Mit Dzikiego Zachodu, czyli o serialowych westernach

Mit Dzikiego Zachodu, czyli o serialowych westernach

Artykuł nie zawiera spoilerów.

Wyobraźcie sobie ziemię niczyją. Żyzny i bezkresny ląd, na którym rzeki płaczą złotem, góry zazdrośnie kryją drogocenne skarby, a po nieskończonej prerii Wielkich Równin galopują dzikie mustangi i pasą się na ogromnych przestrzeniach wolne, niczyje, gotowe do okiełznania. Wyobraźcie sobie masywne bizony, całe stada bizonów zrobionych z pysznego mięsa, wysypujących się niczym z Rogu obfitości, nie ma im końca. To świat bez granic, bez przeszłości. Ziemia, którą trzeba wydrzeć dla siebie, odebrać przyrodzie i zwierzętom; a niewygodna myśl, że niektóre z tych zwierząt przypominają demony o ludzkich kształcie, stanowi tylko część opowieści. Mroczne miejsce w głębi rajskiego ogrodu. Konieczny element założycielskiego mitu. Mitu Ameryki.

Deadwood

Fot. HBO

Zarysowana przeze mnie wizja krainy płynącej złotem i mięsem, miejsca nieskończonych możliwości i zawsze nowych początków, czarowała wyobraźnię filmowych twórców już od bardzo dawna. Jest to bowiem źródłowa historia kraju bez historii, jej rdzeń i życiodajny korzeń. Opowieść o wolności, zwana westernem, narodziła się w drugiej połowie XIX wieku jako gatunek przygodowej literatury i szybko trafiła do masowego czytelnika, dając, szczególnie Amerykanom, dziedzictwo, jakiego potrzebowali i do którego mogli się odwoływać. Filmowe i serialowe westerny powstawały głównie w latach 40. i 50., a ich liczba szła w setki; w późniejszych dekadach doczekały się licznych dekonstrukcji. Choć stopniowo traciły na znaczeniu, nigdy całkowicie nie wyszły z mody i powracają w popkulturze do dziś. Jest to bowiem format atrakcyjny i sprawdzony, mimo iż okrutnie skonwencjonalizowany. A może sztywna konwencja wcale nie jest wadą?

Klasyczny western to przede wszystkim wyrazista akcja oparta na mocno zarysowanym, dramatycznym konflikcie. Starcie sił dobra z siłami zła – czarno-białe, namacalne i jednoznaczne. I w tej prostocie niewątpliwie jest metoda. Bo jak się szybko okazuje, nowy świat, świat pozbawiony granic i praw, to konstrukcja niestabilna, amorficzna i utopijna. Trzeba go „złamać” jak dzikiego konia i podporządkować. A następnie skolonizować, czyli zaludnić. Stworzyć wspólnotę, prototypowe miasteczko, z jasnym podziałem obowiązków i skutecznym systemem wzajemnego respektowania praw. Wolności, takiej baśniowej i idyllicznej, przyobiecanej wędrowcom, nie daje się przecież ani utrzymać, ani obronić. Jedyny sposób na przetrwanie w nowym świecie to dobrowolne poddanie się procesowi logicznej i systematycznej organizacji rzeczywistości. Konieczne jest nazwanie kategorii. Prawo i bezprawie. Sprawiedliwość i występek. Szlachetność, odwaga i przedsiębiorczość versus przebiegłość, brutalność, lenistwo. Dzielne i obyczajne kobiety kontra kurtyzany i prostytutki. W tym trudnym i mocno „fizycznym” życiu wartością jest praca. Nie ma miejsca na filozoficzne dysputy, to świat konkretu, potu, krwi i łez.

Hell on Wheels

Fot. AMC

Nieodzowne jest powołanie obrońcy, stojącego na straży wartości, którymi wspólnota dobrowolnie pęta samą siebie. To postać należąca do dwóch światów, bo choć reprezentuje społeczność, wydaje się także herosem kulturowym, przypisane mu moce nie są ludzkie, jest echem niedawnego rewolwerowca, z którym teraz walczy, oswojonym rewolwerowcem stojącym mocno na nogach w pylistej ziemi, ale za to głową nadal bujającym w chmurach. To postać utkana z legendy.

Nie, nie planuję cofać się do czasów Bonanzy, Domku na prerii czy omawiać perypetii Doktor Quinn, choć każda z tych produkcji odniosła w Polsce spory sukces i są one powszechnie kojarzone. Opowiem o moich ulubionych serialach osadzonych w westernowej konwencji. O serialach, które warto obejrzeć, bo magia Dzikiego Zachodu nadal w nich siedzi, siedzi mocno i działa na całego.

