Kill Bill  (True Blood, premiera: S06E01)

Kill Bill (True Blood, premiera: S06E01)

Artykuł zawiera spoilery.

Tęskniliście za True Blood? Bo mnie się, szczerze mówiąc, wydawało, że nie tęsknię, nie czekam. Że seriali z wampirami jest już zbyt wiele i w natłoku nowości ten konkretny został w tyle, przedawkowany, przegadany, przehype’owany, ciągnący się latami. Do tego jeszcze osierocony przez Alana Balla, co teoretycznie nie wróżyło mu dobrze.

Jednak starczyło, że na początku odcinka przewinięto przede mną najważniejsze wydarzenia poprzedniego sezonu, a poczułam wyraźnie, że brakuje mi tych konkretnych bohaterów i że bardzo, ale to bardzo chcę zbadać, w jakim kierunku potoczą się ich zakręcone losy. W ciągu zaledwie minuty wypunktowano, jak wiele się ostatnio działo i jak bardzo sytuacja w Bon Temps stała się napięta. Nie było czasu na rozgrzewkę. Na rozważania o tęsknocie lub jej braku. Historia porwała mnie za sobą.

fot. HBO

fot. HBO

Sezon, zwyczajowo, startuje dokładnie tam, gdzie urwał się poprzedni, w momencie pojawienia się dziwnej hybrydy zwanej przez sprytnych internautów „Bilith”. Czy to jeszcze Bill Compton, pamiętany z pierwszych sezonów praworządny i mocno uspołeczniony wampir, czy może półboginka Lilith, dzikuska importowana wprost z kart wampirycznej biblii, działająca instynktownie, groźna i nieucywilizowana? Chyba nie bez powodu te dwie istoty połączyły się, uzupełniając nawzajem swoje braki. Zbyt gładki Bill i mocno nieokrzesana Lilith stworzyć mogą byt idealny. Na razie jednak nie wiemy, KIM jest Bill. Co gorsza, on sam przyznaje, że tego nie wie, nie rozumie.

Wszyscy dotychczasowi przyjaciele zwracają się przeciw niemu. Eric i jego siostra atakują go otwarcie, Sookie wbija mu nawet kołek w plecy, trudno o dosadniejszy sygnał. Po stronie Comptona zostaje spanikowana i skonfundowana Jessica, która z naiwnością (a może mądrością?) osoby nastoletniej ogłasza, iż zabijanie się nawzajem bez choćby chwilki zastanowienia i namysłu nie jest najlepszą metodą rozwiązywania konfliktów. Że może lepiej się zatrzymać i zastanowić, kto jest prawdziwym przeciwnikiem, i w ogóle, rudymentarnie: kto jest kim. To Jessica jako jedyna zostaje przy odmienionym stwórcy, z którym łączy ją wciąż głęboka więź. Rozczuliła mnie scena, w której „tatuś” przynosi nastolatce do łóżka szklankę ciepłego mleka… przepraszam, podgrzanej True Blood, i odbywa z dziewczyną klasyczną, rodzicielską pogawędkę. Bill potrzebuje Jess i dokładnie wie, co powiedzieć, by ją uspokoić, okiełznać, zatrzymać przy sobie. Zdaje się, że myśli dobrze, rozsądnie, poszukując zaufanej osoby która zasygnalizuje wprost, gdyby zaczął się zachowywać irracjonalnie i zszedł na złą drogę. Gdyby upojony nowymi mocami padł ofiarą grożącego mu niechybnie „kompleksu boga”. Któż inny pełnić mógłby rolę hamulca bezpieczeństwa, jeśli nie młoda i boleśnie szczera córeczka? Lustro, w którym czujnie przegląda się Bill?

fot. HBO

fot. HBO

Bo chyba nie Sookie? Trochę smutno patrzeć, jak podstawowe dla scenariusza, wdrukowane w jego tkankę unie rozsypują się. Sookie i Bill, wcześniej zawsze razem albo przynajmniej po tej samej stronie, teraz stoją naprzeciw siebie. Ona uważa, że dawny narzeczony „nie żyje”, i usiłuje zabić to, co z niego zostało. On patrzy na nią pobłażliwie, z dystansem. Sookie i Jason też wkraczają na wojenną ścieżkę. Kochający dotąd brat, zamiast wspierać i chronić, wykrzykuje, że siostrzyczka jest dla niego martwa. Sookie nie wykonuje żadnego gestu, by go zatrzymać. Chyba nigdy wcześniej rodzeństwo tak bardzo nie oddaliło się od siebie. Sookie i Tara też w zasadzie nie utrzymują już bliskich relacji, ich przyjaźń wyraźnie ucierpiała. Być może odrodzi się za to relacja między zranioną, opuszczoną Sookie a cierpiącym po utracie ukochanej Samem? Cóż, brakuje mi tych dawnych więzów, dawnych tropów. Nie lubię, gdy historie zmieniają się za bardzo, to osłabia ich gatunkowy ciężar.

Pojawiają nam się nowe alianse i świeże związki, nie powiem, niektóre są obiecujące, jak relacja Pam i Tary. Czy tylko mnie wydaje się, że te dwie panie są dla siebie stworzone?  Nowym nabytkiem w głównej obsadzie jest siostra Eryka, którą mieliśmy okazję poznać w poprzednim sezonie, dziewczę wkurzające wielu spośród bohaterów. Moim zdaniem jest raczej zabawna, kojarzy mi się z dzieciakiem udającym dorosłego. Młodzieńczo łatwowierna, raz emocjonalna, a innym razem pozująca na twardą żołnierkę. Nie zachowuje się jak wampir z długim stażem. Jest tak głupiutka, że na mój gust jak ulał pasowałaby do Jasona (szipujmy tę parę, guys!).

