Fot. Sci Fi Channel

Najlepszy z możliwych światów (Stargate SG-1)

Artykuł zawiera spoilery.

… czyli Gwiezdne Wrota, alternatywne światy i religiotwórczy potencjał fantastyki naukowej

Reboot Stargate’a

Jakiś czas temu dobiegły nas wieści, że Roland Emmerich postanowił nakręcić kolejny film osadzony w świecie Gwiezdnych Wrót. Ma to jednak być wyłącznie kontynuacja pełnometrażowego oryginału z 1994 roku. Cały serialowy świat, który powstawał na jego bazie począwszy od 1998 roku – tj. dziesięć serii, ponad dwieście odcinków i dwa filmy pełnometrażowe, nie wspominając o serialach-odnogach (Atlantis: 5 sezonów, Universe: 2 sezony oraz niekanoniczne Infinity) – nie zostanie w ogóle wzięty pod uwagę. Nowy film ma bowiem być tzw. rebootem, czyli – coraz popularniejszym ostatnio – sposobem na opowiedzenie historii od nowa, jako alternatywnej rzeczywistości. Łatwo sobie wyobrazić, że wielbiciele serialu nie byli z tej decyzji zadowoleni. W doniesieniach na ten temat spotkać można gorzkie komentarze: „Fani uniwersum Gwiezdnych Wrót muszą być wręcz wniebowzięci, bo okazuje się, że wszystko co znali i cenili wyląduje… w koszu. Stargate rozpocznie się od nowa”.

Przyznać trzeba, że odczucia fana – podobnie jak w przypadku Star Treka J.J. Abramsa – mogą być mieszane. Owszem, cieszymy się, że w ulubionych uniwersach opowiedziane zostaną nowe historie ukochanych bohaterów. Z drugiej strony jednak cała ta droga, na której im towarzyszyliśmy i w toku której ich polubiliśmy, zostaje unieważniona. Od teraz będzie tylko mglistym snem o tym, co by było gdyby. To tak, jakbyśmy musieli na nowo zbudować więź z przyjacielem, który doznał amnezji i w ogóle nas nie pamięta… Wszystko to jest dodatkowo frustrujące, bo tworzy nowy, alternatywny kanon. Zaburza ciągłość doświadczenia serialowego jako źródła inspiracji.

SG-1: Najlepszy z możliwych światów

Fot. Sci Fi Channel

Fot. Sci Fi Channel

Tyle że już od pierwszej serii SG-1, a konkretnie odcinka There But for the Grace of God wiadomym jest, że w tym świecie istnieją równoległe rzeczywistości. Z czasem fan serialu uświadomić sobie może, że linia czasu, z perspektywy której oglądamy losy drużyny SG-1, to ta szczególnie fortunna dla ludzkości. W bodaj każdej z alternatywnych rzeczywistości, z jaką kontakt mają bohaterowie – czy to przez lustro kwantowe, czy dzięki innym metodom – losy protagonistów w ogólnym rozrachunku potoczyły się zdecydowanie mniej szczęśliwie.

W jednym przypadku dr Jackson odwiedza świat, w którym jest świadkiem postępującej inwazji Goa’uldów na Ziemię – zakończonej zagładą Dowództwa Gwiezdnych Wrót (SGC) i członków drużyny SG-1 (S01E20). Dodatkową korzyścią z niezwykłego doświadczenia jest to, że po powrocie pozwala ono Danielowi przygotować się na nadchodzący atak Apofisa. Podobny efekt wywołuje ostrzeżenie nadesłane z alternatywnej przyszłości, w której Ziemia została podstępnie skolonizowana przez rzekomo przyjazną obcą cywilizację Ashenów (S04E16). Pozwala to uniknąć losu innej planety, która trafiła pod protektorat kosmitów: depopulacji i zredukowania do roli kolonii-spichlerza (S05E10). W Point of View (S03E06) uciekinierzy z pokonanej Ziemi przybywają po pomoc do „naszego” świata. Niemal we wszystkich rzeczywistościach równoległych oglądanych przez lustro kwantowe Ziemia jest podbita przez Goa’uldów. Nieco mniej ponure relacje przynoszą inne drużyny SG-1, które trafiają do „naszego” świata w Ripple Effect (S09E13). W The Road Not Taken (S10E13) z kolei cały program Gwiezdnych Wrót zostaje ujawniony opinii publicznej, ale wywołuje to powszechny niepokój społeczny i przekształcenie się USA w państwo autorytarne. Jak na mój gust, we wszystkich innych światach równoległych losy ludzkości potoczyły się gorzej.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że rzeczywistość przedstawiona nam w serialu SG-1 jest, jak u Leibniza, „najlepszym z możliwych światów”.