Najbardziej sztandarowym, klasycznym przykładem udanej adaptacji westernowej jest amerykański Deadwood z 2006 roku. Akcja serialu osadzona została w powstającym dopiero, wydzieranym przyrodzie i jej żywiołom tytułowym miasteczku w Południowej Dakocie, w okolicach roku 1870, i pieczołowicie opiera się na przekazach historycznych. Miasteczko dopiero powstaje, napływają kolejni przybysze, pełni nadziei i lęku, stawiający wszystko na jedną kartę. Przybywają w karawanach, jako uchodźcy i uciekinierzy z mniej przyjaznych miejsc, wozy toczą się w błocie i kurzu, obciążone dobytkiem całego życia. Pojawiają się przestępcy, umykający przed listami gończymi, mordercy, szubrawcy i wszelkiej maści oszuści, liczący na łatwy zarobek. Jadą, jadą rodziny, którym nie wiodło się dobrze i które marzą o odmianie. Mieszkają w namiotach, a później, stopniowo, budują drewniane domy, sklepy, banki i saloony, aż życie pionierów zaczyna pulsować stabilnym, miejskim rytmem. Kolonizacja dokonuje się.

Deadwood

Fot. HBO

W serialu pojawiają się postacie historyczne, bohaterowie Dzikiego Zachodu, jak Dziki Bill Hickok, Wyatt Earp czy Calamity Jane, ale są to osobistości już na poły mityczne, zdegradowane. Ich czasy, epoka herosów i rewolwerowców, mijają, zastępowane przez rządy rozsądnych i ugodowych szeryfów, roztropnych rad miejskich i mediujących między stronami sędziów. Prawo to ława przysięgłych i więzienna cela, a nie kula śmigająca z lufy pistoletu wycelowanego w czyjeś serce, w samo południe, na głównej ulicy miasteczka. Postacią stojącą jeszcze jedną nogą w poetyce czarno-białych, siłowych rozstrzygnięć właściwych rewolwerowcom jest główny bohater serialu, Seth Bullock. Niegdyś, w świecie, który za sobą zostawił i od którego ucieka, był szeryfem, w Deadwood natomiast otwiera sklep z towarami żelaznymi i ze wszelkimi rodzajami gospodarczych narzędzi, które mogą się przydać pionierom stawiającym swoje pierwsze domy. Seth (Timothy Olyphant, wcielający się w dzielnego szeryfa także w godnym polecenia serialu Justified) chce być teraz sprzedawcą, handlarzem, marzy o utopijnym Nowym Świecie, o całkiem nowym początku, kolejnej szansie. Niestety, jak to w westernach i w życiu bywa, krew nie woda, a prawdziwa natura musi przejąć nad bohaterem kontrolę, stawiając przed nim wyzwania, każąc mu przemyśleć dotychczasowe wybory i zdjąć z metaforycznego kołka kapelusz oraz przypiąć na piersi gwiazdę szeryfa. Bo to świat bez reguł jest utopią, a prawy człowiek zawsze będzie zmuszony, by zaprotestować, gdy dzieją się rzeczy niedobre, brutalne, niesprawiedliwe. Przyzwolenie na chaos nie jest okej. Jest cholernie daleko od okej. A wolność –to bulgocząca i zdradliwa zupa pierwotnego chaosu.

Innym ciekawym serialem jest Hell on Wheels z 2011 roku, którego trzeci sezon startuje już w sierpniu. Osadzony w roku 1865, jak można się domyślić z tytułu, opowiada o ważnym momencie w historii rozkwitającej na Dzikim Zachodzie społeczności miejskiej, czyli o budowie kolei żelaznej i o związanych z tym przedsięwzięciem perypetiach. Mamy więc świat znacznie bardziej rozwinięty niż w młodym i stuprocentowo pionierskim Deadwood, ale i tak nie jest on do końca stabilny. Główny bohater to dawny żołnierz konfederacki, Cullen Bohannon (Anson Mount), który podejmuje pracę jako nadzorca budowy jednej z nitek kolei, równocześnie angażując się w sprawy miasteczka, w którym przekupstwo, wszelkiego rodzaju machlojki i naginanie prawa są na porządku dziennym. Poznajemy zatem całą galerię postaci, praworządnych, jak i siejących zamęt. Poznajemy biznesmenów, inwestorów, dziennikarzy, pastorów, byłych niewolników i miłośników Indian, i szybko stajemy po stronie bohatera, który ma swoją określoną wizję świata, wie, co dobre, a co złe, i nie cofnie się przed żadnym ryzykiem ani poświęceniem, by osiągnąć zaplanowany cel.

