko inne w tej rodzinie i dzięki temu zwycięska. Dopóki David spiera się z bratem o sposób prowadzenia firmy, dopóki Claire wytyka matce hipokryzję, dopóki Nate i Brenda się kłócą – coś jeszcze ma sens, jest po co wstawać z łóżka. Six Feet Under nie upiększa ludzi. Są pokręceni, małostkowi, samolubni, bezmyślni, pozamykani w swoich światach, ranią okrutnie tych, którzy są im najbliżsi – lecz umieją też przełknąć dumę i przeprosić, bo tak bardzo się boją, że zostaną sami. Umieją nieść pomoc, dokonywać poświęceń i w najmniej spodziewanym momencie rozśmieszyć nas do łez. I jak im tu nie przebaczyć choćby po raz setny?

Fot. HBO

Fot. HBO

To jeden z niewielu seriali, który skończył się we właściwym momencie. Nie lubię żegnać się z bliskimi, ale jeszcze bardziej nie chcę patrzeć, jak dogorywają. Uporczywe trwanie opowieści, która dobiegła już końca, jest jak oglądanie duchów, bladych cieni tego, co było; nieprzypadkowo ukuto termin Franchise Zombie. „Potrzebna jest dobra śmierć. Bez śmierci byłyby tylko komedie”, jak kiedyś zauważył Doktor. Zamykając historię rodziny Fisherów w pięciu sezonach, twórcy nadali jej intensywność, ciężar i znaczenie – a także koniec godny rozpoczęcia. Bo Six Feet Under w swym podejściu do umierania pozostaje odważne aż do końca. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie innego zakończenia historii Davida, Claire, Nate’a i Ruth niż to, które widzimy w ostatniej scenie. Wszyscy muszą umrzeć, także ci, których tak bardzo kochamy – więc jestem wdzięczny, że mogłem być przy nich, gdy odchodzą.

It’s hard to remember we’re alive for the last time, śpiewali Modest Mouse – i mieli rację.

Six Feet Under
Drama/Black comedy
HBO, USA, 2001–2005

Przemek Zańko: czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.

Przemek Zańko

Czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.