Fot. Sci Fi Channel. Daniel Jackson odkrywa Lustro Kwantowe w odcinku There But for the Grace of God

Fot. Sci Fi Channel. Daniel Jackson odkrywa Lustro Kwantowe w odcinku There But for the Grace of God

Co ciekawe, okoliczności, które sprawiają, że ludzkości w ogóle powodzi się lepiej, okupione są czasem mniejszym prywatnym szczęściem bohaterów. Przykładowo w alternatywnym świecie przedstawianym w There But for the Grace of God i innych odcinkach Charles Kowalsky przeżył konsekwencje pierwszej wyprawy na Chulak. O’Neal już w 1999 roku jest generałem i do tego w stałym związku z Carter. W The Road Not Taken (z autorytarną Ameryką) syn O’Neala nie ginie tragicznie w wypadku z bronią służbową. Trudno się więc dziwić szczęśliwemu ojcu, że nie podoba mu się pomysł Carter z „naszego” wymiaru, żeby „naprostować” sprawy na modłę jej bliską.

To tylko niektóre przykłady alternatywnych rzeczywistości, jakie przedstawiono w multiwersum SG-1. Wygląda na to, że reboot Emmericha doda tylko nową linię czasową. Kto wie, może nawet zobaczymy jakąś interakcję ze światem SG-1?

Fot. Sci Fi Channel. Samanthy Carter z różnych wymiarów wspólnie pracują nad rozwiązaniem problemu awarii gwiezdnych wrót…

Fot. Sci Fi Channel. Samanthy Carter z różnych wymiarów wspólnie pracują nad rozwiązaniem problemu awarii gwiezdnych wrót…

Mitologia na miarę nowoczesności

W tym miejscu nie mogę się powstrzymać przed może nieco bardziej doniosłą refleksją na temat SF jako nowoczesnej mitologii. Tradycyjnie motywy baśniowe też występowały w wielu wersjach, czasem zmieniających się z duchem czasu, kiedy indziej zwyczajnie eksponujących inny aspekt tego samego wątku. Ten pluralizm historii stał się pewnym problemem w odczarowanym wieku rozumu i liniowego postrzegania czasu. Nowoczesny świat encyklopedii i kanonów, który domaga się raczej „jednej obowiązującej wersji”, nie współgra z tym, jak wiele postaci przyjmują baśnie.

Z pomocą przychodzi nam fantastycznonaukowa (czyli dość nierzetelna i jedynie inspirowana nauką) wersja koncepcji światów równoległych. Dzięki niej mamy bardzo wygodne uzasadnienie istnienia wielu wersji tych samych współczesnych (i nie tylko) mitów. Dostajemy glejt zgodności z naszym nowoczesnym wyobrażeniem o świecie. Kiedyś zadowalało nas wyjaśnienie, że coś jest magiczną siłą, czymś poza naszym rozumieniem. Dziś domagamy się uzasadnień – w świecie, w którym rozum i nauka są najwyższym autorytetem poznawczym (przykładem tego jest wprowadzenie w Star Wars midichlorianów jako biologicznego nośnika Mocy).

Idea multiwersum (wieloświatu) nie tylko jest pretekstem do mnożenia ciekawych historii o miedzywymiarowych podróżach, ale pozwala nam też wyobrażać sobie, że te alternatywne historie „istnieją” równocześnie. Nie musimy wybierać jednej z alternatywnych wersji jako kanonicznej – nowe, zresetowane wcielenie jakiejś baśni wcale nie unieważnia poprzedniego (lub poprzednich). Możemy do kanonu włączyć wszystkie te historie, które uznamy za wartościowe. Dzięki temu świat naszych mitów staje się bogatszy i pełniejszy o prezentacje wielu możliwości oferowanych przez cechy danej opowieści, jej bohaterów i motywów przewodnich.

