Czarownice (AHS: Coven, The Originals, Witches of East End)

Czarownice (AHS: Coven, The Originals, Witches of East End)

Artykuł zawiera spoilery średniego kalibru.

Prawdopodobnie każdy, kto śledzi świat serialowych czy filmowych nowości, zdaje sobie sprawę, że produkcjami tymi rządzą komercyjne trendy. Jeśli jakiś temat dobrze się sprzedaje, zamawianych jest więcej historii tego typu, podgatunek eksploatuje się do znudzenia, czyli dopóki interesuje on publiczność i przynosi dochód. Potem odkłada się go na półkę, żeby się troszkę zakurzył i cierpliwie poczekał na kolejne „przebudzenie franczyzy”.

Wraz z rozwojem możliwości technicznych w zakresie relatywnie taniego generowania komputerowych efektów specjalnych lawinowo wystartowały zatem seriale wykorzystujące możliwości do tej pory zarezerwowane jedynie dla wielomilionowych produkcji kinowych, czyli opierające fabułę na zdarzeniach i postaciach nadnaturalnych albo magicznych. Na poziomie psychospołecznym zainteresowanie super-bohaterami wiązać można kolei z odwieczną tęsknotą człowieka za większą mocą, sprawnością, długowiecznością i nieśmiertelnością, urodą oraz siłą przekraczającą „przyrodzone” mu warunki. Z tęsknotą podsycaną współcześnie także przez rozwój technologii, nauki i medycyny.

Witches of East End

Freya i Killian, czyli magiczne pożądanie skazane na porażkę. Fot. Lifetime

Najpierw doświadczyliśmy więc wskrzeszenia serialowych wampirów (są z tego znane!) i wydaje się, że ten trend jeszcze nie przeminął. Czysta krew czy Pamiętniki wampirów świetnie radzą sobie na całym świecie, a tej jesieni dołączyli do nich nobliwy Dracula oraz spin-off Pamiętników, czyli The Originals. Później świat zalała i skutecznie podbiła fala zombie, z Walking Dead na czele (ale warto wspomnieć choćby o brytyjskim In the Flesh, którego kolejny sezon zobaczymy wkrótce). Sporą popularnością cieszą się dorosłe, postmodernistyczne adaptacje baśni i książek dla dzieci (Once Upon a Time, OUAT: In Wonderland, Grimm, szykują się dwa seriale ulokowane w Krainie Oz). Wilkołaki też nie próżnują (Teen Wolf, Hemlock Grove), łowcy demonów mają się nieźle (Supernatural), więc koniec końców doczekaliśmy się mocnej reprezentacji kolejnego odnowionego trendu – na nasze ekrany powróciły czarownice! Po latach spychania na margines (Willow w Buffy, Bonnie w The VD, Lafayette w TB) i epizodach pewnego zdziecinnienia czy uproszczenia (Charmed, Sabrina: Nastoletnia Czarownica) wiedźmy obsadzone zostały w rolach głównych.

The Originals

Fot. The CW

Jaka jest specyfika tego „gatunku”, czyli czym charakteryzuje się postać czarownicy? Otóż, w przeciwieństwie do innych bohaterów fantastycznego uniwersum, czarownice w większości przypadków są ludźmi, pozostają więc śmiertelne. Znajdują się na granicy nadnaturalnego świata, lecz do niego nie wkraczają. Poszukiwanie nieśmiertelności, bezkresnej mocy czy wiecznej młodości może stać się celem ich życia, ale niekoniecznie musi. Zdarza się bowiem całkowicie na odwrót – zwalczanie tego, co nienaturalne, może okazać się życiową pasją wiedźm.

