Źródło: andreidan.wordpress.com

Popcornem w ekran, czyli rzecz o hatewatchingu

Artykuł nie zawiera spoilerów.

Do tej pory opowiadałam Wam o serialach, które kocham. O takich serialach najbardziej lubię mówić. Czasami jest to miłość nieodwzajemniona, czasami zawiedziona, a kiedy indziej jeszcze powoli umierająca. Czasami serial oferuje mi ekwiwalent róż i czekoladek, a czasami znajdujemy się na etapie związku na odległość i ustaliliśmy, że możemy spotykać się z innymi.

(Mój związek z telewizją jest burzliwy i lekko niezdrowy, jak zapewne zauważyliście.)

Lubię kochać seriale. Ale lubię też seriali nienawidzić. I jakkolwiek dziwne to się może wydawać (nasuwają się od razu pytania: skoro tego serialu nie znosisz, to po co, do kroćset, oglądasz? I dlaczegoż jeszcze o nim tyle gadasz?) – nie jestem w tym osamotniona.

Witajcie w krainie hatewatchingu.

Hatewatching nie jest nową praktyką, ale swoją nazwę i otwartych zwolenników zyskał w 2012 roku, głównie wśród aktywnych na Twitterze telewizyjnych krytyków amerykańskich.

Źródło: twitter.com/HerQueue

Hatewatching nie jest oglądaniem kiepskich seriali. Cotygodniowe powracanie do programu, którego naprawdę nie możemy znieść, wydaje się w końcu raczej masochistyczną rozrywką. A trzeba wiedzieć, że hatewatchowanie jest prawie że religijną praktyką: co tydzień o tej samej porze, na żywo lub jak najszybciej (nie dla hatewatcherów ściąganie odcinków parę dni później). I co najważniejsze: należy wszem i wobec poinformować wszystkich, co oglądamy i co dokładnie o tym myślimy.

Tym hatewatching różni się od zjawiska guilty pleasure, czyli oglądania kiepskiej telewizji, bo sprawia nam ona czystą frajdę (albo dostarcza uczucia schadenfreude). Reality tv w stylu Honey Boo Boo czy Bachelor, kiepskie sitcomy czy opery mydlane nie są dobrym przedmiotem dla hatewatchingu. Nie są nimi też tragiczne filmy akcji czy denne, nierealistyczne i skończenie szowinistyczne komedie romantyczne popierające skomercjalizowany i cukierkowy obraz związków; komedie, które reprezentują wszystko to, co jest nie tak z kinem hollywoodzkim, a mimo to stanowią połowę naszej kolejki Netflixa. (To był wysoce szczegółowy i absolutnie nieosobisty przykład). Tego typu nałogi skrzętnie ukrywamy, podczas gdy hatewatching traci sens, jeśli nie dzieje się na widoku.

Amerykańscy krytycy telewizyjni stworzyli z hatewatchingu sztukę performerską, głównie za pomocą Twittera. Kiedy pojawia się nowy odcinek Smash, Newsroomu czy Glee, Twitter rozbłyska dziesiątkami salw. W stu czterdziestu znakach pojedynczego tweeta nie ma miejsca na zmiłowanie; tu liczy się celny humor, szybka reakcja i zwięzłość. Żarty powtarzane są w tuzinach retweetów i wracają, kiedy pojawia się nowy odcinek.

Hatewatching na Twitterze to ekwiwalent grupowego rzucania popcornem w ekran.

Źródło: twitter.com/truedorktimes

Ale znowu zapytacie: po co? Dlaczego krytycy jak te sępy krążą nad Bogu ducha winnymi serialami, które przecież nic im takiego nie zrobiły?

W tym właśnie sęk – musimy bliżej przyjrzeć się serialom, które stają się przedmiotem hatewatchingu.

Sama nazwa praktyki pojawiła się w blogosferze przy okazji dyskusji na serialem Smash, który opowiada o powstaniu broadwayowskiego musicalu o Marylin Monroe. Smash jest wprost stworzony dla krytyków: opowiada o kulisach showbiznesu, ma świetną obsadę (filmowe gwiazdy jak Anjelica Huston, telewizyjni weterani jak Debra Messing, utalentowani debiutanci jak wywodząca się z American Idol Katherine McPhee plus cała gama legend Broadwayu, od Bernadette Peters po Megan Hilty, nie mówiąc już o szarych eminencjach Broadwayu grających samych siebie), więcej metaanalizy niż można by sobie życzyć… Nie mówiąc już o oprawie muzycznej i soundtracku do musicalu Bombshell (oraz w drugim sezonie: Hit List), napisanym specjalnie na potrzeby serialu.

Pierwszy odcinek Smash był objawieniem; krytycy rozpływali się wręcz nad każdym aspektem, wieszcząc wielki hit. A potem przyszedł drugi odcinek. I trzeci. Z każdym następnym miłość zamieniała się w nienawiść: serial gubił się w wątkach pobocznych, wypełniał się nieznośnymi postaciami, „mówił zamiast pokazywać” i bezustannie wprowadzał dziwaczne zwroty akcji. Nie wspominając już o szalikach Debry Messing, które wzbudziły więcej komentarzy niż chyba jakikolwiek inny aspekt serialu.