Widzimy to w nowym Star Treku, ale także i w świecie DC Comics (vide gra Injustice: Gods Among Us – w tejże superbohaterowie DC zostają sprowadzeni do alternatywnej rzeczywistości, w której Superman staje się globalnym dyktatorem) i wielu innych. Batman Nolana jakoś nie unieważnia nam tego w wydaniu Burtona czy The Animated Series. Traktujemy je jako pełnoprawne interpretacje tego samego mitu. Niczym różne wersje bajki o Kopciuszku. Wszystkie są ważne i każda z nich wnosi coś do całego motywu: czy to starożytne wersje egipska i chińska, nowożytne Perraulta lub braci Grimm, czy też na wskroś nowoczesna G. Pucciniego (w jego operze z 1817 roku rolę wróżki chrzestnej pełni… agent tajnej policji!).

Źródło: http://robot6.comicbookresources.com/2012/10/dcs-injustice-gods-among-us-prequel-comic-arrives-in-january/. W alternatywnej rzeczywistości gry Injustice: Gods Among Us Batman staje się przywódcą ruchu oporu przeciw dyktaturze „złego” Supermana

Źródło: http://robot6.comicbookresources.com/2012/10/dcs-injustice-gods-among-us-prequel-comic-arrives-in-january/. W alternatywnej rzeczywistości gry Injustice: Gods Among Us Batman staje się przywódcą ruchu oporu przeciw dyktaturze „złego” Supermana

Co ciekawe, najdobitniej tego typu wielość wersji – ale już w obrębie rygorystycznie komponowanego kanonu – widać w przypadku świętych ksiąg. Już w na samym początku Księgi Rodzaju czytamy dwie wersje stworzenia świata. Współistnieją one zaraz obok siebie, choć różnią się wyraźnie, jeśli nie wręcz sobie przeczą. Nie inaczej jest z historią Jezusa w Ewangeliach.

Wiem, że tym miejscu wchodzę na grząski grunt. Co ma Biblia do Stargate’a? Jak można zestawiać świętą opowieść wielowiekowej religii z popkulturową papką nie starszą niż autor tego porównania? A jednak nie tylko mi nasunęło się takie skojarzenie. Pomysł zaliczenia innego tasiemca SF do zjawiska religii przedstawił choćby Mike Rugnetta z Idea Channel. Wskazuje on – czerpiąc z antropologii Clifforda Geertza – na pewne istotne cechy whowianizmu (wspólnoty fanów serialu Doctor Who), które sprawiają, że mógłby on być uznany za formę kultu religijnego. Składa się bowiem z zespołu symboli tworzącego system kosmologiczny nadający sens ludzkiemu życiu. Ponadto posiada nadnaturalnego protagonistę reprezentującego siły dobra: wszechobecnego, nieśmiertelnego dobroczyńcę i nauczyciela ludzkości, który wielokrotnie poświęcał się w jej obronie, by zmartwychwstać w nowym wcieleniu. Przede wszystkim zaś jego postać i cały serial posiada rzeszę wiernych fanów, dla których historie Doktora są źródłem moralnych wskazówek i sensu w życiu, a nawet podstawą dla osobliwych rytuałów.

