fot. History Channel

Rogate dusze (Vikings, S01)

Artykuł zawiera spoilery.

Gdyby narysować mapę świata  wyłącznie na podstawie seriali zanurzonych w historii, okazałoby się pewnie, że poza Stanami Zjednoczonymi, Wielką Brytanią i z rzadka Italią niewiele się na niej znajduje.

Fakt, że anglojęzyczny zachodni widz lubi przede wszystkim te historie, do których kulturowo jest mu blisko, sprawia, że mainstreamowy nurt serialowy niechętnie bierze na warsztat dzieje ludów obcych. Przykładem choćby Gra o tron, która bawi się historią Europy oglądaną z perspektywy Anglika czy Francuza, co z niepokojem zerka ponad Murem, czy aby nie nadciągają hordy dzikusów z północy. Popkulturowy barbarzyńca musi zdrowo się napocić, by przebić się przez tę ścianę lekceważenia do świadomości masowego widza, a i nieliczni szczęśliwcy, którym się to udaje, płacą słoną cenę, tracą bowiem swoją inność: Trakowie i Galowie w Spartacusie to wszak wierzący w wolność i demokrację Amerykanie pełną gębą. Zniekształcenia w zasadzie nie da się uniknąć – pokaż obcych zbyt obco, a serial umrze z braku widzów. Można je jednak minimalizować, znajdując złoty środek pomiędzy prawdą czasu a prawdą ekranu – i tą właśnie ścieżką poszedł serial Vikings.

fot. History Channel

fot. History Channel

Przyznam szczerze, że historia nie należała nigdy do moich ulubionych przedmiotów, a to dlatego, że w tym zbiorze opowieści o dawnych dziejach klejnoty w rodzaju ciekawych bitew czy przełomowych wynalazków gubią się dla mnie całkiem w natłoku nudnych dat i nazwisk. Jeśli już zatem oglądam serial historyczny, oczekuję przede wszystkim, że trafi do mnie estetyka portretowanej epoki, a barwne postacie i dobra fabuła górować będą nad suchą faktografią. Starożytny Rzym? Znakomicie, togi, gladiatorzy, rydwany i sandały bez skarpetek. Wiktoriańska Anglia? Wybornie, dżentelmeni w dorożkach i damy w gorsetach. Opakowanie to połowa produktu.

Vikings jest pod względem estetycznym wielce zadowalające. Po tysiącu seriali rozgrywających się w miastach aż miło popatrzeć na dzikie, surowe plenery: woda, wiatr, niebo i skały, świat jeszcze nieoswojony i dzięki temu okrutnie piękny. W takim otoczeniu przepych ubiorów musi ustąpić miejsca praktyczności – nie znajdziemy tu znanych z The Borgias zachwycających strojów, nadal jednak jest na co popatrzeć, bo kostiumy, choć prostsze i mniej cieszące oko, zachwycają dbałością o detal. Poszczególnych członków wojowniczej czeladki, choć odzianych podobnie, odróżnić można równie łatwo jak krasnoludów w Hobbicie, charakteryzatorzy popuścili bowiem wodze fantazji, jeśli chodzi o fryzury, zarosty i  inne znaki rozpoznawcze – dość spojrzeć na włosy Ragnara czy niepokojący makijaż Flokiego. Nie umiem ocenić, na ile wygląd ludzi i osad odpowiada historycznym zapiskom, lecz na pewno stwierdzić wolno, że w sferze wizualnej świat Wikingów jest niezwykle spójny i przekonujący.

fot. History Channel

fot. History Channel

Na szczęście nie tylko wygląd, ale i charaktery postaci naszkicowano w Wikingach starannie. By rozruszać nieco skostniałą przeszłość, twórcy skorzystali z metody, która znakomicie sprawdza się w kinie przygodowym: stworzyli galerię dobrze znanych typów, po czym każdemu z nich dołożyli szczyptę oryginalności. Mamy więc przede wszystkim Ragnara Lodbroka, znanego z legend skandynawskich mężnego herosa; w serialu wstępuje on dopiero na ścieżkę, która pewnego dnia uczyni go sławnym – hasa zatem po ekranie jako młody gniewny, którego bunt przeciw rządom „starych” popycha do odkryć, bogactw i zaszczytów. Jest też brat Ragnara, Rollo – szlachetny i mężny, lecz nazbyt skory do gniewu, a w dodatku wciąż zazdrosny o bratową. Obiekt jego zakazanych uczuć, shieldmaiden Lagertha, zapewnia w serialu pierwiastek żeński, jednak w żadnej mierze nie daje się wtłoczyć w ciasną rolę love interest: to twarda, charakterna kobieta, która z równie wielką pasją zadźga paru Anglików, upomni dzieci, rozkwasi mężowi nos i zaciągnie go do łóżka. Zdecydowanie moja ulubiona postać!

