Fot. FX

Jankeskie strachy (American Horror Story, S01–02)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

Jaki obraz wyłania nam się w świadomości na dźwięk słowa „horror”? Maniak biegający po ekranie z maczetą i mordujący wszystkich za wyjątkiem głównego bohatera? Blade azjatyckie dzieci czające się w telewizorach albo na strychach? Klown ukrywający się pod łóżkiem? A może ciemne pomieszczenie ze skrzypiącą podłogą i niedomkniętymi drzwiami? Jakiekolwiek byłoby to skojarzenie, jedno nie ulega wątpliwości – dobry horror umiejętnie wykorzystuje nasze lęki oraz fobie i sprawia, że na moment przedmioty codziennego użytku przestają być takie zwyczajne, a także zapominamy, że w rzeczywistości w naszych szafach nie ma już za bardzo miejsca na nowe ubrania, a co dopiero na potwora. Nasza strefa komfortu zatem gwałtownie się kurczy, ale przecież z naszej własnej, nieprzymuszonej woli, bo lubimy się bać, o czym świadczy niesłabnąca popularność domów strachów i samych horrorów.

Fot. FX

Fot. FX

Te natomiast to dość wymagający gatunek. Makabrę od śmieszności dzieli często niewiele, a przy tym widza łatwo zniechęcić czy wręcz znudzić wymuszonymi chwytami. Dobry film grozy to podobno taki, w którym do pewnego czasu nic spektakularnego się nie dzieje, ale klimat jest tak gęsty, że w momencie pojawienia się na ekranie jeża pewna część garderoby wymaga wymiany. A potem, jak u Hitchcocka, robi się tylko gorzej. Takie zresztą dzieła preferuję i chociaż od kilku lat trudno mnie przestraszyć za pomocą filmu czy serialu, to zdecydowanie wolę te produkcje, w których serce bije mi szybciej z powodu tego, co niedopowiedziane, od tych, w których po ekranie latają jelita. Do tego wszystkiego uwagę i napięcie widza należy utrzymać na względnie podobnym poziomie przez cały film, a do prostych zadań to nie należy. Dlatego też początkowo byłem nieco sceptycznie nastawiony do American Horror Story. Serial w klimacie typowego horroru? O nawiedzonym domu? Jak przez cały sezon można wykorzystywać tak wyświechtany motyw? A jednak można – i to z powodzeniem. Zacznijmy jednak od początku.

American Horror Story to serial stworzony przez Ryana Murphy’ego oraz Brada Falchuka, czyli autorów Glee (nie wyobrażam sobie dwóch bardziej odmiennych od siebie tytułów), i w zamyśle ma być telewizyjną antologią amerykańskiej grozy. Każdy sezon opowiada o czym innym, ma różnych bohaterów (choć część tych samych aktorów) i operuje odmiennymi środkami, by przestraszyć widzów. Wszystkie natomiast są silnie zakorzenione w amerykańskiej tradycji oraz historii i wykorzystują znane od lat motywy z horrorów, podań czy nawet miejskich legend. Twórcy jednakże podają to w tak świeży i niespodziewany sposób, że nie sposób nie pokiwać głową z uznaniem.

Fot. FX

Fot. FX

Pierwszy sezon American Horror Story, o podtytule Murder House, opowiada losy rodziny Harmonów, która przeprowadza się do dopiero zakupionego, starego domu w Los Angeles. Początkowy zachwyt i radość z rozpoczęcia nowego życia zaczynają powoli przeradzać się w zdezorientowanie i niepokój, kiedy okazuje się, że osiągnięcie rodzinnej sielanki nie jest wcale takie proste. Sąsiadka, Constance, staje się niezbyt mile widzianym gościem u Harmonów, a przy tym wydaje się, że wie więcej niż mówi, przemiła pokojówka ma niejako dwa oblicza, na strychu znajduje się lateksowy kostium rodem z sadomasochistycznych zabaw, a sam dom okazuje się cieszyć dość ponurą sławą nawiedzonego budynku, którego właściciele ginęli w dziwnych, często nieprzyjemnych okolicznościach, a przy tym przyciąga całą rzeszę oryginałów i psychopatów (a to jedynie przedsmak tego, co się działo w ciągu dwunastu odcinków).

Fot. FX

Fot. FX

Drugi sezon natomiast, Asylum, dotyczy szpitala psychiatrycznego prowadzonego przez siostry zakonne. Główna bohaterka to dziennikarka Lana Winters, która podczas próby zdemaskowania złej opieki ze strony sióstr sama staje się pacjentką (a jednocześnie więźniem). Poznajemy również między innymi psychologa, który sam potrzebuje terapii, lekarza wyglądającego łudząco podobnie do nazistowskiego medyka z Auschwitz,  pacjentów, z których część to psychopaci, a część znajduje się tam niesłusznie, a także seryjnego mordercę o chwytliwym przydomku „Bloody Face”. W tle natomiast przewija się również wątek porwania przez Obcych.