Wiele wcieleń przypowieści

Jeśli twierdzę, że opowieści fantasy i SF są współczesnym wcieleniem mitów (o religijnym wręcz charakterze), to co chcę przez to powiedzieć? Wybitny polski antropolog Bronisław Malinowski (Szkice z teorii kultury, tłum. H. Buczyńska, Warszawa 1958, s. 471–522) pisał: „Nawet pobieżne spojrzenie na jakąkolwiek religię pozwala stwierdzić, że mit jest po prostu formą ujawnienia dogmatu”. „[W]szystkie zasadnicze dogmaty wiary religijnej mają tendencje do przeobrażania się w konkretne opowiadania, a opowiadania te nigdy nie są wyłącznie sprawozdaniami z tego, co się wydarzyło w przeszłości. […] Wydarzenia z mitologicznej przeszłości odgrywają […] czołową rolę w organizacji społecznej i w zachowaniach moralnych”. Malinowski był stanowczym przeciwnikiem twierdzenia, że mity są czymś na kształt „nauki dzikich” – czyli nieudolną próbą wyjaśnienia zjawisk przyrodniczych. Nie zgadzał się także, że są one zniekształconymi sprawozdaniami historycznymi czy też zaledwie utworami rozrywkowymi. Podkreślał, że mit „[…] nie jest tylko opowieścią mówioną, ale rzeczywistością przeżywaną”. Nie jest więc dla swojego wyznawcy ani próbą opisu prawdy, ani wyłącznie fikcją. Mit, aby był żywy, musi raczej regulować postawy społeczne i konkretne zachowania. W sensie ścisłym nie opisuje on rzeczywistości, a raczej ma ją stwarzać – w społecznym wymiarze. Zdajemy sobie sprawę, że niekoniecznie opisuje on „to, co się zdarzyło” – choć być może prawdziwymi wydarzeniami się inspiruje. Ale wiemy, że mit mówi nam jakąś zasadniczą prawdę – prawdę etyczną: wskazuje nam ścieżki postępowania, inspiruje, pociesza, czasem poucza i odradza.

W ścisłym sensie mit to opowieść nie o tym, „co było” czy „co będzie”, a bardziej o tym, „jak powinno być”. Dlatego niestraszna mu alternatywność wersji. Wprost przeciwnie. Tworzenie nowych wcieleń mitu ożywia go dla współczesnych – czyni bliższym, bardziej zrozumiałym lub bardziej odpowiadającym nowym realiom. Niespójność lub wielość opisu nie jest problemem dla opowieści, która ma na celu przede wszystkim generowanie sensu, przedstawianie morału, budowanie i wspieranie jakiegoś systemu wartości. Historia Chrystusa jest przykładem takiej „nieproblematycznej niespójności” kanonu, kiedy to odmienne wersje tej samej opowieści intencjonalnie zestawione są zaraz obok siebie.

Źródło: https://www.facebook.com/fantasyscifi. Przypadek? ;-)

Źródło: https://www.facebook.com/fantasyscifi. Przypadek? ;-)

Nawet gdybyśmy jednak obstawali przy poznawczym charakterze przypowieści religijnych – jako opisujących zdarzenia, które wydarzyły się naprawdę – jesteśmy w stanie pociągnąć analogię między religią a nowoczesnymi mitami SF. Fantastyka naukowa w pewnym zakresie opiera wiarygodność swoich wizji na potencjalnej możliwości ich realizacji. Zdarza się jednak tak, że dana opowieść SF „przeterminowuje” się, bo zwyczajnie historia dogania czasy, w których osadzona została dana fabuła. Wielu z wypiekami czeka na deskolotki i latające samochody, ale im bliżej do 2015 roku, tym trudniej uwierzyć, że ta wizja z Powrotu do przyszłości się ziści. Innymi słowy, traci ona wiele ze swojej potencjalnej prawdziwości. I znowu w takim wypadku to motyw światów równoległych pozwala nam zachować możliwość „brania na wiarę” fantastycznych przyszłości, oferując proste wyjaśnienie, że dana wizja nie ziściła się w naszym świecie, ale zrealizowała się w rzeczywistości równoległej, gdzie nastąpiła jakaś specjalna okoliczność, której zabrakło w naszym świecie. Pozwala także zachować pewien optymizm w obliczu pesymistycznych czy apokaliptycznych SF (takich jak Ucieczka z Nowego Jorku, i wiele innych).