Mocą czarownic jest magia, uzewnętrzniająca się najczęściej w rytuałach i rzucaniu zaklęć, zależna od słów, składników i mikstur oraz od różnych sztampowych elementów zewnętrznego świata jak faza księżyca, koniunkcja planet, pora dnia. Inaczej mówiąc, czarownice potrzebują akcesoriów. Trzecim ważnym aspektem jest fakt, że czarujący rzadko bywają samotni i samodzielni – siła czarownic tkwi we wspólnocie, rodzinie, która wspiera się, dzięki której moc się kumuluje, więź zaś sięga w głąb czasu, dotykając tematu przodków – to jest „czarownicowy” odpowiednik nieśmiertelności. Mamy więc genealogię, hierarchię i wiedzę, której trzeba się nauczyć. Czarownictwo zdaje się bardziej ustrukturyzowane i „techniczne” niż intuicyjne, proste w obsłudze wilkołactwo lub wampiryzm. Dzieli się też na przeróżne szkoły, z czego najmodniejsze wydaje się w serialach stereotypowo ujęte wudu, będące tu synonimem magii złowrogiej i nekromanckiej. Czwarta cecha, także ogromnie stereotypowa, ale doskonale widoczna w nowych produkcjach, to fakt, że czarowaniem zajmują się głównie kobiety. Moc pochodzi bowiem od sił natury, z którymi obdarzone zdolnością rodzenia kobiety mają przecież dużo więcej wspólnego niźli panowie.

W tej chwili na naszych ekranach oglądać możemy co najmniej trzy seriale o czarownicach, które uważam za godne polecenia i którymi się dziś zajmę.

Wiedźmy z horroru

Jednym z nich jest omawiany szczegółowo na naszych łamach przez Piotra Mrowca trzeci sezon American Horror Story, zatytułowany Coven. Serial ten porusza się w stylistyce horroru czerpiącego obficie z miejskich legend, stereotypów i klisz. Wycieczka w krainę wiedźm rozpisania została na jeden sezon, można więc się spodziewać intensyfikacji doznań i wrzucenia w fabułę absolutnie wszystkiego, co typowe. Mamy więc matecznik popkulturowych wiedźm, czyli Nowy Orlean, a w nim z jednej strony Szkołę Czarownic, ulokowaną w przepięknym, kolonialnym domu i zamieszkałą przede wszystkim przez białe, ugrzecznione czarownice, posługujące się księgami i czystą, starannie rysowaną magią; a z drugiej plebejską, „rootsową” dzikość magii wudu: na wskroś emocjonalnej, brutalnej, ekstatycznej, której czarnoskóra liderka prowadzi zakład fryzjerski w biednej dzielnicy i nikt jej nigdy nie widział z grimoire’m w dłoni.

AHS: Coven

Fot. FX

Te dwa podejścia – brutalizm natury versus natura okiełznana kulturowo i cywilizacyjnie – stanowią ruchomą podstawę przedstawionego świata, a obydwie grupy sięgają daleko wstecz, w głąb czasów, powołując się na swoich przodków, ich moce, rozejmy, rywalizacje i odwieczne wojny. Dzięki wskrzeszeniu Madame LaLaurie mamy „z perpektywy pierwszoosobowej” wgląd w historię magicznego Nowego Orleanu. W dynamicznym środowisku dochodzi do licznych manifestacji magii i do magicznych emanacji. Starzejąca się przywódczyni „białych” czarownic pragnie zachować wieczną młodość i niczym macocha Śnieżki zaszlachtować każdą młodą kandydatkę do tronu, uczennice dopuszczają się niecnych czynów, takich jak Frankensteinowe w duchu ożywienie tworu pozszywanego z martwych członków. Ale jest też wiele motywów bliskich rzeczywistej perspektywie czy może raczej pewnym sensacyjnym kliszom. Najbardziej „ludzka” z czarownic pragnie przyrodzonej kobietom, a szczególnie wiedźmom, płodności, czyli marzy o zajściu w ciążę i powiciu dziecka. Nie wie jednak – a powinna, wszak to American Horror Story! – że jej mąż jest seryjnym mordercą. Nastolatka zostaje zgwałcona na imprezie przez całą drużynę szkolnych sportowców, młody chłopiec jest wykorzystywany seksualnie przez własną matkę. Świat AHS to świat zwyrodniały i patologiczny, jeśli traktować go serio. Gdy jednak popatrzeć z przymrużeniem oka, jako na przeestetyzowany horrorowy stereotyp, uniwersum złożone wyłącznie z klisz, można z oglądania tych wynaturzeń czerpać sporą przyjemność.

