Fot. NBC

Uczta dla zmysłów (Hannibal)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

To zaskakujące, ale w medium audiowizualnym, jakim jest serial, stosunkowo rzadko zdarzają się dzieła, które zaskakują czy zachwycają od strony formy. Większość twórców skupia się na treści.

Nie jest to, oczywiście, trend nowy. Odkąd w XIX wieku w literaturze narodził się realizm, a wraz z nim bardzo przekonująca iluzja „zgodnego z rzeczywistością” przedstawiania zdarzeń, konwencja ta trzyma się mocno we wszystkich dziedzinach sztuki. Łatwo to zrozumieć – „przezroczystość” stylu, jego niezauważalność, wysuwająca fabułę na plan pierwszy, ułatwia wejście w książkowy, filmowy czy growy świat, a przez to zwiększa liczbę potencjalnych odbiorców. Szczególnie łatwo nabrać widza na „realność” świata przedstawionego w mediach, które wykorzystują obraz – w końcu wszyscy jesteśmy mniej lub bardziej wzrokowcami i na ogół wierzymy własnym oczom. Konwencja realistyczna w filmach i serialach otacza nas do tego stopnia, że wielu widzów w ogóle jej już nie zauważa – i oglądając film nakręcony w tzw. stylu zerowym (wymyślonym przez Hollywood w latach 30.), twierdzą oni, że wszystko, co widzą na ekranie, jest „normalne” i zgodne z rzeczywistością. A przecież nawet najprostszy filmowy zabieg – cięcie – to element konwencji: widz, który nigdy w życiu nie oglądał ruchomych obrazków, mógłby uznać, że dwie rozdzielone cięciem sceny to dwie oddzielne opowieści, i pogubić się kompletnie.

Na szczęście są też seriale, które formę traktują z równą uwagą, co treść – na przykład Hannibal.

O Hannibalu na łamach Pulpozaura pisaliśmy już trzykrotnie – za pierwszym razem omawiając w wielogłosie przede wszystkim postać Lectera, za drugim skupiając się na skomplikowanych relacjach pomiędzy serialem a filmami i książkami, za trzecim zaś wyliczając skrupulatnie najważniejsze elementy wyróżniające tę produkcję na tle innych. Skoro więc o fabule i samym tytułowym kanibalu napisano dość, spróbuję spojrzeć na całą rzecz od strony, która mnie osobiście zainteresowała najbardziej: formy.

A raczej – jej związku z treścią. Hannibal jest bowiem w gruncie rzeczy nie proceduralem, gdzie kryminalna fabuła gra pierwsze skrzypce, ale opowieścią o powolnym, stopniowym rozpadzie psychicznym głównego bohatera, Willa Grahama, chorobliwie nadwrażliwego agenta FBI, którego niezwykła konstrukcja umysłowa umożliwia mu wczuwanie się w sposób myślenia poszukiwanych morderców. Zmuszony przez władczego szefa do opuszczenia bezpiecznego domowego zacisza i zanurzenia się w świat makabrycznych zbrodni, manipulowany subtelnie przez swojego terapeutę, Hannibala Lectera, Will z odcinka na odcinek coraz bardziej traci kontakt z rzeczywistością. Każde kolejne morderstwo, które pomaga rozwikłać, popycha go coraz głębiej w objęcia szaleństwa – a serial autorstwa Bryana Fullera (znanego z produkcji takich jak Dead Like Me czy Pushing Daisies) ambitnie stawia sobie za cel przedstawienie tego procesu na ekranie. Wizualizacja procesów wewnątrzpsychicznych nie jest rzeczą łatwą, bo ze swej natury są one niewizualne – stąd Hannibal często zmuszony jest eksperymentować. A szukanie nowych środków wyrazu to gra niebezpieczna, w której przegrać (zaufanie widowni) bardzo łatwo – i nie dziwią mnie ci, których forma tego serialu odrzuca.

Ja jednak doceniam to, co w sferze audiowizualnej Fullerowi oraz jego podopiecznym udało się osiągnąć, nawet jeżeli efekt końcowy ich pracy – Hannibal – prezentuje się nierówno. Bo nawet jeśli fabuła miejscami kuleje, a postacie w końcu zaczynają nużyć, to z wyzwania, jakim jest ukazanie upadku głównego bohatera, serial wychodzi obronną ręką.

Dramatis personae

Fot. NBC

Fot. NBC

Rozpad psychiczny Willa Grahama, oś fabularna pierwszego sezonu, to powolna wędrówka od stanu względnej stabilności do głębokiego, niebezpiecznego kryzysu tożsamości. Myślę, że aby zrozumieć, jak wieloaspektowy i trudny do pokazania jest to proces, trzeba najpierw rzucić okiem na osoby, pomiędzy którymi rozgrywa się serialowy dramat. Interesują mnie jednak nie tyle postacie, co ich fabularne funkcje – role, jakie odgrywają w wędrówce głównego bohatera do granic obłędu – ponieważ moim zdaniem zastosowano w Hannibalu bardzo ciekawy zabieg.

