I love you, Jason Stackhouse! (True Blood, Finał: S06E09–10)

I love you, Jason Stackhouse! (True Blood, Finał: S06E09–10)

Artykuł zawiera spoilery.

Już po. Najbardziej nierówny, do końca szukający swojego mojo sezon Czystej krwi dobiegł końca. A poznacie go po owocach.

Czyli po narastających lawinowo sporach fanów z twórcami serialu. Przyglądnijmy się temu znaczącemu objawowi rozpadu. Twórcy zżymają się na wszystko, co teraz ośmielają się mówić widzowie. Mierzi ich krytyka, wkurzają wątpliwości.

True Blood

Fot: HBO

Fani pytają: czy mamusia Tary jest zarażona wirusem? Twórcy przewracają oczami i odpowiadają: niemożebnie denerwują nas te insynuacje; scena, którą widzieliśmy na ekranie, była szczera niczym sztabka złota, nie trzeba wszędzie szukać drugiego dna. Miłość matki, odkupienie win, szlachetna decyzja, każdy może się przecież zmienić (oj, tak…). Ufajcie nam, drodzy widzowie! Dlaczego nam nie ufacie? Podajemy wam prawdę czarno na białym! I mniejsza już z tym, że Tara zjawiała się w ostatnim sezonie sporadycznie, przestawiana z kąta w kąt, i jakikolwiek dramatyzm czy suspens nie miał okazji zaistnieć. Mniejsza, że wielebna mamusia miała nawet we włosach smugi pajęczyn, tak długo stała w szafie pełnej zapomnianych rekwizytów.

No ale dobrze, kryzys zaufania zażegnany, wszyscy się cieszą i wzruszają. Opuszczają gardę. A tu niespodziewanie atakuje nas najsłynniejsza scena finałowego odcinka, obrazek podany z premedytacją, by przysłonić braki, zaserwowany jak na tacy, żeby wszyscy się go uczepili. I uczepili się, więc z przekory i celowo nie wkleję tutaj zdjęcia (ilustruje wszelkie recapy finału, jakie dane mi było widzieć). Hipotetyczne zdjęcie przedstawiałoby bowiem Nagie Szwedzkie Ciało.

True Blood

Fot: HBO

Otóż, mówią twórcy, wbrew pozorom śmierci, Eric żyje. To nic, że zostawiliśmy go obficie płonącego, wyeksponowanego na środku spalonej słońcem lodowej pustyni, z kopią Den allvarsamma leken Hjalmara Soderberga niedbale rzuconą na śnieg. To nic, że w konkurencyjnym story-arcu prze-paker Warlow okazał się (ostatecznie) cieniasem i rozsypał się w jakieś piętnaście sekund czasu ekranowego. Drogie dziatki, wampir Eric, wbrew świadectwu waszych oczu, jak najbardziej żyje, ma się świetnie i będzie brylować w kolejnym sezonie jako jedna z jego naczelnych, nadwornych, niepowtarzalnych gwiazd. „Nigdy nie pozbylibyśmy się Erica” – solennie przysięgają twórcy, poklepując fanów po przegrzanych główkach. „Myśleliście, że zginął Ostateczną Śmiercią? Och, głuptaski. Nie ufajcie w to, co pokazujemy! Nie ufajcie nam ani na jotę! To jest właśnie rozrywka! Telewizja! Zabawa! Mydlenie oczu!”.

See what I did there? Nasuwa się nieśmiertelne (nomen omen): jak żyć, panie premierze, jak żyć? Bo i w zaskakująco anty-klimaksowej scenie finałowej napięcia ani za grosz. Wróżkowy dziadek wyskakuje z portalu w łazience i raz-dwa gromią pospołu z Jasonem tego oto Warlowa, co to się go żadna broń nie imała, i zmóc go mogła, jak mówi legenda, jeno świetliście bzycząca kula energii ciskana z rąk Sookie. Ale jasnowłosa Vampire Bride w tym odwiecznym, lecz jakże mało epickim starciu w ogóle nie bierze – koniec końców – udziału, patrzy lalczynymi oczami, gdy scenarzyści ukatrupiają napięcie pojedynczym, celnym ciosem kołka. I mamy z głowy sztucznie napompowaną bańkę oraz tego pana, co to cierpiał na wyraźne rozdwojenie jaźni, błąkając się między amantem a brutalem, w jakiś nadnaturalny sposób nie potrafiąc skleić dwóch wizerunków w spójną postać.