AHS: Coven

Fot. FX

Prawie nie ma tu postaci sympatycznych, na pewno nie ma jednoznacznych, a każdemu z bohaterów może w każdej chwili przydarzyć się coś nieprzyjemnego. Świat tych czarownic to miejsce niebezpieczne, dziwaczne, przesycone erotyzmem i innymi apetytami, snami o potędze. Jest szybko, efektownie, mocno. Aktorzy są świetni, więc ryzyko stworzenia gniota z recyklingowanych elementów zostało zredukowane do minimum. Gra aktorska to plus, w tej kategorii serial wygrywa z czarodziejską konkrecją o kilka długości. Francis Conroy, Katy Bates, Jessica Lange, Evan Peters, ulubieńców wymieniać mogłabym długo, a wszystko to aktorzy charyzmatyczni, charakterystyczni i z rolami pisanymi, jak wyznaje Ryan Murphy, specjalnie pod tych konkretnych ludzi i na zasadzie koncertu życzeń. „W jakiej sytuacji wszyscy fani chcieliby daną aktorkę zobaczyć? Co dana gwiazda zawsze pragnęła pokazać lub powiedzieć na ekranie, a nigdy dotąd nie miała okazji? Zróbmy to!” – opowiada twórca serialu. Chodzi zatem o dobrą zabawę i to widać.

AHS: Coven

Fot. FX

Brak jednak serialowi romantyzmu w starym stylu, poezji, namysłu, filozoficznej głębi, magia jest siłą nowoczesną i ostrą – lecz powierzchowną. Nowy Orlean też nie przypomina swojej klasycznej, onirycznej wizji.

Wampiry i czarownice

O wiele lepiej (a może po prostu zupełnie inaczej?) jest w Nowym Orleanie z drugiej polecanej tu produkcji, czyli odprysku Vampire Diaries, zatytułowanym The Originals.

The Originals to serial, który zaczął się fatalnie, nudno, pierwsze trzy odcinki przemęczyłam z trudem, ale powiem wam, czekanie się opłaciło. Odcinek czwarty, zatytułowany zresztą znacząco Wywiad z Wampirem, polecić mogę wszystkim niedowiarkom. A gdy już myślałam, po odcinku czwartym, że nie może być lepiej albo że po prostu dobry odcinek był wypadkiem przy pracy, epizod piąty okazał się równie przyjemny.

The Originals

Fot. The CW

Tak właśnie powinno się robić klimatyczne produkcje o wampirach. W jednym odcinku (czwartym) dostajemy cały elementarz Anne Rice. Nowy Orlean ze swoimi wiedźmami, cmentarzami, ulicznymi imprezami i jazzem, z mrocznymi kościołami. Przede wszystkim jednak mamy filozoficzne rozmowy o życiu i śmierci, tragiczne zdarzenia z przeszłości, pytania bez odpowiedzi, ciężar utraconego czasu. Mamy, co także wydaje się nawiązaniem do twórczości Anne, uzdolnionego skrzypka, temat talentu, geniuszu, konfrontacji dwóch typów nieśmiertelności – wampirzej i ludzkiej – oraz piękną scenerię, w której świece i krew nie są wyłącznie rekwizytem. Niespodziewanie ten pulpowy przypis do Pamiętników wampirów dojrzewa, i staje się opowieścią „o czymś”. A Klaus, dotąd postać nierówna, naprawdę zaczyna błyszczeć jako główny bohater serialu. Ze wszystkich serialowych wampirów ten najbardziej przypomina z ducha Lestata, ale dopiero teraz, nie wcześniej. Wcześniej młodzieżowa konwencja nie pozwalała mu na rozwój.

Co więcej, gdyby nagle wyobrazić sobie, że oglądamy adaptację ksiąg nestorki gatunku, wszystko mniej więcej by się zgadzało. Klaus to Lestat, Elijah to jego idealistyczny Louis, a Rebekah jako żywo przypomina zbuntowaną dziewczynkę Claudię. Napięcia między postaciami, ich poglądy i dylematy, pragnienia i obsesje – zdają się podobne. I to jest dobra rzecz.