Dodatkowo w odcinku Sam podejmuje się opieki nad osieroconą shifterką, a szefem watahy zostaje Alcide, w związku z czym widzowie otrzymują odpowiednią dawkę golizny, gdy po podnoszącej ciśnienie pogoni przez las nasz dzielny macho spółkuje z dwiema na raz przystojnymi wilczycami.

fot. HBO

fot. HBO

W dziedzinie wielkiej polityki pojawia się nowy interesujący gracz: gubernator Luizjany. Nie waha się wbić kija w mrowisko, brylując podczas publicznych wystąpień, ani planować swoich działań na kilka ruchów naprzód. Rządzi silną ręką, lecz nie wydaje się fanatykiem ani ideowcem jak jego poprzednicy. Wie, gdzie można zarobić, potrafi manipulować, ciężko domyślić się na razie, jakie są jego prawdziwe intencje. Bardzo dobrze, że się pojawił. Ludzie potrzebują teraz wyrazistego lidera! Charyzmatu osobowego! Pokrzepienia! Nowej jakości!

Do korzeni powraca nasza centralna postać, czyli Sookie. Ostrożna, samodzielna, dbająca o własne interesy i dobrobyt. To Sookie, jaką znamy i pamiętamy. Twarda, gdy trzeba, a gdy wymaga tego sytuacja, heroiczna i zdecydowana bronić tego, co kocha.  Dowodem jest relacja z Ericiem. Najpierw dziewczyna bez wahania ratuje mu życie, atakując Billa, potem pozwala się odprowadzić, przyjmuje prezent w postaci praw własności do własnego domu, a na koniec cofa zaproszenie i sprawia, że Eric nie może już wchodzić do środka. To „odesłanie Erica” jest zdroworozsądkowym i przytomnym czynem, szczególnie w świetle napiętej sytuacji panującej w Bon Temps. Nie spodziewałam się po Sookie niczego innego, niczego mniej. To najsilniejsza psychicznie osóbka w miasteczku i ma najlepiej ustawione priorytety. Jestem pewna, że nie da się wmanipulować w żadne głupie intrygi ani wcisnąć sobie żadnego kitu.

Jej przeciwieństwem pozostaje, również klasycznie i w zgodzie z duchem serialu, Jason, mistrz pakowania się w kłopoty. Bezbłędny jest motyw z autostopem. Kim innym mógłby być siwowłosy, milczący kierowca o twarzy Rutgera Hauera, który chętnie zatrzymuje się, by w środku najczarniejszej nocy bez żadnych pytań przygarnąć zakrwawionego chłopaka błądzącego poboczem, niż zabójcą rodziców Jasona i Sookie, zabójcą o baśniowo brzmiącym imieniu Warlow? Jason, który świetnie sobie poradził z ucieczką od siostry i od bandy postaci, które choć krwiożercze, to były ewidentnie po jego stronie, w niepowtarzalnym stylu wpada z deszczu pod rynnę i oczywiście nie ma najmniejszego kłopotu z opowiedzeniem świeżo napotkanemu nieznajomemu historii swojego życia, every gory detail. Oh, Jason. Will you ever learn?

fot. HBO

fot. HBO

Już w premierowym odcinku wiele się dzieje i nie wygląda na to, żeby się miało uspokoić,  przyhamować tylko po to, byśmy mogli wraz z bohaterami złapać oddech. Nie będzie szans na refleksję, na porządkowanie spraw uczuciowych czy w ogóle relacji międzyludzkich; będą się one kształtować w toku działania, wykuwać pod wpływem podejmowanych akcji. Twórcy serialu i jego aktorzy w wywiadach mówią głównie o tym, że stosunki między ludźmi a wampirami osiągną w szóstym sezonie granicę stanu otwartej wojny i przekroczą ją, czego przedsmak mieliśmy już w premierze. Że to będzie sceneria apokaliptyczna, koniec iluzji pokojowej koegzystencji, rozbrat z politykowaniem i tuszowaniem drobnych przewinień. Ludzie będą się trzymać razem, okopywać i bronić, wampiry zaś staną się prześladowane i stygmatyzowane jak nigdy dotąd. Towarzyszyć nam będzie nieredukowalne napięcie, a świat, jaki znamy – z otwartymi barami i nocnymi lokalami, z proszonymi herbatkami, kurtuazją, czasem i miejscem na romantyczną miłość, z metodycznym zwalczaniem drobnych przestępstw przez lokalnych policjantów – odejdzie na zawsze.

Stan wyjątkowy, stan wojny, eskalacja wzajemnych uprzedzeń, radykalizacja różnic, działanie w miejsce pertraktacji: to właśnie czeka na nas w szóstym sezonie Czystej krwi. Nowy sezon zapowiada się więc jako rozgrywka prosta i dosadna: ludzie kontra wampiry.

fot. HBO

fot. HBO

Cytat odcinka: “I hate the beach. Fish piss and sand in your cooch. “ – tak brzmi zraniona Pam chwilę przed tym, jak rozpłacze się z wściekłości i żalu. Eric był zdecydowanie bucowaty tym razem. Jesteśmy z Tobą, Pam.

Materiały dodatkowe: Jeśli chcecie się dowiedzieć, jak Billowi (czyli Stephenowi Moyerowi) reżyserowało się samego siebie, zajrzyjcie tutaj:

True Blood
S06E01: Who Are You, Really?
emisja: 16.06.2013

Pirjo Lehtinen: człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na naKrypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.