W 900 minut dookoła świata filmu (The Story of Film. An Odyssey)

W 900 minut dookoła świata filmu (The Story of Film. An Odyssey)

Artykuł nie zawiera spoilerów.

Niniejsza recenzja powstała w ramach współpracy między Pulpozaurem a zaprzyjaźnionym blogiem filmowym www.dobryfilmzlyfilm.wordpress.com, który jest prostym i zabawnym przewodnikiem po świecie filmów, jakie dzielą się przecież na DOBRE i ZŁE…

Jak pisał wybitny historyk sztuki: „Czy nam się to podoba czy nie, kino – bardziej niż jakakolwiek inna siła – ukształtowało opinie, smak, język, stroje, zachowanie, a nawet fizyczny wygląd publiczności”. Jak dodaje dalej: „Gdyby prawo zmusiło wszystkich poważnych poetów lirycznych, kompozytorów, malarzy i rzeźbiarzy do zaniechania swej działalności – uświadomiłaby to sobie niewielka część szerokiej publiczności. […] Lecz gdyby to samo stało się z kinem, konsekwencje społeczne byłby katastrofalne”.

Tak, kino to duża i dość popularna sprawa. W samym 2012 r. filmy zarobiły prawie 35 mld dolarów na całym świecie. Wiadomo, że liderem jeśli chodzi o produkcje są Indie (1325 filmów w ostatnim roku), potem Nigeria (826), brąz dla USA (520). Ogólnie trochę tego jest, jeśli do tego dodamy pozostałe kraje, w tym Polskę z radosnymi czterdziestoma produkcjami. Żaden z tych filmów – co jasne – nie powstaje w próżni, każdy z nich jest osadzony w jakiejś kulturze, tradycji, zmontowany został w konkretnym kraju, ale zarazem nawiązuje do światowej tradycji kinowej. Uniwersalność języka „ruchomych obrazków” jest niezaprzeczalna.

Fot. Karlove Vary International Film Festival

Fot. Karlove Vary International Film Festival

W tym momencie rodzi się pytanie: jak w takiej sytuacji zrealizować zadanie opisania ponad 120 lat tej niezwykle popularnej sztuki? Jak się nie pogubić w gąszczu coraz to nowych produkcji? Czy da się znaleźć jakieś wzory, schematy, połączyć dzieła klasyczne z tym, co się dzieje we współczesnym kinie? I zrobić tak, żeby nie powstało liczące tysiąc godzin dzieło, gubiące w natłoku informacji sedno, jakim jest próba ogarnięcia tego, co się działo z kinematografią od jej początków po dzień dzisiejszy?

Cóż – da się. Facet, który tego dokonał, nazywa się Mark Cousins. Jest północnoirlandzkim krytykiem filmowym i potrzebował dokładnie dziewięciuset minut, by tego dokonać.

Panie i Panowie, przed nami – że oddam głos samemu reżyserowi – „epicka opowieść o innowacji, poprzez dwanaście dekad historii, sześć kontynentów i tysiąc filmów” – The Story of Film. An Odyssey.

Fot. Channel 4

Fot. Channel 4

Douglas Rushkoff, autor koncepcji szoku teraźniejszości, uważa, że zagubiony w cyfrowym świecie człowiek utracił zdolność do tworzenia spójnych narracji oraz logicznych łańcuchów przyczynowo-skutkowych, łączących bieżące wydarzenia z przeszłością. Są jednak wyjątki. Ogromnym szokiem była dla mnie – studenta politologii – lektura Powojnia Tony’ego Judta, który dzieje Europy po 1945 r. nie dość, że zmieścił w jednej książce, to jeszcze napisał dokładnie tyle, ile trzeba, by zrozumieć to, co się działo na tym kontynencie przez pół wieku po wojnie. Przez całą książkę czuć tyleż ogromną wiedzę autora, co wielką pasję, swobodę w konstruowaniu opowieści i umiejętność selekcji informacji, tak by zachować balans między szczegółem, a bardziej ogólnym spojrzeniem. Aż dziw bierze, że Judt napisał Powojnie w jedną przerwę urlopową.

Cousins nad Odyseją pracował kilka lat, w końcu musiał pojechać tu i tam, a potem to wszystko zmontować. Ale widząc efekt jego gigantycznej pracy, od razu przypomniałem sobie Powojnie. Irlandczyk podjął się równie trudnego i ambitnego zadania, a wykonał je z inspirującą lekkością i przy wykorzystaniu równie rozległej wiedzy. Trwająca w sumie 900 minut produkcja, podzielona jest na szczęście na piętnaście godzinnych odcinków, które wyemitowała we wrześniu 2011 r. cyfrowa telewizja More 4, należąca do Brytyjczyków z Channel 4. Recenzja tego dokumentu pojawia się dopiero teraz, ponieważ polski kinoman miał okazję oglądnąć całość na ostatnim festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty. Wcześniej Odyseja… była prezentowana na festiwalu filmowym w Toronto w 2011 r., gdzie – podobnie jak we Wrocławiu – spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem.

