Fot. ABC via lost-media.com

Mistrzowie czwartego planu, czyli o statystach

Artykuł nie zawiera spoilerów.

Wyobraźcie sobie słynny TV Land, magiczną krainę zamieszkałą wyłącznie przez bohaterów seriali telewizyjnych.

Przyznać trzeba, że barwne i fascynujące to miejsce. Rozwody, wypadki, choroby, śluby, morderstwa i porwania są tu na porządku dziennym, każde mieszkanie czy podmiejski domek skrywa mroczne tajemnice, a ludzie nawet podczas przygodnych rozmów o pogodzie sypią celnymi żarcikami oraz błyskotliwymi one-linerami. A co najważniejsze – każde życie jest przygodą! Mieszkańcy tego świata nie mają czasu na nudę, bo w natłoku dramatycznych lub komicznych wydarzeń ledwie znajdują czas, by złapać oddech. Nawet umiera się tu ciekawiej: po łzawym pożegnaniu z przyjaciółmi, ratując ukochaną przed złoczyńcą lub przynajmniej padając ofiarą słynnego seryjnego mordercy. Ech, aż zazdrość bierze!

Taaak. No chyba, że nie jesteś głównym bohaterem.

Źródło: Winston Rowntree via http://www.cracked.com/blog/5-reasons-your-online-dating-profile-isnt-working/

Źródło: Winston Rowntree via http://www.cracked.com/blog/5-reasons-your-online-dating-profile-isnt-working/

Kiedy bowiem przyjrzeć się sprawie dokładniej, łatwo odkryć, że życiem w urokliwym TV Landzie rządzi przerażający, okrutny system kastowy, jakiego nie powstydziłby się Aldous Huxley. Bo prawo do ratowania świata, wspaniałych romansów i psychologicznej głębi mają tu wyłącznie bohaterowie pierwszoplanowi – przedstawiciele kasty najwyższej. Postacie drugiego planu, o stopień niższe na drabinie serialowych bytów, również mają coś z życia: choć istnieją głównie po to, by wspierać protagonistów, jeszcze się liczą w opowieści, jeszcze się rozwijają, jeszcze potrafią się wykazać głębią oraz własnym zdaniem. Ale już trzeci plan to kasta nędzarzy, zjawiających się na ekranie zaledwie przez moment, spłyconych, przerysowanych, nieraz ośmieszonych, zepchniętych na margines, którym wolno wydukać ledwie parę zdań, nim na zawsze odejdą w nicość. Jak tu zachować optymizm i pogodę ducha, kiedy twoim największym życiowym osiągnięciem jest to, że obraził cię doktor House albo to, że umarłeś w pierwszej scenie odcinka Six Feet Under?

A to jeszcze nie koniec długiej drogi w dół. Istnieje przecież kasta czwarta: bohaterowie tła. Prawdziwi pariasi TV Landu. Bezimienni. Niewidzialni. Pozbawieni prawa do zabrania głosu. Pokazujący się na ekranie tak rzadko, że prawie nieistniejący.

Źródło: http://www.trlocke.com/tag/taft-hartley/

Źródło: http://www.trlocke.com/tag/taft-hartley/

Istnieje oczywiście przyczyna tak nieludzkiej segregacji postaci fikcyjnych. Jest nią prawo zachowania szczegółu, pierwsze i najważniejsze przykazanie serialowego multiversum. A głosi ono: każdy szczegół podany w dziele musi być istotny. Odcinek trwa zaledwie 45 minut – a trzeba w nim przecież zmieścić spójną, ciekawą, zamkniętą fabułę, jednocześnie rozwijając wątki przewodnie całego sezonu. Każda sekunda jest zatem na wagę złota i nie warto marnować czasu na pokazywanie rzeczy dla historii nieważnych. Co to oznacza dla bohaterów pobocznych, łatwo się domyślić. A w dodatku ekonomia przekazu krzyżuje się w tym miejscu z ekonomią produkcji: przyjęło się, że aktorowi, który ma rolę mówioną, należy zapłacić więcej, stąd w serialach spotykamy zaskakująco wiele osób, które milczą nawet wtedy, gdy według wszelkiej logiki odezwać się powinny. Jak na przykład biedny policjant z jednego z odcinków Criminal Minds, który, wyrzucany za drzwi przez swojego komendanta na oczach gości z FBI, nie mógł nawet odpowiedzieć „Yes, sir!”, odchodząc ze spuszczoną głową…

Być może najcelniej istotę prawa zachowania szczegółu ujął Kurt Vonnegut, pisząc: „Każde zdanie musi spełniać jedną z dwóch funkcji: odsłaniać bohatera lub rozwijać akcję”. Twórca, który się do tej reguły nie stosuje i mnoży niepotrzebne detale, wystawia się na zarzut lania wody – lub, co gorsza, może wprowadzić swych odbiorców w błąd. Fani Harry’ego Pottera pamiętają z pewnością słynny przypadek Marka Evansa, mugolskiego chłopca wspomnianego przelotnie w tomie piątym cyklu, który wskutek niedopatrzenia autorki nosił takie samo nazwisko, co matka Harry’ego za czasów panieńskich. Wielbiciele przygód chłopca, który przeżył, natychmiast doszli do wniosku, że taka zbieżność nie może być przypadkowa – i potrzeba było dopiero oficjalnego zdementowania plotki przez J.K. Rowling, żeby przekonać ich, że Mark Evans nie jest tajemniczym kuzynem Harry’ego, który lada moment zamiesza w fabule.