Jak więc widać, spory miszmasz i generalnie nic, z czym byśmy się nie zetknęli wcześniej w horrorach, a jednak seans jednego odcinka daje się porządnie we znaki i wpływa na nasze nerwy. Po pierwsze od samego początku w serialu wyczuwa się niesamowity klimat, od którego kipi już czołówka. Pierwszy sezon być może nie był jeszcze aż tak „duszny” pod tym względem, ale i tak trup ścielił się dość gęsto, twórcy nas co jakiś czas mocno zaskakiwali i sprawiali, że należało pewne rzeczy zacząć interpretować inaczej, a przez ekran przewijały się postacie dalekie od zwyczajowych obrazków w amerykańskiej telewizji – ani młodzi, ani tym bardziej piękni.

Fot. FX

Fot. FX

Drugi sezon z kolei to już jazda bez trzymanki. Utrzymany w klaustrofobicznym, nyktofobicznym tonie, gdzie w zasadzie każdy jeden element może posłużyć za straszak, a losu żadnej z postaci nie da się uznać za bezpieczny, bowiem wszystko, jak u Martina, może się w mgnieniu oka obrócić o 180 stopni. Miejsce akcji jest wybitnie wręcz niegościnne – ciemno, ciasno, nieprzyjemnie, a wśród wyposażenia bohaterów między innymi pejcze, skórzane pasy, skalpele i cała masa ostrych narzędzi. Do tego mnóstwo zdeformowanych, brzydkich, budzących autentyczny lęk postaci ludzkich (czy raczej humanoidalnych) i wiele naturalistycznych scen. I chociaż American Horror Story generalnie nie powoduje, że podskakujemy na fotelach, ponieważ nagle znikąd na ekran wskakuje morderca, to osobom wrażliwym sugeruję seans z kimś obok, bo ukrzyżowany bohater, maska z ludzkiej skóry czy aborcja wykonywana kawałkiem drutu wyglądają naprawdę realistycznie i momentami przerażająco.

Fot. FX

Fot. FX

Nie tylko tu jednak należy upatrywać źródeł sukcesu serialu. Bardzo mocną jego stroną jest sposób prowadzenia akcji. Scenarzyści niezwykle umiejętnie stosują retrospekcje bohaterów, a także skakanie po różnych dekadach podczas prezentowania fabuły. Murder House toczył się głównie w czasach współczesnych, ale z historią tytułowego morderczego domu i jego właścicieli cofaliśmy się aż do lat dwudziestych XX wieku. W Asylum natomiast akcja dzieje się przede wszystkim w latach sześćdziesiątych XX wieku, ale i w nim poruszamy się w przeszłość wraz ze wspomnieniami bohaterów, jak też i w przyszłość do czasów współczesnych. I, co ważne, wszystko się ze sobą ładnie łączy i wszelkie powiązania między bohaterami czy wydarzeniami zostają nierzadko przypomniane w najmniej oczekiwanym momencie.

Warto również zauważyć, że przy wykorzystaniu tak oklepanych wątków jak nawiedzony dom czy seryjny morderca nie da się uniknąć podobieństw, nawet mimowolnych, do klasyków horroru (ale nie tylko). Stąd też, jeśli komuś podczas seansu przyjdzie na myśl Lśnienie, Egzorcysta, Teksańska masakra piłą mechaniczną, Dziecko Rosemary czy chociażby Mechaniczna pomarańcza lub Lot nad kukułczym gniazdem, zapewne skojarzenie będzie słuszne. Inspiracje konkretnymi tytułami jednakże ani trochę nie przytłaczają, to raczej subtelne puszczenie oka do widzów, pokazujące, że twórca dzieła i jego odbiorca porozumiewają się tym samym kodem kulturowym, znają te same dzieła. W przypadku motywów pojawiających się w dziesiątkach tytułów trudno już jednak o takie subtelności, bowiem jak opowiadać o duchach bez wykorzystywania metod i schematów, które znamy od trzydziestu, czterdziestu lat?