Źródło: twitter.com/poniewozik

Problemem Smash nie było to, że serial jest zły. Największym problemem okazały się zawiedzione oczekiwania. Bo to właśnie najważniejsze w hatewatchingu: serial musi nas obchodzić. Naprawdę, naprawdę obchodzić.

Żeby wyjaśnić ten fenomen, pozwólcie na krótką wycieczkę do świata filmów i przyjrzenie się dwóm z nich, na które internet hurtowo wylewa fale kwasu: Zmierzch i Mroczne Widmo. Gdybym dostawała dolara za każdy mem nabijający się z tych filmów, stać by mnie było na terapię, której potrzebuję po Mrocznym Widmie. (Dziękuję, dziękuję, zostaję tu do środy).

Różnica polega na tym, że mało kto ogląda Twilight setki razy, za każdym razem narzekając jeszcze bardziej. Większość ludzi naśmiewających się z jednego wyrazu twarzy Belli i z kwestii wygłaszanych przez Edwarda nigdy nawet Zmierzchu nie obejrzała.

Z kolei Mrocznego Widma nienawidzę tak bardzo, że byłam na nim w kinie siedem razy i potrafię zacytować połowę. (Bo jestem Prawdziwym Fanem Gwiezdnych Wojen(tm) ).

Nikt poza fanami serii książek nie spodziewał się wiele po Zmierzchu, za to miliony fanów Gwiezdnych Wojen miało wprost niewyobrażalne oczekiwania wobec Mrocznego Widma. Kiedy Lucas zawiódł, miłość przerodziła się w absolutną nienawiść. (Ale ten rodzaj nienawiści, w którym nadal kupujemy figurki Dartha Maula, bo przecież Darth Maul…).

Źródło: twitter.com/videogum

Nie inaczej jest z hatewatchingiem telewizyjnym. Na tak wielką i zaangażowaną nienawiść serial musi sobie dobrze zapracować. Najczęstszym przypadkiem są zawiedzione nadzieje, jak w Smash, Glee czy Newsroom, ostatnim serialu Aarona Sorkina. W przypadku tych dwóch pierwszych, wczesne odcinki (pilot Smash i pierwszy sezon Glee) były uznane przez krytyków i ogólnie wysokiej jakości, zawodząc widzów potem. W przypadku Newsroomu wysokie oczekiwania pojawiły się jeszcze przed premierą, głównie ze względu na zaangażowanych w serial twórców i aktorów: Sorkin, z Oscarem za scenariusz i ukochanymi serialami typu West Wing czy Sports Night, aktorzy tacy jak Jeff Daniels i Emily Mortimer. Po pilocie krytyka była natychmiastowa i kontynuowana równie silnie przez cały sezon: narzekano głównie na mizoginię i polityczne kaznodziejstwo Sorkina.

Dlaczego, po kilku lub kilkunastu złych odcinkach, oglądamy dalej? Jest tyle seriali na tym świecie, po co psuć sobie krew i podnosić ciśnienie?

Bo widzicie, hatewatchowany serial zawsze ma to coś. To coś to nasza ulubiona postać, ulubiony aktor. To okazjonalny przebłysk geniuszu. To sentyment i nostalgia. To te cholerne, chwytliwe piosenki. Dlatego oglądamy, dla tej jednej rzeczy. I dlatego, że mamy nadzieję, iż może będzie lepiej (spoiler alert: zwykle jest gorzej).

Źródło: twitter.com

Oglądamy też, bo, jak się okazuje, hatewatching jest niebywałą frajdą. To jednak pewien rodzaj katharsis: w momencie, kiedy przyznajesz przed samym sobą, że serial, który oglądasz, rwąc włosy z głowy, jest już tak zły, że gorzej chyba być nie może (może. Zawsze może) i jedyne rozsądne wyjście to poddanie się gniewowi oraz nienawiści (i przejście na ciemną stronę; wieść gminna niesie, że mają tam ciastka) – odczuwasz ulgę. Nie musisz już bronić serialu przed nikim innym, a zwłaszcza przed samym sobą. Ty już nie oglądasz, ty hatewatchujesz. To brzmi dumnie – i wszyscy uznani krytycy telewizyjni już to robią.

Joanna Kucharska
Zawodowo ogląda seriale. Jeszcze jej za to nie płacą, ale pracuje nad doktoratem na temat seriali internetowych, więc prawie prawie. W międzyczasie hate-watchuje większość seriali, które ogląda i pasywno-agresywnie udziela się na tumblerze.

Joanna Kucharska

Człowiek-katarynka, z opinią na każdy temat. Urodzona w Krakowie, żyje przed ekranem. Uzależniona od kawy, musicali i złych żartów słownych. Czasami pisze, częściej przeklina migający kursor. Porzuciła hatewatchowanie na rzecz hope-watchingu, bo zdrowiej dla psychiki.