Fot. Channel 4

Fot. Channel 4

Zgromadziwszy ogromną wiedzę na temat dziejów filmu, Cousins najpierw napisał opublikowaną w 2004 r. książkę The Story of Film, a dopiero potem zilustrował ją odpowiednimi ruchomymi obrazkami, czyli nakręcił Odyseję… Co ważne, za punkt wyjścia obrał sobie przedstawienie tych produkcji, które były kamieniami milowymi w historii kina – skupia się na innowacjach, jakie rozbudowywały z czasem język filmowy, posuwając naprzód rozwój całej kinematografii. We wstępie przyznaje, że kinematografia to potężna kasa, ale tym, co umożliwiało jej rozwój (i dalej jest warunkiem sine qua non) jest pasja, która przejawiała się w nowych, kreatywnych rozwiązaniach.

Warto zwrócić uwagę, że w tytule, nie znajdziemy słowa „historia”, ale „opowieść”. Jest to świadomy zabieg – Cousins nie chce prowadzić nudnego wykładu z dziejów kina, tylko pasjonującą, wzruszającą i zabawną opowieść, która ma być przede wszystkim ciekawa. Niestety, Jean-Luc Goddard pozbawił go swoimi Histoire(s) du cinéma możliwości pobawienia się słowami – w języku francuskim histoire oznacza zarówno „historię”, jak i „opowiastkę”. Skończyło się na skromnej „story” i nieco bardziej pompatycznej „odysei”. Nawiązanie do Homera broni się jednak, jeśli wziąć pod uwagę rozmach przedsięwzięcia.

Fot. Channel 4

Fot. Channel 4

Myliłby się bowiem ten, kto chciałby już w tym momencie posądzić Cousinsa o europo- czy amerykanocentryzm. Uniwersalizm sztuki filmowej dobitnie daje o sobie znać, gdy uświadomimy sobie, że ta forma artystycznego wyrazu znalazła upodobanie na całym świecie. Kreatywne jednostki, twórczo wykorzystujące dostępne środki, żyły na całym świecie. I tak przykładowo lata 20. to w Odysei… nie tylko złote lata Hollywood, ale też duński realizm, niemieckie eksperymenty z formą czy kino japońskie. Dokument zabiera nas w długą podróż nie tylko po czasie – ramy są dosyć szerokie: od Edisona po Incepcję – ale i przestrzeni. Dlatego nie powinno dziwić, że w piętnaście odcinków zjedziemy niemal cały glob, odwiedzając nawet te kraje, jakich raczej nie kojarzymy z prężnym przemysłem filmowym, jak Brazylia czy Kanada, a które też miały niemały wkład w rozbudowanie języka kina.

Oczywiście główną osią filmu są fragmenty omawianych dzieł. Cousins zachowuje jednak bardzo zdrowe proporcje, dlatego omawiając nawet takie tuzy filmowe jak Eisenstein czy Wells poświęca im tyle czasu, by starczyło na innych, mniej popularnych, acz nie mniej ważnych. Żeby zachęcić tych, który nie darzą największą sympatią klasyki kina, dodam, że Cousins nieustannie zaskakuje nas odkrywaniem raczej nieznanych laikom związkom między klasyką, a współczesną kinematografią. Dlatego też, w pierwszych odcinkach Odysei…, gdzie kreślone są przed nami początki filmu i wspaniałe lata przedwojennej kinematografii, przywołanych zostanie parę późniejszych tytułów, które nawiązują do nieraz zapomnianych już dzieł, albo jedynie ukradkiem puszczają oko do przeszłości, co – przynajmniej do tej pory – byli w stanie wychwycić jedynie absolwenci filmoznawstwa.

Fot. Channel 4

Fot. Channel 4

Cousins – scenarzysta, kamerzysta i narrator całej opowieści – ilustruje na przykładzie ujęć zrobionych samemu w trakcie robienia Odysei… kolejne techniki montażowe czy perspektywy, dzięki czemu czasem dokument przybiera formę wykładu (w najlepszym tego słowa znaczeniu). Przez cały dokument ani razu nie widzimy reżysera, jego głos dochodzi z offu, zamiast tego widzimy ujęcia miast, ulic. Na pozór przypadkowe ujęcia pozwalają nam – z delikatną pomocą narratora – zrozumieć inspiracje twórców, realia, w jakich tworzyli, i sposób, w jaki postrzegali otaczający świat. Czasem z tych przypadkowych ujęć wynikają zabawne sytuacje. We Włoszech schwytany w kadr mieszkaniec robotniczej dzielnicy chwali się, że grał w piłkę z Passolinim, co jest punktem wyjścia do omówienia dzieł reżysera. Bardzo często pojawiają się w dokumencie ujęcia z… tyłu tramwaju bądź innego poruszającego się środka transportu. Ta pozorna „zapchajdziura” ma – jak mi się wydaje – symbolizować poruszającą się nieustannie do przodu historię kina, która przecież wciąż nawiązuje do przeszłości.

