Fot. BBC

The show must go on! O nieśmiertelności część druga

Artykuł nie zawiera spoilerów.

Jak wykazałem w niniejszego artykułu części pierwszej, z życiem wiecznym w fikcji jest problem. Jako śmiertelnicy nie umiemy wyobrazić sobie istnienia dłuższego niż te 120 lat, których większość z nas i tak nie dożywa – więc wszystkie nieśmiertelne postacie, które stwarzamy, w końcu zaczynają odczuwać znużenie zbyt długo trwającą egzystencją. Popadają w melancholię, odpływają do Valinoru, uporczywie szukają śmierci… Niedostatki naszej wyobraźni skazują ich na taki los, a oni znoszą go mężnie.

Na szczęście ludzie posiadają szczególny talent do rozgryzania orzechów ciężkich do zgryzienia i przecinania węzłów gordyjskich. Ten i ów autor, westchnąwszy z cicha nad krótkością naszego żywota i zadumawszy się smętnie nad trudnościami, jakich nastręcza śmiertelnym opis nieśmiertelności, wziął sobie za punkt honoru obejście tego kłopotliwego problemu. Jak wydostać bohaterów z pułapki zmęczenia życiem wiecznym? No cóż, pogłówkujmy i my. Cytując doktora Gregory’ego House’a: „Dobrze, akceptuję fakt, że nic nie mogę zrobić. No to teraz: co mogę zrobić?”.

To nie jest kraj dla nieśmiertelnych ludzi

Fot. 20th Century Fox

Fot. 20th Century Fox

Żeby rozwiązać problem, najpierw trzeba dobrze go zrozumieć. Zacznijmy zatem od początku. Zauważyliście kiedyś, że ilekroć spotka się dwójka nieśmiertelnych, najczęściej próbują się nawzajem zaciukać? Dobrze to widać na przykładzie wampirów wszelkiej maści, ale najpełniejszym wyrazem owej tendencji jest chyba cykl filmów Highlander (i oparty na nim serial), czyli po polsku właśnie Nieśmiertelny. Tam rywalizacja pomiędzy osobnikami obdarzonymi niezwykle długą datą przydatności do spożycia stała się główną osią fabuły, a celem trwającego stulecia żywota każdego z bohaterów – zgładzenie pozostałych.

Czemu tak się dzieje? No cóż, odsuwając na bok wyjaśnienia fabularne, można się domyślać, że znów odzywa się tu nasza ludzka, śmiertelna natura. Wiedząc, ile zła potrafimy uczynić w ciągu trwającego niespełna wiek życia, lękamy się, że ktoś, kto ma do dyspozycji niezmierzone oceany czasu, stoczy się w końcu w najgłębsze otchłanie piekieł. (Są przecież przeciwni naturze – blisko im do potworów). Już jeden taki osobnik przeraża – a co, jeśli będzie ich więcej? Może lepiej w takim razie, żeby przywrócili światu równowagę, wyrzynając się nawzajem…

Bo przyznać trzeba, że długowieczni bohaterowie są dla nas często dziwni, obcy i groźni: nie chcemy, by egzystowało ich zbyt wielu. Nawet gdy na kartach książki lub na taśmie filmowej pozwalamy im istnieć w większej liczbie, usuwamy ich poza nawias ludzkiego społeczeństwa. Każemy, jak wampirom u Anne Rice, tworzyć własne, ukryte, odrębne zbiorowości lub przynajmniej – jak ostatnio w True Blood – pilnujemy, by siedzieli grzecznie w obozach koncentracyjnych i nie przeszkadzali „normalnym”. To w końcu najstarsza i najczęstsza ludzka taktyka radzenia sobie z niepożądanymi: przesiedlić, ogrodzić i pozbawić praw.

Fot. STARZ

Fot. STARZ

Być może nieśmiertelnych jest tak niewielu również dlatego, że najzwyczajniej w świecie brakuje nam wyobraźni, by przedstawić sobie wiarygodnie społeczeństwo żyjących wiecznie. W nierównym, ale bardzo ciekawym sezonie czwartym Torchwood, zatytułowanym Miracle Day, pewnego dnia ludzie po prostu przestają umierać – i nagle okazuje się, jak głęboko w sposób działania państw i społeczeństw wpisany jest pewnik, że wszyscy padniemy kiedyś trupem. Przepełnione szpitale, wyczerpane zapasy żywności i środków higienicznych, szerzące się epidemie, upadek instytucji takich jak domy pogrzebowe, załamanie gospodarki, niepokoje społeczne, rozruchy na tle religijnym. Skazani na śmierć mordercy, którzy przeżyli egzekucję, wychodzą na wolność – bo prawo nie wie, co z nimi począć. Wierzący w życie pośmiertne, teraz nagle niedostępne, łączą się w sektę zwaną Pozbawionymi Dusz, i wychodzą w maskach na ulice, by lamentować. Porządek zamienia się w chaos. A państwo? No cóż, państwo radzi sobie, jak może – i buduje wielkie obozy dla tych, którzy wskutek choroby lub wypadku są w stanie krytycznym, a jednak nie mogą przejść na drugą stronę. W końcu COŚ trzeba zrobić z tym kłopotem. Brzmi znajomo?