Każda jednostka ludzka (o ile nie jest rozbitkiem na bezludnej wyspie) funkcjonuje w systemie wsparcia społecznego, czyli w sieci osób, których zadaniem jest niesienie tej jednostce pomocy w sytuacji trudności lub kryzysu. Szczególnie istotne jest wsparcie emocjonalne – stąd wszyscy wchodzimy w relacje, których główną lub przynajmniej istotną funkcją jest zapewniać nam poczucie bezpieczeństwa, troski i przynależności. Rodzice, partnerzy, przyjaciele, znajomi, współpracownicy – zapewniają nam stabilność psychiczną oraz dają pewność, że jeśli zacznie dziać się z nami źle, ktoś zareaguje i wyciągnie z dołka. Jak pisał Dukaj: „Każde małżeństwo jest paktem antysamobójczym”.

Fot. NBC

Fot. NBC

Systemowi wsparcia, jakim dysponuje Will Graham, z pozoru nic nie można zarzucić. Jego szef, Jack Crawford (Laurence Fishburne), choć wyciąga bohatera z domowych pieleszy wprost w świat krwawych morderstw, jest w pełni świadom zagrożenia płynącego ze strony nadmiernej zdolności Willa do empatii i wielokrotnie daje mu szansę wycofania się. Przyjaciółka Grahama, dr Alana Bloom, regularnie wpada do jego domu na „wizyty kontrolne”, starając się zarazem nie ulec zawodowej ciekawości psychiatry i nie analizować go jak pacjenta. Terapeuta Willa, światowej sławy Hannibal Lecter, nieustannie czuwa nad jego stanem psychicznym i służy jako emocjonalny „wentyl bezpieczeństwa” dla poruszonego makabrycznymi zbrodniami agenta. Do tej gromadki dołącza jeszcze po pierwszym odcinku Abigail Hobbs, niedoszła ofiara seryjnego mordercy, którą Will szybko zaczyna traktować jak przyszywaną córkę. A jakby tego było mało, opiekuje się naszym bohaterem całe stadko przygarniętych psów.

Sęk jednak w tym, że spośród wszystkich osób tworzących system wsparcia Willa Grahama tylko czworonogi faktycznie stoją po jego stronie – a ludzie albo jedynie deklarują pomoc, albo aktywnie mu szkodzą. Jack Crawford, zdeterminowany, by schwytać Rzeźnika z Chesapeake, bezwzględnie eksploatuje talent podwładnego do wczuwania się w emocje morderców, zaś wszelkie niepokojące objawy zaburzeń bagatelizuje, bo tak mu wygodniej. Dr Bloom, choć troszczy się o Willa, jest też w nim głęboko zakochana i z tego powodu trzyma się na dystans. Młoda Abigail Hobbs, uwikłana w zbrodnie i sekrety, to zaledwie namiastka prawdziwej rodziny – nie może więc ani dać Willowi poczucia bezpieczeństwa, ani zaspokoić jego potrzeby opiekowania się kimś. Zaś Hannibal Lecter – rzecz oczywista – manipuluje swym pacjentem, ile wlezie, podsycając jego lęki i z premedytacją spychając go w otchłań.

Fot. NBC

Fot. NBC

W efekcie otrzymujemy system, który zamiast umacniać bohatera, stopniowo go łamie, zachowując jednocześnie pozory systemu wsparcia. Will Graham, którego stabilności psychicznej zagraża nieustannie konieczność wczuwania się w emocje seryjnych morderców, musi dodatkowo dźwigać na swoich barkach pasożytniczego Crawforda, manipulującego Lectera, frustrująco odległą Abigail oraz wprowadzającą uczuciowy zamęt dr Bloom – i nic dziwnego, że w końcu upada.

Piękno zbrodni, estetyka szaleństwa

Hannibal jako opowieść o upadku Willa Grahama, o jego dantejskim zstępowaniu w głąb piekieł, niepokoi wizualnie poprzez kontrast piękna i makabry.

Nie chodzi tylko o wyjątkowo obrzydliwe i krwawe zbrodnie, choć to one zwracają uwagę w pierwszej kolejności: jaki inny serial odważyłby się pokazać totem zbudowany z ludzkich zwłok czy ofiary, które upozowano na anioły, rozrywając ciała w taki sposób, by płaty skóry przypominały skrzydła? Hannibal nie stroni od widoków z pogranicza kina gore, ale szokowanie odbiorcy ma tu swój cel: my, zblazowani widzowie, którzy na widok trupa ziewamy, powinniśmy poczuć wstrząs tak silny, by wczuć się w położenie cierpiącego na przerost empatii głównego bohatera. Makabra musi nas poruszyć, potworne kadry muszą w nas pozostać, żebyśmy mogli zrozumieć nadwrażliwego Willa Grahama, który z każdym kolejnym odcinkiem coraz silniej oddaje się we władzę koszmarów.