Najciekawsze jest oczywiście to, co często zaniedbuje się w tego typu przedsięwzięciach, próbujących ująć jakieś zjawisko na przestrzeni dziejów – szerszy kontekst. By zrozumieć zmienne koleje kinematografii nie można uciec od historyczno-społecznych zawirowań. W końcu historia to człowiek w czasie i przestrzeni. Kolejne złote ery/nowe fale czy sposoby prezentowania w filmach świata można zrozumieć jedynie poprzez pryzmat kontekstu, w jakim powstawały. Cousins to doskonale rozumie, dlatego nie zamyka się w hermetycznym świecie przemysłu filmowego. Do złotej ery kina w Hong-Kongu w latach 50. przyczyniła się przecież ekspansja gospodarcza, zaś doświadczenie komunizmu wywarło ogromne piętno na wszystkich ważniejszych twórców ZSRR i Europy Środkowo-Wschodniej lat 80. Kinematografia, traktowana obecnie przede wszystkim jako narzędzie do robienia kasy, w ujęciu Cousinsa to także lustro społeczno-politycznych procesów przybierające najróżniejsze formy: remedium na społeczne problemy (włoski realizm), dyskretną krytykę autorytaryzmu (hiszpańskie komedie z lat 60.), wyrzut sumienia generacji, a czasem jedyny sposób ukazania niedostrzegalnych przez wszystkich szerszych procesów.

Fot. Channel 4

Fot. Channel 4

Bismarck mówił: miłość i nienawiść to dwie potężne siły kierujące człowiekiem. W przypadku kanclerza była to miłość do żony oraz nienawiść do przywódcy chadeków w sejmie Rzeszy (Windhorsta). Podobnie jest z Odyseją. Dla dorastającego w wojennym Belfaście chłopaka kino stało się oazą, formą ucieczki w inny, piękniejszy świat. Oprócz tego oczywistego uczucia wobec sztuki filmowej Cousins mówi jednak też o nienawiści. Przed projekcją na festiwalu w Karlovych Varach w 2013 r. stwierdził, że: „Ten dokument to wielkie „Dziękuję” dla filmu. To praca powstała z miłości. A po części z nienawiści – nienawiści do ograniczonej dyskusji o filmie. Nie wspominają o filmach z Zachodniej Afryki lub o filmach wspaniałych reżyserek. To uczucie zadziałało jak paliwo rakietowe, dając mi siły do spędzenia sześciu lat nad tym filmem”.

Odyseja… to  nie pierwszy hołd Cousinsa dla kina. W 2009 r. wraz z angielską aktorką Tildą Swinton zorganizował obwoźny (mniej elegancki, ale swojski odpowiednik zapożyczenia „mobilny”;) festiwal filmowy. Zapakowali na ciężarówkę ważący 33,5 tony sprzęt i ruszyli z kagankiem kinematograficznej oświaty do Highlands w północnej Szkocji. Cała historia stała się częścią dokumentu Teala Greyhavensa Cinema is Everywhere z 2011 r.

Tym razem do zabrania była jedna kamera, kilkaset filmów i niezliczona ilość widzów. Skondensowana i świetnie podana potężna dawka wiedzy o kinie. Prawdziwa odyseja. Nie mająca przecież tak naprawdę końca…

Fot. Channel 4

Fot. Channel 4

The Story of Film. An Oddysey
dokument
Channel 4, Wielka Brytania, 2011

P.S. Wspomniany historyk sztuki to Erwin Panofsky. Cytaty pochodzą z eseju Styl i tworzywo w filmie. Za: Panofsky E., Studia z historii sztuki, Warszawa 1971, s. 362. Wypowiedź Cousinsa wziąłem z kolei ze strony czeskiego festiwalu filmowego.

P.S. P.S. Nie wiem gdzie i jak będziecie oglądać Odyseję…. Ale jeśli jakimś przypadkiem trafi do was bez polskiego lektora lub napisów – nie bójcie się. Jak na Irlandczyka Cousins mówi naprawdę zrozumiałym angielskim. Tłumacz, którego rozmowę podsłuchałem przed projekcją 11. i 12. odcinka Odysei… na Nowych Horyzontach sam tak powiedział i naprawdę miał rację.

Słoń
Zawód uczony – politolog. Pewnie dlatego też ma słabość do thrillerów politycznych i historii opartych na tzw. faktach autentycznych. Nie boi się produkcji tak ZŁYCH, że aż DOBRYCH, eksperymentów oraz tych filmów, w których nie pada ani jedno słowo. Rozdarty między kinem a serialami. Połowa duetu odpowiedzialnego za bzdury wypisywane na dobryfilmzlyfilm.wordpress.com.

Paweł Słoń

Współautor at dobryfilmzlyfilm
Politolog z wykształcenia i powołania. Jako Współautor tworzy wraz z Karoliną Rybicką połowę duetu bloga DobryFilmZłyFilm. Publikował m.in. w „Znaku” i „Vice Polska”. Strefę komfortu opuszcza rysując komiksy, spisując wspomnienia z Malezji i bawiąc się w DJ-a.