True Blood

Fot: HBO

I pytają fani: po co to wszystko? Po co było to, a po co tamto, cóż się stało z tym lub owym zamysłem? I pytają: a jak to się dzieje, że Sam został burmistrzem Bon Temps? Że odpuścił ukochany bar i długo pielęgnowaną anonimowość? Odpowiedź twórców: albowiem z szeryfem Andym tworzą uroczą parę, więc trzeba im umożliwić wspólne dialogi choćby za cenę nieprawdopodobieństwa. I pytają fani: jak to jest, że charaktery postaci morfowały z odcinka na odcinek, ze skrajności w skrajność, z jednej irracjonalnej decyzji w drugą? To efekt PTSD czy wrogiego zaklęcia?

A wampiry-zombie z ostatniej sceny? Czy, na fali The Walking Dead, obserwujemy podpinanie się pod kolejną franszyzę? Otóż: skądże! To nadal wampiry, będą dosyć zorganizowane i ZUPEŁNIE różne od zombiaczków, wytrwale objaśniają scenarzyści, choć mnie owe postacie kojarzą się z zarazą jako nosiciele zmutowanego wirusa. Wiemy już, że poruszają się w grupach i chociaż pozostaną krwiożercze, to okażą się znacznie bardziej głodne niż ich zdrowe odpowiedniki. Nie, nie, ten pomysł w żaden sposób nie przypomina zombich. Zero podobieństw, odetchnijmy z ulgą, kajajmy się, przeprośmy, żeśmy kiedykolwiek wątpili.

True Blood

Fot: HBO

A układ „dla każdego wampira – człowiek, dla człowieka – wampir”? Otóż – zdaniem autorów fabuły – dostajemy wspaniały, humanitarny deal, bez ukrytych haczyków. W opinii twórców ma on na powrót zbliżyć do siebie dwa gatunki i umożliwić im harmonijną koegzystencję. Czy tylko ja zastanawiam się, co ze strachem i z obawą przed uzależnieniem od „V”? Pamiętacie czasy, gdy maleńka fiolka wampirzej krwi potrafiła zamienić prawego obywatela w strzęp człowieka? Twórcy zapewne już tego nie kojarzą. Tl(ago);dr. Czy wszyscy w Bon Temps są przekonani, że wspaniała, samarytańska wręcz wymiana – krew za opiekę – przebiegać będzie bez przeszkód i tylko w jedną stronę? Jeśli o mnie chodzi, w tym bałaganie nie jestem już pewna niczego. Zdrowy rozsądek odszedł eony temu. Nie pamiętam nawet, kto go grał.

True Blood

Fot: HBO

Żeby nie było całkiem ponuro, napiszę, iż powrót do Bon Temps, do zależności, układów i układzików jest dobrym pomysłem, ale niestety, do miasteczka wróciliśmy na skróty. I ten skrót… jakoś nie do końca mnie zachwycił. Nagle mam się wzruszać spinającym przedostatni odcinek pogrzebem Terry’ego, mowami nad grobem i rzewnymi piosenkami? Łzami w dawno-nie-widzianych oczach przykurzonych aktorów? Odczuwać wspólnotowość? Trochę odczuwam, a trochę nie odczuwam. Chciałabym odczuwać. Marzę, żeby się poprawiło.

Bo wszystko to ma w nas zapewne odblokować wyblakłe wspomnienia spójnego, prowincjonalnego Bon Temps. I gdzieś tam, w tyle głowy, kołacze się myśl, że bardzo ładną rzecz zrobili. Demagogia to była, ale ładna. Zgrabniutka. Cały ten pogrzeb. Szeryf Andy w akcji. Tara rozmawiająca z mamą jak za dawnych, dobrych… Z antycznej szafy powyciągane postacie, które zniknęły. Odprasowane, po lekkim tunningu, z odświeżającą choineczką na każdej jednej szyjce. Postacie ludzkie, śmiertelnicy! Patrzcie, oni istnieją! Zakrzyknijmy: idzie nowe! Przyznajmy: idzie stare, lecz w nowym wcieleniu. Let me feed you, mówi matka do zwampirzonej córki, córki, którą głodziła i zaniedbywała, gdy ta była dzieckiem. Scena mogła być znacznie mocniejsza, ale jest poruszająca nawet podana bez kontekstu. Tak, nie zaprzeczam, momenty były. A one dają jakąś tam nadzieję.