Fot. HBO via trueblood.wikia.com

Fot. HBO via trueblood.wikia.com

Zarówno Torchwood, jak i Highlander pokazują, że wszyscy żyjemy w „cywilizacji śmierci” – bo innej po prostu nie znamy. W świecie, w którym nic nie trwa wiecznie, a większość zasobów ma charakter nieodnawialny, z konieczności budujemy życie w relacji do śmierci. Tworzymy prawa dziedziczenia majątku i obrzędy pochówku. Rozdysponowujemy żywność, leki i wszelką pomoc w taki sposób, by jak największą ilość ludzi jak najbardziej oddalić od grobu. Przechodzimy żałobę po utraconych bliskich. Walczymy z rakiem, próbujemy położyć kres wojnom, wyciągamy dzieci z płonących budynków. To jest normalne, to jest ludzkie: mieć stale z tyłu głowy myśl, że ten dzień może być moim ostatnim, i działać przeciw tej myśli. Cóż ma począć biedny pisarz czy scenarzysta z nieśmiertelnym, skoro taki bohater natychmiast, siłą rzeczy, wypada poza ramy człowieczeństwa? Jak zainteresować odbiorcę tak nieludzką postacią?

Ano, autor zwykle się zastrzega: tak, on nie umiera, ale można go zabić. Słońcem, srebrną kulą, ścięciem głowy, kołkiem w serce, świętym mieczem, całkowitą dezintegracją ciała – ale można. Są siły w świecie, które dążą do tego, by sprzecznego z naturą odszczepieńca przywrócić na właściwe mu miejsce w mogile. A zatem nieśmiertelny, podobnie jak my, lęka się utraty życia – i dzięki temu możemy z nim sympatyzować.

Kłopoty z długowiecznością

Fot. Warner Bros.

Fot. Warner Bros.

No dobrze, zatem wiemy już, jakie problemy wynikają z posiadania w fabule nadnaturalnie żywotnych bohaterów w ilościach hurtowych. A co z pojedynczym nieśmiertelnym? Jakie kłody my, ludzcy twórcy, rzucamy mu pod nogi? Myślę, że wymienić można trzy główne kwestie, które czynią tak upragnione długie życie prawdziwym wyzwaniem. To właśnie kombinacja wszystkich tych czynników zaszczepia najczęściej w nieśmiertelnym bakcyla znużenia wiecznością.

Problem pierwszy to ograniczona pojemność ludzkiego mózgu. Myślę, że każdy, kto zdawał w życiu egzamin albo przeżył urwanie głowy w pracy, zna to okropne uczucie, kiedy czaszka puchnie od nadmiaru informacji. A kto nie przeżył – niech pogra kilka godzin w Tetrisa, będą mu się śniły spadające klocki. Rozgorączkowany mózg nie może pomieścić w sobie danych, ale nie może też przestać nimi obracać, i człowiek leży z ciężką jak kamień głową na poduszce, a przed oczami przesuwają mu się litery, cyfry i wykresy. Biedny Albus Dumbledore doznawał przeładowania pamięci na tyle często, że musiał w końcu zainwestować w przyrząd zwany myślodsiewnią, do którego mógł zrzucić nadmiar treści mózgowej – choć przecież liczył sobie zaledwie sto pięćdziesiąt lat! A co ma począć tysiącletni wampir?

nbc

Jeśli wyobrazić sobie mózg jako twardy dysk (a jako ludzie Turinga mamy do tego skłonność), łatwo zrozumieć, dlaczego żyjący zbyt długo bohaterowie często zapominają nawet istotne dla nich fakty czy nazwiska. Żeby zmieścić nową informację, należy najpierw zrobić dla niej miejsce, to znaczy pozbyć się starej. Stąd bierze się tak powszechne wśród nieśmiertelnych zjawisko zwane mgłą wieków, która spowija ich pamięć i zaciera to, co dawne. Niektórzy pechowcy gubią gdzieś nawet własne imię. Co gorsza, jest to kłopot, który z wiekiem będzie się tylko pogarszał – bo przecież nie można żyć, nie przyswajając nowych danych. A nieśmiertelni mają przed sobą tego przyswajania całą wieczność. Czy można im się dziwić, że czasem od tego wariują?

