Fot. Fox/Comedy Central

Wspomnienia z przyszłości (Futurama)

Artykuł zawiera spoilery.

Drodzy Fani i Hejterzy! Zebraliśmy się tutaj, by pożegnać ostatecznie Futuramę. Czynimy to już po raz trzeci, co, przyznaję, umniejsza nieco powagę całej sytuacji i sprawia, że trudno mi w nią uwierzyć: ciągle przyłapuję się na poszukiwaniach wieści o przywróceniu serialu i to mimo nierównej jakości najnowszych odcinków. Póki co jednak wszystko wskazuje na nieodwołalność tego ostatniego pożegnania. Spróbujmy więc wspólnie pogodzić się z tą smutną rzeczywistością – i wspomnieć to, co było w Futuramie dobre.

Pamiętam doskonale moment pierwszego kontaktu. Mniej więcej połowa lat 00., obóz narciarski i największy szał, czyli telewizory w pokojach. Oczywiście już pierwszej nocy zabraliśmy się za poszukiwania filmów z czerwonym kółeczkiem. Ostatecznie znaleźliśmy coś, co wówczas – przed YouTubem, przed torrentami – było równie trudno znaleźć, co sofciarską erotykę, a ostatecznie okazało się być może jeszcze cenniejsze: dobrą komedię.

Animacja, na którą trafiliśmy w środku nocy, opowiadała o grupie astronautów, którzy na niezamieszkanej planecie odkryli pyszne szare kulki. Przywieźli je na Ziemię, która oszalała na punkcie nowego przysmaku. Dopiero poniewczasie okazało się, że są to dzieci kosmitów, żądnych zemsty za kulinarną rzeź niewiniątek. Chcieli zjeść kobietę z jednym okiem, która zapoczątkowała praktykę jedzenia szarych kulek, zamiast niej zjedli jednak małpę i hippisa.

Lrrr i orangutan

Zgadnijcie, kto jest na obrazku. | Fot. Fox

Ta animacja to oczywiście The Problem with Popplers, jeden z klasycznych odcinków Futuramy, a zawarta w nim doza absurdu i satyry wystarczyła, bo owładnąć moją wyobraźnią (i chyba nie tylko moją, bo pamiętam, że okrzyk małego popplersa: Mamo, nie pozwól dziadkowi! towarzyszył nam jeszcze długo).

Był tylko jeden problem: nie poznałem wówczas tytułu tej genialnej produkcji, przez jakiś czas moje wspomnienie miało więc charakter ulotnej efemerydy, pływającej gdzieś przy dnie świadomości. Któregoś dnia jednak doszło do szczęśliwego zmącenia wód mego umysłu, nad głową rozbłysła żarówka: przecież jest internet, mogę łatwo ten serial znaleźć! Wtedy po raz pierwszy natknąłem się na tytuł: Futurama. Proste słowo, zapowiadające niezwykłe obrazy przyszłości. Jakiś czas później znajomy z liceum przyniósł mi kilka płyt DVD (to było jeszcze przed rozpowszechnieniem pendrive’ów) z pięcioma istniejącymi wówczas sezonami. Połknąłem je błyskawicznie.

Wchłanianie seriali na raz cechuje ciekawe zjawisko: oglądane ciągiem odcinki zlewają się w jedną całość, ciąg wrażeń, w którym fabuły – zwłaszcza, gdy nie układają się w spójną historię – tracą znaczenie, podobnie jak momenty słabsze. Pozostaje tylko poczucie zanurzenia w innym świecie, pojedyncze sceny, kwestie, no i oczywiście najlepsze epizody. To do nich wracamy potem pamięcią, one wpływają na to, jak postrzegamy serial z perspektywy czasu.

Nowy Nowy Nowy Jork

Fot. Fox

Z tego pierwszego zachłyśnięcia Futuramą pamiętam oczywiście pierwszy odcinek, Space Pilot 3000. Historia zaczyna się dawno temu, bo w roku 1999, u progu nowego tysiąclecia (na pewno zdajecie sobie sprawę, że rozpoczęło się ono tak naprawdę w roku 2001, ale przyznacie też pewnie, że zmiana wszystkich czterech cyferek oraz groźba pluskwy milenijnej o wiele mocniej działała na wyobraźnię). W ostatnich minutach starego roku młody, fajtłapowaty Philip J. Fry dostarcza pizzę do laboratorium kriogenicznego. Nikt jednak nie czeka na niego z zapłatą – to tylko żart. Zrezygnowany Fry otwiera puszkę coli i patrzy przez okno na rozentuzjazmowany tłum odliczający sekundy. Odchyla się na krześle i… łup! Wpada do otwartej kabiny i zostaje zamrożony na 1000 lat. Cywilizacje upadają i powstają za oknem (laboratorium jakimś cudem pozostaje nienaruszone), w końcu zaś, po kilkunastu sekundach, przychodzi czas na ding! i Fry budzi się w ŚWIECIE PRZYSZŁOŚCI, jak obwieszcza nieco zbyt entuzjastyczny pracownik laboratorium. Tym światem jest Nowy Nowy Jork. A nowy rok, w który trafił Fry, to rok 3000.