Chwyt z alternatywną linią czasu pozwala uwierzyć w światy steam-, diesel- i atom-punka, jak te z wizji Verne’a, które powinny się były ziścić już dawno temu. Zabezpieczamy się w ten sposób przed wrażeniem, że to czysta fikcja, zachowując nadzieję, że to może być prawda – gdzieś w równoległym wymiarze. W niektórych przypadkach nawet bardzo odległa wizja przyszłości z założenia jest historią alternatywną. W świecie Fallouta nuklearny holocaust zdarza się w 2077, ale wiemy, że to świat, w którym nie wynaleziono tranzystorów, co uzasadnia jego retrofuturystyczną estetykę (pewne wątki dodatku do Fallout 3: Point Lookout – szczególnie przetrwanie i wpływy rodu Calvertów na amerykańską politykę – sugerują, że linia czasowa rozeszła się z naszą dużo wcześniej, bo co najmniej w XVIII wieku). W innych przypadkach wprost eksploatuje się ideę „co by było gdyby”. Przykładowo Strażnicy Alana Moore’a pokazują sugestywną wizję tego, jak inaczej potoczyłaby się polityczna historia świata, gdyby pod koniec lat 30. zamaskowani bohaterowie, a od 40. – superbohaterowie rzeczywiście ruszyli do walki z przestępczością.

Potencjał religiotwórczy

Fantastyka naukowa, będąc wyrazem pewnego humanistycznego lub scjentystycznego etosu, sama ma wyraźny potencjał mito- i nawet religio-twórczy. Co ciekawe, nie jest wcale odporna na tę mroczną, sekciarską stronę religii, czego dowodzi przykład scjentologii zbudowanej wszak na bazie pisarstwa Rona Hubbarda. Być może pewną przestrogę przed tego typu ryzykiem – nadużycia potencjału nauki – znajdziemy już pierwszym sezonie SG-1. W odcinku The First Commandment (S01E06) mamy historię rodem z Jądra ciemności Conrada, gdzie jeden z dowódców zbuntowanej drużyny SG, chcąc pomóc lokalnej populacji w ucywilizowaniu, ustanawia barbarzyński system polityczno-religijny, w którego centrum stawia – rzecz jasna – siebie.

Fot. Brad Peeler, źródło: https://www.facebook.com/fantasyscifi. Ślub w oprawie Stargate’a

Fot. Brad Peeler, źródło: https://www.facebook.com/fantasyscifi. Ślub w oprawie Stargate’a

Oczywiście mitologie SF nie są tak złożone jak święte księgi. Nie mają tak bogatej tradycji interpretacji i nie wygenerowały aż tak silnych odczuć (poza może wspomnianą scjentologią). Jednak niemal zawsze starają się przedstawiać jakiś system wartości. A czynią to – jak tradycyjne religie – snując opowieść, w którą możemy uwierzyć. Ich bohaterowie, postawieni w trudnych sytuacjach, starają się wybrać słusznie. To, że zmagają się ze sobą, cierpią i sami potrafią pobłądzić, tym bardziej czyni ich nam bliższymi, nawet mimo nadludzkich mocy czy nieprzeciętnego geniuszu. Bez tych historii zmagań i żywego przykładu wskazówki moralne, które nam dają, nie byłby wiarygodne.

Fakt, że Emmerich po latach na swój sposób zainteresował się światem Gwiezdnych Wrót, nie powinien być więc chyba dla fanów jakimś wielkim powodem do rozpaczy. Gest świadczy raczej o tym, że nie tylko sam twórca marki docenił jej potencjał (choć, jak typowy surowy ojciec, nie jest usatysfakcjonowany ścieżką, jaką podążyła). Znaczy to również, że Gwiezdne Wrota tym mocniej zakorzenią się w kulturze jako nowoczesny mit. A to – samo w sobie – powinno być powodem do głębokiej satysfakcji. Dla mnie zdecydowanie jest.

Stargate SG-1
military science fiction
Showtime, Sci Fi Channel, USA, 1997–2002, 2002–2007

Michał Zabdyr-Jamróz
Fan Star Treka, Stargate’a, Firefly, Fallouta, Strażników i Battlestar Galactica. Kibic wyścigu kosmicznego. Lubuje się też w kinie noir oraz filmach i serialach historycznych. Sporadycznie oddaje się światu Warhammera 40K.

Michał Zabdyr-Jamróz

Fan Star Treka, Stargate’a, Firefly, Fallouta, Strażników i Battlestar Galactica. Kibic wyścigu kosmicznego. Lubuje się też w kinie noir oraz filmach i serialach historycznych. Sporadycznie oddaje się światu Warhammera 40K.