The Originals

Fot. The CW

Miasto też staje się kompleksowe, w czwartym odcinku odsłania się nowa warstwa, hierarchia kościelna, organizacja dysponująca i wpływami i swoistą mocą (Talamasca, anyone?), choć nie jest to moc nadnaturalna. Sednem powyższego zachwytu pozostaje chyba połączona z poczuciem ulgi konstatacja, że w przeciwieństwie do Vampire Diaries, gdzie jedynym śmiertelnikiem na pokładzie pozostaje biedny Matt, tutaj mamy sporo ludzi. Nie tylko w scenariuszu (czarownica też człowiek, ale mówię o postaciach typu Cami), ale też na ulicach, w klubach. Mystic Falls wydawało mi się w ostatnich latach miejscem opuszczonym i odludnym.

Nawet wątek wilkołaczycy w ciąży, od momentu polowania w zamglonym lesie, stał się ciekawszy, wzniósł na wyższy poziom, przestał kojarzyć się wyłącznie z kalką Zmierzchu. Wspaniała i znacząca jest scena, w której młoda czarownica Davina dosłownie wybucha gniewem, a zawsze opanowany Klaus zasiewa w niej ziarenko zwątpienia. Wszystko, czego brakowało temu serialowi na początku, to poetycki klimat. Tylko tyle, przesunięcie akcentów, i już scenariusz zaczyna się znacznie lepiej układać, te same zdarzenia widzimy od innej strony; w rozproszonym, bladym świetle. W srebrnej mgle.

The Originals

Fot. The CW

W momencie, gdy Pamiętniki Wampirów toną w doppelgangerach, szkolnych (uniwersyteckich) potańcówkach, tanich spiskach i towarzyskich roszadach, czyli odgrzewają te same kotlety co w poprzednich sezonach, resetując na przykład pamięć Stefana, by mógł – być może – na nowo zapaść w nieszczęśliwą miłość do Eleny… Gdy od „wampirzych kotletów” czuć już delikatną woń rozkładu, Originalsi wyrabiają sobie niezależność i odrębność. Nie jest to może serial wyłącznie o czarownicach, ale z czarownicami w tle, czarownice stanowią jedną z głównych fabularnych osi i wiodącego oponenta wampirów. Są zorganizowane, hierarchiczne, władają mocami wudu, czerpią siłę bezpośrednio z kości przodków, zlokalizowanych na sławnym Cmentarzu Lafayette (gdzieżby indziej!). Są zadufanymi w sobie fanatyczkami i pragną coraz większej mocy, broniąc wyłącznie swoich własnych, grupowych i indywidualnych interesów. Nie są zbyt sentymentalne i nie wahają się by zabijać, nawet dzieci. Nie budzą szczególnej sympatii.

Czarodziejki domowego ogniska

Trzecia produkcja o czarownicach, która niespodziewanie mi się spodobała, choć wcześniej wcale nie planowałam jej oglądać ani nawet nie wiedziałam o jej istnieniu, nosi tytuł Witches of East End.

Witches of East End

Fot. Lifetime

Na tle pozostałych propozycji, a szczególnie krwawego i bezpruderyjnego AHS, jest to opowieść urocza, lekka i zabawna. Stylistycznie mieści się w chlubnej tradycji znanego także w Polsce serialu Czarodziejki/Charmed. Tam mieliśmy trzy przesympatyczne siostry, walczące ze złem, klątwami, demonami, tu mamy cztery młode i ładne panie. Są to mama Joanna (wspaniała Julia Ormond), jej dwie córki, Ingrid i Freya, oraz zamieniająca się w czarnego kota ciocia Wendy (tu co najmniej równie wspaniała, o niezwykłej urodzie, pamiętana z Twin Peaks Mädchen Amick, najbardziej wyrazista ze wszystkich serialowych czarownic – wybacz, Jessico L.!). Tak, wszystkie cztery panie władają magią i mieszkają w jednym, przytulnym domku. Świat przedstawiony w serialu jest kolorowy – małe, nadmorskie miasteczko, promenada, biblioteka, pub – a magia na swój sposób cywilizowana, lecz w sercu fabuły tkwi tragedia.