Fot. NBC

Fot. NBC

Trzeba bowiem przyznać, że poza zbrodniami nastrój niepokoju budują przede wszystkim wyobrażenia, wizje i sny Grahama. Kierując się zasadą „show, don’t tell”, twórcy serialu pokazują nam empatyczny talent bohatera wprost – wprowadzając na ekran niespotykaną w innych produkcjach ilość elementów onirycznych. Zaczyna się niewinnie, od zabiegu dość typowego dla współczesnych procedurali, czyli rekonstrukcji zbrodni. Ponieważ jednak nasz protagonista prowadzi śledztwo wczuwając się w morderców, oglądamy sceny, w których to on własnoręcznie morduje, ćwiartuje i pali – a jako że Hannibal nie stroni od pokazywania makabry, naprawdę można się wzdrygnąć, widząc sympatycznego agenta rozszarpującego człowieka żywcem. Takie rozwiązanie sprawia, że od samego początku linia dzieląca bohatera pozytywnego od potworów jest niezwykle cienka. Co gorsza, zapłodniona krwawymi obrazami wyobraźnia Willa nie daje mu później spokoju, produkując koszmary tak nocą, jak i w dzień. Zdarzają się odcinki, zwłaszcza w drugiej połowie sezonu, w których często po prostu nie wiadomo, czy to, co zobaczyliśmy na ekranie, było prawdą, czy może wytworem niespokojnej podświadomości bohatera – bo formalnie nie ma żadnej różnicy między rekonstrukcją krwawego zabójstwa a faktycznym zabójstwem.

Fot. NBC

Fot. NBC

Równie cienka jest granica między snem a jawą. Im dalej w głąb fabuły, tym trudniej Willowi Grahamowi odróżnić te stany – do wynikających z nadmiernej wrażliwości przywidzeń dołączają kłopoty z lunatykowaniem oraz dziurami w pamięci. Rozstrajany psychicznie przez Hannibala Lectera agent FBI coraz częściej budzi się w dziwnych miejscach, nie wiedząc, jak się tam znalazł i co wcześniej robił. Na domiar złego nieraz trudno mu odróżnić, czy właśnie obudził się po lunatycznej wędrówce, czy może doświadczył „utraty czasu” na jawie, ponieważ wskutek zaburzonego rytmu snu i czuwania dzień oraz noc przestają różnić się od siebie. Wizualnie efekt ten budują nieoczekiwane cięcia, przenoszące widza z jednej sceny w drugą bez informacji, co właściwie wydarzyło się pomiędzy, oraz liczne symbole związane z zaburzonym postrzeganiem czasu. Najważniejszym z nich jest zegar, o narysowanie którego Lecter prosi swojego pacjenta – z perspektywy Willa tarcza i wskazówki wyglądają normalnie, wskazują konkretną godzinę, natomiast gdy na obrazek spogląda Lecter, widzimy zegar groteskowo zdeformowany. Warto też zwrócić uwagę na świetliste wahadło, pojawiające się na ekranie za każdym razem, gdy stojący na miejscu zbrodni Will „cofa czas”, odtwarzając przestępstwo: sygnalizuje ono moment wejścia w rekonstrukcję, zanurzenia bohatera w świat fantazji, ale ani razu tego wyobrażenia nie kończy. Powrót do rzeczywistości nie następuje.

Fot. NBC

Fot. NBC

Koniecznie trzeba też wspomnieć o motywach zwierzęcych. Od czasu serii morderstw z pierwszego odcinka, popełnianych przez zapalonego myśliwego, Willa Grahama prześladuje w snach koszmarny jeleń z piórami zamiast sierści, który w finale sezonu zaczyna przybierać postać przerażającego humanoida z jelenim porożem. To masywne, dzikie stworzenie, symbol zwierzęcych pragnień i impulsów, ale także polowania oraz zabijania, to w interpretacji samych twórców istota zwana Wendigo – ludożerczy potwór z legend ludów pogranicza amerykańsko-kanadyjskiego. W serialu służy jako wizualna prefiguracja odsłanianej stopniowo kanibalistycznej natury Lectera, zapowiedź przerażającego odkrycia na temat swojego terapeuty, jakiego w końcu dokonać musi nasz agent, co podkreśla, że podświadomość Willa rozgryza zagadkę Rzeźnika z Chesapeake wcześniej niż jego świadomy, zagubiony umysł.