Fot. BBC via doctorwhogifs.tumblr.com

Fot. BBC via doctorwhogifs.tumblr.com

Ze słabnącą pamięcią wiąże się ściśle problem drugi – a mianowicie kwestia tożsamości. Nie pora to i nie miejsce na streszczenie całych bibliotek literatury fachowej poświęconej temu, czym tożsamość właściwie jest. Dość powiedzieć, że jeśli wierzyć myślicielom takim jak John Locke (nie, nie ten John Locke), uważamy się za jedną, konkretną osobę, jeśli czujemy, że istniejemy w sposób ciągły. Kiedyś byłem dzieckiem, potem nastolatkiem, teraz dorosłym – ale to wciąż ja, ten sam, choć zmieniony. No dobrze, ale co sprawia, że jestem w stanie uwierzyć, że tamten obsmarkany berbeć ze zdjęcia to ta? Odpowiedź brzmi: pamięć przeszłości. Pamiętam bycie tym uczniakiem. I tu docieramy do sedna problemu, z którym muszą zmierzyć się nieśmiertelni: skoro im dalej w głąb wiecznego życia, tym mniej pamiętam z przeszłości, to kim ja właściwie jestem?

Sprawy wcale nie ułatwia fakt, że osobnik, który żyje dłużej, niż to wśród ludzi wypada, musi co i rusz wymyślać na użytek innych całkiem nową tożsamość, by zamaskować jakoś brak oznak starzenia. Zwykle postacie takie zmuszone są przeprowadzać się, ilekroć sąsiedzi i bliscy zaczynają zadawać kłopotliwe pytania. Obmyślać co kilka-kilkanaście lat nowe kłamstwo na swój temat i powtarzać je wszystkim naokoło – jak tu się nie pogubić? Jack Harkness z Torchwood, noszący się wciąż jak amerykański oficer z okresu drugiej wojny światowej, pewnie po to, by zachować choć resztkę poczucia wewnętrznej spójności (i wyglądać ponętnie), wskutek nieśmiertelności i podróży w czasie przeżył dwudziesty wiek przynajmniej trzykrotnie – nic dziwnego, że niewiele w nim zostało z dandysowatego oszusta z pięćdziesiątego drugiego stulecia, a jeszcze mniej z beztroskiego chłopca, którym był na rodzinnej planecie.

Fot. BBC

Fot. BBC

628x471

Problem to o tyle ciężki, że kryzys tożsamości jest dla człowieka rzeczą bardzo groźną. Zagubienie w temacie „kim jestem?” powoduje często silny niepokój, stres, panikę, wywołuje wahania nastrojów od najczarniejszej depresji aż po wybuchy szaleńczego entuzjazmu i niepowstrzymany gniew. Utrata lub rozpad dawnej osobowości może przypominać śmierć. Dość spojrzeć na 900-letniego Doktora, który po każdym „zmartwychwstaniu” zwanym regeneracją staje się wyjątkowo niestabilny psychicznie: traci pamięć, przechodzi okresy nadpobudliwości, zapada w śpiączkę, myli imiona towarzyszek, a pewnego pamiętnego razu próbował nawet jedną z nich udusić. Nieraz też skarży się, że fakty z minionych „żyć” zacierają się w jego pamięci, a wieść gminna niesie, że w kwestii własnego wieku dawno już stracił rachubę i tylko dla wygody twierdzi, że liczy sobie okrągłe dziewięćset lat. Znów, jak w przypadku znużenia wiecznością, powraca kwestia ograniczeń ludzkiej wyobraźni. Jedyne życie, jakie znamy, to życie śmiertelne, z wyraźnym początkiem i końcem, zakładamy więc, że każdy, kto planuje hasać po tym łez padole w nieskończoność, doczeka się wreszcie kryzysu: zapomni, kim był, i nie będzie już miał pojęcia, co począć dalej. Sensowna, spójna opowieść o samym sobie rozpadnie mu się na kawałki, wspomnienia rozsypią jak puzzle, a potem i tak zginą w mroku niepamięci. Przyznajcie – los nie do pozazdroszczenia.