True Blood

Fot: HBO

Zdenerwował mnie jednak wątek z Alcidem i Sookie, zresztą niezadowolenie pobrzmiewa także w reakcjach fanów. Tyle czekania i nagle oni są razem, tylko że nikt nam tego nie pokazał. Przez pół sezonu Sookie dryfuje w on/off relacji z wróżko-wampirem, a Alcide stara się socjalizować ze stadem. Nie widują się, nie wymieniają stęsknionych spojrzeń, on nie ratuje jej życia, jak to zwykł czynić. Jest nieobecny, na ławce rezerwowych i planie bocznym. Nie, żeby do siebie nie pasowali, bo pasują. Nie przeczę. Niby w kolejnym sezonie dostać mamy brakujące „sceny miłosne”, lecz nie w tym rzecz. Czuję się oszukana, iż napięcie między postaciami zostało niejako strywializowane i sprowadzone do ruchu na fabularnej szachownicy. Za szybko, zbyt obcesowo. Kanapka nieposmarowana masłem i przełyka się ją z trudem. W następnym sezonie medytować będziemy nad trójkątem Alcide-Sookie-Bill, czyli odwiecznym: wilkołak kontra wampir. Kogo wybierze dziewczyna? Proszę uprzejmie, może klasyka uratuje ten serial. Muszę zresztą pochwalić, że postać Billa pokazana została z dużą konsekwencją, miał dość czasu na ekranie, podobały mi się delikatne aluzje do uczuć w stronę Sookie, nigdy niewygasłych. Podobała mi się relacja z Jessiką, od początku do końca prowadzona sensownie. Sookie też w zasadzie mi się podobała, ale ja jestem dziwna, lubię tę bohaterkę.

Co zapamiętam z sezonu szóstego? Momenty dramatyczne i chwile efekciarsko-krwawe oraz punktowo wrzucane błyskotliwe gagi, które nie zawsze pasowały do sytuacji. Poczucie, jakby cały czas COŚ się tutaj nie zgrywało ze sobą. Obraz z dźwiękiem. Ilość z jakością. Siła z zamiarem. Zapamiętam znudzoną twarz Erica (zresztą wielu aktorów grało „na pamięć” i nie wydawali się podekscytowani tematem).

Niestety, choć sezon numer sześć oceniam raczej negatywnie, z całą pewnością dam True Blood kolejną szansę. Uczcie się, twórcy. Tak właśnie działają uzależnienia. Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy.

True Blood

Fot: HBO

Bohater numeru: Eric, i nie mam na myśli sceny końcowej, lecz jego akcję ratunkową w Vamp Campie. Tyle że to trzeba było zrobić pół sezonu temu.

Duecik: Jason i Sara. O wiele więcej warstw niż w związku naszego ulubieńca z niejaką Violet. Bardzo liczę na powrót Sary i dalsze odsłony tej jakże sycącej relacji.

Najlepsza scena: Wampirza sielanka, siatkówka w pełnym słońcu, wakacyjne przyjęcie, piknik na trawie, a wszystko w ciepłych barwach i motoryce slow motion.

Ewolucja postaci: moi faworytem jest Bill: stracił boskie moce, pod koniec sezonu wreszcie wytrzeźwiał, opamiętał się, zrozumiał, co i kogo poświęcił. Wrócił pod opiekuńcze skrzydła Mateczki Cywilizacji. Nawet książkę napisał. W telewizorze się pokazał. Takiego Billa lubię!

Porażka: Misja ratunkowa, zorientowana, by pomóc Sookie. Sceneria to znowuż domek naszej bohaterki, mam nawiasem mówiąc teorię, że ten domek LUBI być rujnowany, czerpie z tego MOC (no co, nawiedzonych domów jeszcze nie było w serialu, mój pomysł brzmi prawdopodobnie, zatrudnijcie mnie, będę wam nie takie rzeczy wymyślać, Drodzy Twórcy!…). Zatem: dziadziuś wyskakujący ze swojego portalu i Jason to the rescue. W tej scenie coś zdecydowanie oklapło i zdechło, lecz nie był to (wyłącznie) Warlow. Niemniej scena łazienkowa to także zwycięzca w kategorii najmniej efektowna śmierć sezonu.

Famous Last Words: I love you, Jason Stackhouse! – wykrzyczane przedśmiertnie przez Steve’a Newlina, niech Niezwyciężone Słońce świeci nad jego duszą idioty.

Smakołyk odcinka: krokodyl z grilla.

Polski akcent: Matka Boska Częstochowska na ścianie wampirzej sypialni. Czemu nie? Eklektyzm górą. I w sumie dzięki tej scenie i temu obrazowi zaczęłam się zastanawiać, jakie były naszego słodkiego Jasona relacje z matką…

True Blood
S06E09 Life Matters, emisja: 11.8.2013
S06E10 Radioctive, emisja: 18.8.2013

Pirjo Lehtinen: człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na naKrypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.