W nowym, wspaniałym świecie przyszłości jest wszystko, o czym moglibyśmy marzyć: latające samochody, obdarzone świadomością roboty, kosmici, podróże międzyplanetarne, nieprzeliczone cuda i wynalazki, a także… budki do samobójstw? Zaraz, zaraz: nie o taką przyszłość walczyliśmy!

A jednak taka właśnie nadeszła: postęp techniczny zmienił niewiele, wszechświat boryka się z dokładnie tymi problemami, co wcześniej. (Przypomina mi to ogromnie świat Transmetropolitan – post-cyberpunkowego, transhumanistycznego komiksu Warrena Ellisa – tak samo pełen dziwnych religii, zaawansowanej techniki i starych problemów; jedyna różnica jest taka, że w Transmetropolitan Osobliwość rzeczywiście nadeszła i ludzie wybudzeni z kriogenicznego snu nie potrafią się w niej odnaleźć.)

Dla ludzi z Idea Channel Futurama to odwrotność transhumanizmu. W dużym skrócie (ale możecie też obejrzeć wideo): transhumaniści (a przynajmniej ich część) wierzą, że postęp techniczny może doprowadzić do powstrzymania starzenia, wyeliminowania wszelkiego rodzaju niepełnosprawności, a także społecznych nierówności. W efekcie: całkowicie usunie cierpienie. Ten nurt nazywa się abolicjonizmem. W Futuramie rzeczywiście można cofnąć starzenie, medycyna pozwala na wiele, a rozwój techniki wprowadził wiele udogodnień. A mimo to ziemskiemu społeczeństwu A.D. 3000 daleko do cywilizacji Buddów. Właściwie to zaskakująco przypomina ono Ziemię nam współczesną. Odpowiedzialne jest za to zjawisko zwane hedonic treadmill – mechanizm sprawiający, że poziom szczęścia istoty ludzkiej jest na dłuższą metę stały, a fluktuacje związane z tym, co jej się przydarza: tymczasowe.

Być może do tego rozczarowującego stanu rzeczy przyczynia się jeszcze jeden czynnik, chyba trochę przez transhumanistów niedoceniany: fakt, że ludzka natura nie nadąża za postępem, a sam postęp ludzkiej natury nie zmieni. Przykładów w uniwersum Futuramy znajdziemy bez liku: prezydentem Ziemi jest chciwy i podstępny Richard Nixon, szefem ziemskiej armii – próżny i niekompetentny Zapp „Widzisz, Killboty mają wbudowany limit zabójstw. Wiedząc o tej słabości, słałem na nie kolejne fale moich ludzi, aż osiągnęły limit i się wyłączyły” Brannigan. Korporacją produkującą roboty rządzi chciwa Mama o zapędach do władzy nad światem, a najlepszy program w telewizji to show Hipnożaby, najlepsza reprezentacja potęgi telewizji. Po nauczce dotyczącej spożywania inteligentnych istot w The Problem with Popplers ludzie natychmiast radośnie zabierają się za spożywanie istot nieinteligentnych (np. delfina, który przepuścił oszczędności na loterii), powracająca w A Big Piece of Garbage wielka kula śmieci wystrzelona niegdyś w kosmos zostaje odbita za pomocą kolejnej wielkiej kuli śmieci wystrzelonej w kosmos. Ludzkie przywary mają się świetnie w przyszłości, za to zdolność do wyciągania wniosków wydaje się być w najlepszym razie mocno ograniczona.

Wielka kula śmieci

Fot. Fox

Czy wobec tego przyszłość maluje się w czarnych barwach? Cóż, tak i nie. To trochę jak z wiadomościami: naoglądamy się w telewizji i wydaje nam się, że świat jest do bani. Później zaś wychodzimy z domu i okazuje się, że… nie do końca. W Futuramie całościowe spojrzenie na społeczeństwo też nie wypada zupełnie korzystnie, ale nie jest to spojrzenie dominujące. Twórców o wiele bardziej interesuje niewielka grupka bohaterów, którzy nieraz zmieniają losy świata. Społeczeństwu oraz władzom może i sporo brakuje, ale dopóki będą istnieć porządni ludzie (oraz roboty, kosmici i mutanci) gotowi do działania, wszystko powinno być w porządku. Najjaskrawszym przykładem jest Fry, niezbyt rozgarnięty, ale z sercem na właściwym miejscu, nieopiewany bohater, które kilkukrotnie już uratował wszechświat (The Day the Earth Stood StupidThe Why of Fry). Często pomagają mu w tym inne, działające w sekrecie siły, głównie Nibblonianie – odpowiedzialni m.in. za samą obecność Fry’a w XXXI wieku – i, podobnie, jak on, także niepozorni. Ale w świecie Futuramy niepozorne istoty i drobne decyzje wywierają na wszechświat ogromny wpływ. (Jak powiedział Bóg w GodfellasWhen you do something right, people won’t be sure you’ve done anything at all.)