Fot. BBC

Fot. BBC

A przecież przed nami jeszcze problem trzeci i największy: samotność. Bo przecież ludzie nie są z cukru, nie zmieni ich w mokrą kupkę nieszczęścia byle ulewa – nawet w naszym krótkim ziemskim życiu mierzymy się z nielichymi wyzwaniami i potrafimy wyjść zwycięsko z najtrudniejszych nawet sytuacji, jeśli tylko odnajdziemy w innych wsparcie. A tego właśnie w pierwszej kolejności zabraknie nieśmiertelnemu. Widzieliśmy to w filmach i serialach tysiące razy – spojrzenie pełne bólu, gdy bohater uświadamia sobie, że niezależnie od tego, jak bardzo kocha, przyjdzie mu obiekt miłości w końcu pogrzebać. Największym przekleństwem żyjących wiecznie jest to, że w tej podróży inni mogą im towarzyszyć ledwie przez mgnienie. A przecież w głębi serca nieśmiertelni są ludźmi: nie potrafią nie kochać, nie przywiązywać się. Nic dziwnego, że tak wielu popada w obłęd lub schodzi na złą drogę: nadmiar cierpienia potrafi złamać najszlachetniejsze dusze.

Co z tym fantem zrobić?

Fot. BBC

Fot. BBC

Podsumowując, stwierdzić można, że nieśmiertelni cierpią, bo kiedyś byli śmiertelni – ich ciała i umysły, świetnie przystosowane do funkcjonowania przez kilkadziesiąt lat, zupełnie się nie sprawdzają przy życiu wiecznym. Aby uniknąć przeładowania pamięci, kryzysu tożsamości, cierpień po utracie bliskich i znużenia długą egzystencją, musieliby pozbyć się ciał oraz ludzkich uczuć, a wtedy staliby się bogami.

Czy to znaczy, że nie ma ratunku? Ależ skądże. Ocalenie, paradoksalnie, kryje się w śmierci.

Polski psycholog, Kazimierz Dąbrowski, sformułował teorię czegoś, co nazwał dezintegracją pozytywną psychiki. Co to znaczy? Jego zdaniem wszelkiej maści kryzysy osobowości, choć groźne i przykre, tak naprawdę są niezbędne do życia – bo tylko dzięki nim jednostka może się rozwijać. Ten, kto w siebie zwątpił, kto zagubił się życiowo i nie wie już, kim jest, musi poszukać odpowiedzi na to pytanie, a to daje mu szansę nauczenia się ważnych rzeczy o sobie i świecie. Innymi słowy: trzeba się rozpaść, by móc potem scalić się na nowo jako człowiek już lepszy, mądrzejszy, bardziej doświadczony. Śmierć to konieczny warunek zmartwychwstania.

Fot. ABC

Fot. ABC

Bo co jest przeciwieństwem śmierci? Nowe życie. Czasem pod postacią dziecka, ale przecież niekoniecznie. Wszyscy od czasu do czasu marzymy, żeby zacząć od nowa. Spalić za sobą mosty, wyjechać, spróbować jeszcze raz, pozostawiając za sobą dawne lęki oraz problemy. To właśnie obiecuje nam większość religii, gdy już rozsypiemy się w proch: nowy początek, egzystencję lepszą, szczęśliwszą od ziemskiej. Jako istoty śmiertelne bowiem tylko tak umiemy wyobrazić sobie nieśmiertelność – jako ciąg „nowych żyć”, z których każde wiąże się z utratą poprzedniego, ale w zamian daje szersze perspektywy i ekscytujące możliwości.

I chyba tylko tak – umierając wciąż i rodząc się na nowo – żyjący wiecznie może zachować wolę istnienia. Bo jedyny znany mi serialowy nieśmiertelny, który mimo sędziwego wieku wciąż staje bez wahania po jasnej stronie mocy, a do tego nie traci ochoty do dalszych przygód, to Doktor z Doctora Who, który zgonów oraz wskrzeszeń przeżył już dziesięć. Tym właśnie jest przecież regeneracja: zmartwychwstaniem duszy i ciała, po którym część wspomnień się zatraca, osobowość ulega przebudowaniu, a ból po stracie bliskich przemija w rozbłysku złotego światła.

Fot. BBC

Fot. BBC

Bo przecież opowiadając o żyjących wiecznie, tak naprawdę opowiadamy o śmierci. Próbujemy uciec od lęku przed nią, zagłuszyć tę myśl radosną fantazją – a potem, ostatecznie, dokonać jedynej rzeczy, która może nas ocalić: zaakceptować koniec. Śledzimy przygody nieśmiertelnych bohaterów, by oglądać, jak wciąż i wciąż umierają, a potem odradzają się na nowo niczym feniksy z popiołów. By utwierdzić się w przekonaniu, że skoro oni mogli, to my też zmartwychwstaniemy.

„A jako ostatni wróg zniszczona będzie śmierć”, wyrył jakiś mądry człowiek na grobie Jamesa i Lily Potterów.

Przemek Zańko: czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.

Przemek Zańko

Czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.