Fot. FX

Fot. FX

Myliłby się jednak ten, kto pomyśli, że American Horror Story to serial nastawiony jedynie na wzbudzanie niepokoju i straszenie mniej lub bardziej wysublimowanymi metodami. Przypominam, że to panowie od moralizatorskiego Glee, więc i tu nie zabrakło rozważań dotyczących współczesnych problemów zarówno jednostki, jak i społeczeństwa, i relacji pomiędzy nimi, takich chociażby jak: poczucie wyobcowania w tłumie, depresje nastolatków, masakry w szkołach przy użyciu broni palnej, homoseksualizm i jego postrzeganie, związki, nazwijmy je, mezaliansowe czy rola rodziców w życiu dzieci. W American Horror Story jednakże kwestie te zostały, dla mnie osobiście, podane w sposób bardziej strawny w porównaniu do Glee. W Asylum zresztą Murphy i Falchuk zastosowali ciekawy wybieg, bowiem umiejscowili większość akcji w latach sześćdziesiątych, kiedy gejów i lesbijki leczono wstrząsami elektrycznymi, a na związek między osobą biało- i czarnoskórą nadal patrzono z odrazą. I tak wyraźny kontrast między tym, co niegdyś, a tym, co teraz, siłą rzeczy zachęca do refleksji lub wręcz rozpoczęcia dyskusji na ten temat.

Fot. FX

Fot. FX

Na koniec wreszcie o jeszcze jednym, niezwykle wartościowym aspekcie serialu i jednym z jego najmocniejszych punktów – aktorstwie. Wśród obsady obydwu sezonów między innymi fantastyczna Jessica Lange, Evan Peters, Sarah Paulson, niepokojący Zachary Quinto czy Frances Conroy. W Murder House partnerowały im natomiast chociażby Connie Britton oraz Taissa Farmiga, zaś w Asylum mamy jeszcze na przykład fenomenalnego Jamesa Cromwella, Josepha Fiennesa czy Iana McShane’a, który absolutnie skradł każdą scenę, w jakiej się pojawił. American Horror Story to dla wielu z nich duże wyzwanie, ponieważ nie dość, że z sezonu na sezon grają całkowicie różne charaktery (Dylan McDermott na przykład z szanowanego psychologa w Murder House przeistoczył się w psychopatycznego mordercę w Asylum), ale i w trakcie roku bohaterowie przechodzą olbrzymie metamorfozy (na przykład bojaźliwa i wstydliwa siostra zakonna stająca się wyuzdaną femme fatale po opętaniu przez diabła). I jak dobrze im to wychodzi!

Fot. FX

Fot. FX

Oczywiste, że nie każdemu z obsady pisana wybitność, ale zasadniczo poniżej pewnego poziomu nikt nie schodzi. Wszyscy są niezwykle sugestywni w swoich rolach (chociaż do Connie Britton jakoś nie mogłem się w pełni przekonać) i mam wrażenie, że z każdym nowym odcinkiem i miesiącem czują się na planie coraz swobodniej, a do tego nie czeka ich zmęczenie postacią, bowiem co roku grają nową. Wydaje mi się przy tym, że American Horror Story ma obecnie w telewizji najsolidniejszą obsadę (a przecież liczną) i dlatego tak przyciąga. W dodatku w trzecim sezonie pojawi się między innymi Kathy Bates, więc może zrobić się jeszcze bardziej soczyście. Słynna scena z Misery z jej udziałem cały czas wywołuje we mnie mimowolny odruch wzdrygnięcia.

Tak jak napomknąłem, w horrorach przedkładam klimat nad nadmierne wykorzystywanie krwi. Ja nie chcę przestraszyć się odciętej głowy, tylko świeżo po seansie poczuć się niepewnie po zmroku i z obawą oglądać się za siebie w ciemnym korytarzu, a także zobaczyć coś, co znacznie wykracza poza moją strefę komfortu – tego, co znane i rozumiane. To właśnie dostawałem w American Horror Story i to niemalże co odcinek. W dodatku w momentach, gdy wydawało się, że twórcy już naprawdę osiągnęli limit makabry i bawienia się schematami, okazywało się, że mają jeszcze parę asów w rękawie.

Czy wspominałem już, że w pierwszym sezonie był Antychryst?

American Horror Story
Horror/drama
FX, USA, 2011–

Piotr ‘Ramzes’ Mrowiec
Kiedyś marzył o byciu astronomem, dzisiaj już nie marzy, tylko jest filologiem. Humanista z wyboru, umysł ścisły w sercu. Zawsze z milionem pomysłów do napisania czegoś i zbyt rozwiniętym leniem, by faktycznie to zrobić. Na oglądaniu seriali spędza zdecydowanie zbyt dużo czasu, ale już nauczył się z tym żyć i przyznawać do tego. Ideałem dla niego byłyby podróże po świecie i opisywanie swoich doświadczeń.

Piotr "Ramzes" Mrowiec

Kiedyś marzył o byciu astronomem, dzisiaj już nie marzy, tylko jest filologiem. Humanista z wyboru, umysł ścisły w sercu. Zawsze z milionem pomysłów do napisania czegoś i zbyt rozwiniętym leniem, by faktycznie to zrobić. Na oglądaniu seriali spędza zdecydowanie zbyt dużo czasu, ale już nauczył się z tym żyć i przyznawać do tego. Ideałem dla niego byłyby podróże po świecie i opisywanie swoich doświadczeń.