„Tym złym” jest z kolei w serialu jarl Haraldson (grany przez znanego z In Treatment Gabriela Byrne’a, co wzbudziło u mnie straszliwy efekt fandom collision), pokazany dla kontrastu z dzielnym Ragnarem jako archetypiczny niemal „starzec u władzy”: trzymający się kurczowo stanowiska, bezwzględny w rządach, lecz ostrożny w decyzjach ważnych dla ludu, przez co najpierw opiera się pomysłowi żeglugi na Zachód, później zaś, gdy imć Lodbrok powraca z łupieżczej wyprawy objuczony złotem, zagarnia dla siebie te zdobycze. A jest wśród łupów także nietypowy jeniec, dziwo z zamorskich barbarzyńskich krajów – młodziutki i naiwny, lecz bystry mnich Athelstan…

fot. History Channel

fot. History Channel

Rozgrywająca się między tymi postaciami fabuła to w pewnym sensie opowieść o zderzeniu kultur. Dotarcie Wikingów do mitycznej Anglii staje się zarzewiem długotrwałego konfliktu, którego konsekwencje odczuwają obie strony – zasiedziali i nieco gnuśni angielscy rycerze muszą nauczyć się dorównywać najeźdźcom w bitwie, zaś w narodzie z północy rodzi się odwaga do coraz śmielszych podbojów, które pewnego dnia uczynią z Wikingów krwawą legendę Zachodu. Zarazem ten sam konflikt obcych sobie światów przebiega na poziomie jednostkowym dzięki Althestanowi, który – zmuszony do życia wśród „dzikusów” – stopniowo coraz bardziej przesiąka ich obyczajami i wierzeniami. W temat nierozerwalnie związanej z wojną kwestii władzy zgrabnie wpisuje się wątek walki o pozycję jarla, który wypełnia większość pierwszego sezonu. Polityka to rzecz brudna, zwłaszcza, kiedy żaden z kandydatów nie waha się zabijać w imię swojej sprawy – tym bardziej więc kibicujemy Ragnarowi, który w tym starciu okazuje przeciwnikom jeśli nie miłosierdzie, to przynajmniej szacunek.

fot. History Channel

fot. History Channel

Nawet jednak wśród krwawych bitew i podkładanych świń Vikings pozostaje historią zaskakująco pogodną. Nie ma tu cynizmu watykańskich elit czy widowiskowej brutalności starożytnych Rzymian: podani w lekkim przygodowym sosie, Wikingowie to lud nad wyraz szlachetny, który wroga woli wyzwać na pojedynek aniżeli zgładzić skrytobójczo, a napięcia wewnątrz grupy rozładowuje bez ceregieli kłótnią czy bijatyką. Zdarzają się tu, rzecz jasna, autentyczne tragedie, prawdziwe i poważne są problemy, ale żyje się bez zbędnych komplikacji, bez duszącego konwenansu czy nurzania się w nerwicach. Wikingowie pod przykrywką serialu historycznego przemycają nam nostalgię za czasem, gdy świat był jeszcze młody, zasady jasne i proste, a każdy chwat z pomysłem na siebie mógł bez trudu dojść aż na szczyt. Innymi słowy – jest to serial skierowany do młodych duchem niezależnie od wieku, bo kto jako nastolatek nie miał chęci zawojować świata, ten nastolatkiem w gruncie rzeczy nigdy nie był.

Zdawałoby się – przygoda jakich wiele, jednak oryginalność i wielka siła Vikings tkwi we wspominanym już fakcie, iż serial ten nie ucieka w łatwe uproszczenia. Zupełnie inaczej na przykład niż w równie mainstreamowym Spartacusie potraktowano kwestię religii: tu wszyscy wierzą szczerze i żyją zgodnie z tą wiarą, marząc o miłej bogom śmierci w bitwie czy godząc się na bycie złożonymi w ofierze, gdy wymaga tego święto. Z podobnym szacunkiem potraktowano obyczaje Wikingów, na przykład obcą chrześcijańskiej Europie otwartość w kwestii seksu, która nie jest pchana widzowi przed oczy dla łatwej podniety czy szokowania, ale zupełnie naturalnie wpleciona w narrację. Gdy przybysz zapytuje siedzącego przed chatą syna Ragnara, co też porabiają rodzice, chłopiec odpowiada spokojnie, że uprawiają seks – i nikt nie robi z tego sensacji. W końcu w jaki niby sposób ostać by się miała dziecięca niewinność (którą zresztą wymyślono i uświęcono dopiero w XIX wieku), kiedy wszyscy domownicy śpią w jednej izbie?

fot. History Channel

fot. History Channel

Vikings to serial ze średniej półki, zwłaszcza jeśli chodzi o głębię psychologiczną postaci czy oryginalność fabuły, w swojej klasie jest jednak produkcją zdecydowanie godną polecenia. Warto zanurzyć się w świat mężnych wojowników z północy choćby po to, by odetchnąć przez chwilę innością, po której przyjemniej się wraca do tego, co znane – albo by spotkać bohaterów, którzy przynajmniej raz są po prostu dzielni, prawi i mężni, choć diabła mają za skórą. Kto by się spodziewał, że irlandzko-kanadyjscy Wikingowie będą mieć w sobie tyle ikry?

Vikings
Historical drama
History Channel, Kanada–Irlandia, 2013–

Przemek Zańko: czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.

Przemek Zańko

Czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.