Under the Dome

Fot. CBS

Postacie praworządnych i twardych bohaterów wraz z westernową konwencją pojawiają się także w produkcjach z pozoru osadzonych w zupełnie innym świecie. Dzieje się tak na przykład w fantastycznym serialu na podstawie powieści Stephena Kinga Pod kopułąUnder the Dome (2013), której akcja rozgrywa się współcześnie. Dale „Barbie” Barbara to kucharz, weteran wojny w Iraku. Z nadania prezydenta USA dzielny mężczyzna ma przejąć władzę i objąć funkcję szeryfa w zagrożonym anarchią miasteczku Chester’s Mill, odciętym od świata przez tajemniczą kopułę. Jest to miasteczko niewielkie i staroświeckie, pełne postaci dziwnych i charakternych, jak to u Kinga, a oderwanie od zewnętrznego świata i brak choćby prądu czy zasobów koniecznych do przetrwania cofa współczesny setting o kilka pokoleń wstecz. W miasteczku o wpływy rywalizują różne frakcje, bandy osiłków pozujących na prewencyjne patrole tak naprawdę wyrównują dawne porachunki, na wierzch wypływają długo tłumione niesnaski. Kotłuje się i miesza jak w kociołku z zupą. Do czynienia mamy z klasyczną scenerią westernu, gdzie grupa ostatnich sprawiedliwych w imię odległego prezydenta USA i praw obowiązujących w – równie teraz odległej – Ameryce stara się zapobiegać przestępstwom, na bieżąco egzekwować przestrzeganie prawa, stać na straży moralności, uspokajać zaniepokojonych i udzielać pomocy potrzebującym. Poznajemy tu klasyczne dla westernu postacie pierwszoplanowe, takie jak kowboj, traper, szeryf, czy „jeździec znikąd”, ale też postacie poboczne takie jak śmiała dziewczyna, bywalcy małomiasteczkowego saloonu, tu będącego amerykańskim dinerem, „Indianie”, złowrodzy przeciwnicy, lojalni przyjaciele. Pojawiają się obowiązkowe składniki awanturnicze, jak strzelaniny, bójki czy pościgi. Oglądamy też zebrania i wiece, na których gromadzi się cała społeczność. Bo w trzewiach społeczności spoczywa, jak zwykle, podstawowy rezerwuar siły.

Firefly

Fot. Fox

Podobną zabawę konwencją proponuje Firefly Jossa Whedona (2002), mieszcząc się w podgatunku zwanym czasem kosmicznym westernem, space operą czy Dziwnym Zachodem. Niczym w filmowej sadze Gwiezdne Wojny, mityczną krainą jest tu niezmierzona, nieużywana, jakby świeżo rozpakowana z pudełka przestrzeń międzyplanetarna. Akcja toczy się w umownym roku 2517, po przybyciu ludzi do nowego układu gwiezdnego. Fabuła, skupiona na losach załogi statku kosmicznego, opowiada o perypetiach osadników żyjących na obrzeżach wielkiej i totalitarnej cywilizacji, o ich moralnych i etycznych dylematach oraz o nacisku ze strony odległych mocarstw. Mamy tu postacie typowe dla westernów, różnorodne i barwne towarzystwo, a także ogromną ilość przygód. Nic dziwnego, że serial, choć przedwcześnie urwany, do dziś cieszy się statusem dzieła kultowego.

Czym jest western i dlaczego powraca? Gdzie bije źródło jego nieustannej atrakcyjności, a zatem – skuteczności? Moim zdaniem kluczowa jest prostota opowieści, czarno-białe universum o przewidywalnej konstrukcji, narracja utkana według wzoru znanego każdemu widzowi. Jest to opowieść o ziemi obiecanej i o tym, jak się ta obietnica wypełnia – poprzez ucieczkę od nieskrępowanej, chaotycznej wolności wprost w pierwszą strukturę społeczną. Poprzez okiełznanie natury – kulturą.

Little House on the Prairie

Fot. NBC

Tekst ukazał się pierwotnie w trzecim numerze Magazynu FUSS.

Pirjo Lehtinen: człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na naKrypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.