Sam Fry to zresztą serce serialu, Everyman w wersji amerykańsko-popkulturowej: wychowany w typowej rodzinie klasy średniej (matka, ojciec, dwójka dzieci), pozbawiony szczególnych perspektyw, pracujący dorywczo w pizzerii. Poczciwy nieudacznik, z którym łatwo się identyfikować (zwłaszcza większości dwudziestokilkulatków, do których sam się zaliczam). Zamrożenie i odmrożenie w roku 3000 to z jednej strony źródło smutku: oderwany od rodziny chłopak już nigdy nie wróci do swojego dawnego świata i wiele spośród najbardziej chwytających za serce odcinków gra na uczuciu dojmującej straty (z Jurassic Bark czy The Luck of the Fryrish na czele, a i w nowych seriach nie zapomniano o wyciskaniu łez, czego dowodem Game of Tones). Z drugiej natomiast: najlepsze, co mogło go spotkać. Przeniesienie w przyszłość jest jak przeniesienie do magicznego świata (który z kolei nie jest niczym innym jak symbolem radykalnej życiowej zmiany), gdzie potencjał bohatera może się w pełni rozwinąć. Futurama trochę sobie z tej archetypicznej historii żartuje, bo Fry w przyszłości może zostać tylko dostawcą, tak samo jak w XX wieku i na pozór jego perspektywy się nie zmieniają. A mimo to jest coś pocieszającego w jego sytuacji; praca nie jest jedynym czynnikiem determinującym położenie człowieka, równie ważna, a nawet ważniejsza, jest grupa ludzi (oraz robotów, kosmitów i mutantów), z którymi spędza się czas.

Załoga Planet Express

Fot. Fox

No i przygoda, bo Futurama, choć nieco sceptyczna wobec transhumanistycznych rewelacji, jest pełna zachwytu nad światem, w pełni przystającego – choć może się nam wydawać staromodny – do science fiction. Tu nie ma miejsca na ponuractwo w stylu Petera Wattsa. Podróże w czasie, alternatywne wszechświaty, zamiany umysłami, wynalazki Szalonego Naukowca profesora Farnswortha – to jeszcze jeden przepis na sukces, a ja wszystkie tego rodzaju odcinki łykam jak tic-taki, bo w science fiction najbardziej fascynują mnie rzeczy niemożliwe, z podróżami w czasie na czele. Stąd moje uwielbienie dla odcinków w stylu Roswell that Ends Well (gdzie Fry zostaje własnym dziadkiem), wybitnego The Late Philip J. Fry czy choćby The Prisoner of Benda (w którym stworzone zostało nowe twierdzenie matematyczne). Duch przygody jest w serialu obecny od początku do końca: w Meanwhile Fry i Leela, przeżywszy całe życie w zamrożonej chwili, decydują się wejść ponownie w strumień czasu. Bo przygoda nigdy się nie kończy.

Fot. xkcd

Fot. xkcd

Tak samo mógłby nie kończyć się ten tekst, bo przecież tak wiele zostało jeszcze do opisania: w ciągu tych siedmiu czy też dziesięciu (ich liczenie w przypadku Futuramy jest dość skomplikowane) sezonów powstał naprawdę wielki, fascynujący świat – i wiele wspaniałych momentów, do których warto będzie wracać, czekając na okrzyk Good news, everyone! i wieści o produkcji nowych odcinków.

A co Wy zapamiętacie z przyszłości?

Futurama. Fot. FOX

Fot. Fox

Futurama
sitcom/science fiction
Fox/Comedy Central, USA, 1999–2003; 2008–2013?

Artur Nowrot: czło­wiek-i­ma­gi­na­cja! U­ro­dził się na Gór­nym Śląs­ku, miesz­ka w Kra­ko­wie – cho­ciaż lu­bi czys­te po­wie­trze. Chło­nie książ­ki, ko­mik­sy i se­ria­le, a wra­że­nia­mi dzie­li się tu­taj i na Wysznupanych. Re­da­gu­je i tłu­ma­czy. Jed­no ży­cie mu nie wys­tar­cza, więc naj­chęt­niej wy­myś­la his­to­rie (do ich spi­sy­wa­nia już się mu­si zmu­szać).

Artur Nowrot

Czło­wiek-i­ma­gi­na­cja! U­ro­dził się na Gór­nym Śląs­ku, miesz­ka w Kra­ko­wie – cho­ciaż lu­bi czys­te po­wie­trze. Chło­nie książ­ki, ko­mik­sy i se­ria­le, a wra­że­nia­mi dzie­li się tu­taj i na blogu Wysznupane. Re­da­gu­je i tłu­ma­czy. Jed­no ży­cie mu nie wys­tar­cza, więc naj­chęt­niej wy­myś­la his­to­rie (do ich spi­sy­wa­nia już się mu­si zmu­szać).