W tym uniwersum każda wiedźma ma swoją klątwę, z którą musi żyć. Wendy spontanicznie zamienia się w kota, Freya ma wieczne „nieszczęście w miłości”. Najstraszniejszym pomysłem jest jednak przekleństwo, która dotyka serialową mamę: wiedźma jest nieśmiertelna, ale tylko dlatego, by w nieskończoność oglądać śmierć swoich dzieci. Skazana jest na rodzenie swoich córek, wychowywanie ich, każdorazowe pokochanie ze świadomością, że dziewczęta zginą, zanim na dobre wejdą w dorosłość. Czy może być coś gorszego? W chwili ich tragicznej śmierci czarownica matka czuje, że w magiczny sposób znowu jest w ciąży i że cykl zaczyna się na nowo. Dziewczynki znów się narodzą i nie będą nic pamiętać, podczas gdy ona – pamięta wszystko. Z ręką na sercu: wyobrażacie sobie bardziej traumatyczną przypadłość? Przy jej wyrafinowaniu, okrucieństwie i głębi bledną widowiskowe oraz złowrogie, lecz jakże powierzchowne zaklęcia z równoległych seriali.

Witches of East End

Freddie Prinze Jr jako kolekcjoner egzotycznych motyli. Fot. news.justjared

W cyklu, który oglądamy, matka zdecydowała się ukryć przed dziewczynkami ich prawdziwą naturę i usiłowała zbudować dla nich „normalne życie” w nadziei, że nieświadomość uchroni je przed złem. Niestety, misterna konstrukcja zaczyna się sypać, a rodzinę czarownic nękają potężni wrogowie z przeszłości. Tu też mocą oponentów jest prymitywna magia wudu, laleczki wyplecione z włosów ofiar, mamy też doppelgangera, zaklęcia płodnościowe i niezwykły pomysł z więzieniem swoich wrogów w fotografiach lub obrazach. Tematy, jakie porusza serial, to przede wszystkim miłość, przyjaźń i rodzina. W porównaniu do – także podejmujących wątki familijne – The Orginals pozytywnych emocji jest bardzo dużo (z AHS: Coven nie ma w ogóle co porównywać). Fabuła serialu pozostaje prosta, ale ciekawa, ogląda się zaskakująco miło i dlatego ten serial zaliczam do największych zaskoczeń sezonu.

Ach, czy wiecie, że zamierzają nakręcić nowe Charmed?

Charmed

„Stare” Charmed. Fot. The WB

A na koniec podsumowanie zysków i strat:

Najlepsza gra aktorska: AHS: Coven. Gwiazdorska obsada, ci ludzie mogliby grać cokolwiek, choćby pęczek rzodkiewek, a nasze serca i tak drżałyby z rozkoszy i lęku.

Najlepsza czarownica: czarnowłosa, nonszalancka i półnaga Mädchen Amick w Witches of East End. Niepokojąca uroda, mocny charakterek, a w tle leci fantomowa muzyka z Twin Peaks. Czego chcieć więcej?

Najlepszy klimat: Bez wątpienia The Originals. Nowy Orlean jak żywcem wyrwany z poetyckich narracji Anne Rice. Takiego Nowego Orleanu pragnęliście! (Ale dopiero od mniej więcej czwartego odcinka).

Najlepsza fabuła: najbardziej kompleksowa wydaje mi się historia pokazana w The Originals. Wampiry, czarownice, duchowni, wilkołaki, zwykli ludzie. Aktorstwo bywa drewniane, a wątki nieco spłycone, ale ten serial znajduje się teraz na fali wznoszącej, a historia jest bardzo ciekawie skonstruowana.

Najlepszy pierwszy odcinek: Witches of East End. Zostajemy od razu katapultowani w środek zawikłanej intrygi i wielu rzeczy musimy się samodzielnie domyślić. Nikt nie traktuje nas jak idiotów ani nie prowadzi za rączkę. Nie ma zbędnych tłumaczeń.

Najlepsza magia: a raczej najstraszniejsza, czyli klątwa matki z Witches of East End. Okropne… wspaniale wymyślone… ale okropne… Brr….

Najlepsza muzyka: decyzja jest trudna, bo Originalsi mają sporo fajnych, nastrojowych kawałków z gatunku pop/alternative, ale zwycięża ASH: Coven. Tam muzyka jest po prostu… oryginalna ;)

AHS: Coven
Horror/drama
FX, USA, 2011–

The Originals
supernatural drama
The CW, USA, 2013–

Witches of East End
Supernatural drama
Lifetime, USA, 2013–

Pirjo Lehtinen: człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.