Inne zwierzęta niepokoją równie mocno. Twórcy bardzo się postarali, żebyśmy w warstwie audiowizualnej nieustannie kojarzyli głównego bohatera z drapieżnikiem, jakim z łatwością mógłby się stać. Taką przecież lekcję stara się przekazać pacjentowi Hannibal Lecter: myśl, że Will Graham wcale nie różni się aż tak bardzo od zabójców, których chwyta. Mniej więcej w połowie sezonu naszego agenta zaczynają prześladować przedśmiertne okrzyki kojotów i szopów dobiegające z terenów wokół domu, a w jednym wypadku z wnętrza przewodu kominowego – i nie wiemy, czy to omamy słuchowe, czy po prostu skutek mieszkania blisko lasu. Również zamiłowanie do rybołówstwa odsłania swoją mroczną stronę: w jednej z wizji z patroszonej ryby wypływają strumienie ludzkiej krwi, a innym razem odwiedzający dom Willa Hannibal wykazuje niezdrowe, miłosne wręcz zainteresowanie haczykami. Powraca też, na jawie i w snach, miejsce jednej z pierwszych zbrodni – pokój pełen myśliwskich trofeów, za pomocą których morderca zabił i upozował ofiarę. Człowiek to zwierzę, powtarza nieustannie Hannibal, oplatając bohaterów gęstą siecią symboliki związanej z polowaniem, patroszeniem i pożeraniem. Czy Lecter jest potworem, wynaturzeniem? A może po prostu człowiekiem, który powrócił do natury?

Fot. NBC

Fot. NBC

Ale cały ten wizualny mrok i niepokój nie na wiele by się zdał, gdyby twórcy nie zastosowali genialnego w swej prostocie zabiegu, jakim jest przesycenie wszystkiego pięknem.

Bo Hannibal to prawdziwa uczta dla oka. Wszystko, od kostiumów i wnętrz aż po oświetlenie i sposób kadrowania, zaprojektowano tu z niezwykłym pietyzmem – i nawet przerażające morderstwa mają w sobie estetyczny zamysł. Zabójcy upozowują swe ofiary, poddają je wymyślnym zabiegom, krew rozbryzguje się po ścianach jak na ekspresjonistycznym malowidle. „This is my design” – jak mówi Will Graham na końcu każdej rekonstrukcji zbrodni. Wystarczy spojrzeć na gabinet Hannibala Lectera: każde pomieszczenie to małe dzieło sztuki, w którym kolory, kształty i faktury dobrano perfekcyjnie, nie zapominając przy tym o funkcjonalności, a sam psychiatra w idealnie skrojonym garniturze porusza się po wnętrzach, jakby tańczył – i w równie elegancki sposób zabija. Po to, by później przetworzyć ofiarę na zachwycające wizualnie posiłki i podać je niczego nieświadomym gościom. To nie jest dobry serial do obiadu.

Fot. NBC

Fot. NBC

Jako ludzie mamy inklinację do tego, by piękno utożsamiać z dobrem. Ład, harmonia, symetria – wywołują w nas przyjemne skojarzenia na głębokim, nieświadomym poziomie, i wielokrotnie wykazano w rozmaitych badaniach, że prędzej zaufamy przystojnemu kłamcy niż szczeremu brzydalowi. Wiedziało o tym zresztą klasyczne Hollywood, pokazując nam złoczyńców jako brzydkich, kaprawych bandziorów, zaś herosów jako modeli o śnieżnobiałych zębach. Hannibal, łącząc wysmakowane, estetyczne widoki z cielesną i psychologiczną grozą, wywołuje w widzu potężny dysonans, z którego trudno się otrząsnąć. „Coś tu jest nie tak, szepcze podczas oglądania mózg, przeczuwając nieustannie zagrożenie, którego nie może wypatrzyć, bo ze wszystkich stron otacza go piękno. Muzyka klasyczna – i rozdarte ciała? Obrazy barokowych mistrzów – i ludzkie mięso? Jedwabne krawaty – i krew?

Hannibal zaciera podziały, które podświadomie ustanawiamy sobie, by czuć się bezpiecznie w świecie. Sen to nie jawa. Wyobraźnia to nie rzeczywistość. Człowiek to nie zwierzę. Dzielny agent FBI to nie szaleniec o krok od morderstwa. A elegancki, godny zaufania psychiatra, miłośnik sztuki i doskonały kucharz to nie władca marionetek, psychopata i kanibal. Te rzeczy nie łączą się przecież, nie powinny, nie mogą – więc drżymy przed ekranem, bo wraz z Willem Grahamem w głębi ciemnego znaleźliśmy się lasu. Granice znikły. Nic nas nie chroni. Jest tylko noc pełna drapieżników, a w ich liczbie my. Przetrwają najsilniejsi.

Fot. NBC

Fot. NBC

Hannibal
Thriller/police procedural
NBC, USA, 2013–

Przemek Zańko: czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.

Przemek Zańko

Czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.