Na domiar złego w serialu stworzyć nieświadomie taki fałszywy trop jest znacznie łatwiej niż w literaturze. Czasem wystarczy przejęzyczenie ze strony aktora lub rekwizyt omyłkowo pozostawiony w kadrze, by fani zaczęli tworzyć dziesiątki błędnych teorii – a że w przypadku produkcji opartych na zagadkach i intrygach twórcy często w wywiadach po prostu kłamią, odkręcić takiego nieporozumienia prawie nie sposób. Pogłoska głosząca, że potwór z czarnego dymu, tajemnicza istota z Zagubionych, pojawia się już w pierwszych scenach pierwszego odcinka, powodując eksplozję na plaży, utrzymywała się przez całe lata nawet po tym, jak Carlton Cuse i Damon Lindelof objaśnili, że widoczny wówczas cień to po prostu kiepski efekt specjalny.

Fot. ABC via dube.wordpress.com

Fot. ABC via dube.wordpress.com

A jednak – choć prawo zachowania szczegółu dyktuje, iż należy pokazywać tylko to, co ważne – nie sposób takich nieporozumień uniknąć, bo ekranowy świat, w którym rozgrywa się akcja serialu, musi równocześnie sprawiać na widzu wrażenie żyjącego. Oznacza to, że bohaterowie epizodyczni i postacie tła, choć mogą czasem wprowadzać w błąd, są w historii absolutnie niezbędni. Bez tych anonimowych tłumów na ulicach, bez strażników w więzieniach, klientów w bankach i kupujących na targu, filmowana opowieść natychmiast odsłoniłaby przed nami swoją umowność, a nie tego przecież oczekujemy, zanurzając się w życie naszych ukochanych bohaterów. To nie teatr, gdzie wystarczy trzech aktorów, krzesło i patyk, żebyśmy zapłakali nad tragicznym losem Makbeta! Szczególnie dobrze widać to w proceduralach typu Criminal Minds czy CSI, gdzie na miejscu zbrodni poza głównymi bohaterami kręci się zawsze liczna grupa policyjnych techników, fotografów, reporterów, ratowników medycznych i gapiów – po to tylko, żebyśmy uwierzyli, że to wszystko dzieje się naprawdę. Ale może najlepiej zdawali sobie z tego sprawę twórcy Zagubionych – i dlatego w ich serialu wraz z postaciami pierwszoplanowymi rozbiła się na bezludnej wyspie cała chmara „extrasów”, którzy zajmowali się głównie opalaniem, pływaniem i krojeniem papai, tworząc wiarygodne tło dla ciekawszych przygód głównej obsady. A ilekroć trzeba było podnieść napięcie i przypomnieć widzom, o jaką grę toczy się stawka, twórcy bez problemu odwoływali się do chlubnego przykładu Star Treka i kilku „redshirtów” widowiskowo pozbawiali życia.

Fot. NBC via http://joesgeekfest.wordpress.com/

Fot. NBC via http://joesgeekfest.wordpress.com/

Ciężkie jest życie pariasa. Statyści odgrywający postacie tła także nie mają lekko – wiem z opowieści znajomych, jak nużące potrafi być tkwienie przez kilka godzin przy kawiarnianym stoliku i pozorowanie rozmowy tylko po to, by zapewnić tło dla cudzych przygód. W końcu nikt nie lubi być nieważny! Telewizja, filmy i książki od małego przyzwyczajają nas do myśli, że każdy jest głównym bohaterem własnego życia – i nieraz czujemy się absurdalnie zawiedzeni, gdy okazuje się, że akurat komu innemu przypadła kluczowa rola w toczących się wypadkach. A ilu jest fanów, którzy, złaknieni choć cząstki splendoru, stawiają się tłumnie na każdym spotkaniu z ukochaną aktorką czy aktorem, by potem w domowym zaciszu wykłócać się z przyjaciółmi, że to właśnie do nich przez moment uśmiechnęła się gwiazda?

Na szczęście nie wszystko jeszcze stracone – czasem i statyści miewają szczęście. Granica pomiędzy bohaterem tła a postacią trzeciego planu jest cienka i wcale nie tak trudno ją przekroczyć. Nieraz się okazuje, że stworzona na potrzeby chwili postać tak się spodoba widzom, że domagają się jej powrotu – i postać nagle awansuje do wyższej kasty. Taki los spotkał na przykład sir Leona, jednego z dziesiątków milczących Rycerzy Okrągłego Stołu w Merlinie, który wskutek popularności wśród fanów otrzymał najpierw imię, głos i osobowość, a następnie objął istotną funkcję u boku samego króla i tym sposobem zakorzenił się w fabule na dobre. Podobny awans społeczny stał się udziałem również bohaterów (tym razem trzecioplanowych) innych seriali: Tahmoh Penikett tak przypadł do gustu widzom Battlestara Galactiki jako dzielny Helo, że zamiast zginąć w pierwszym odcinku, wszedł do głównej obsady, a zaproszony gościnnie na trzy odcinki Michael Emmerson został ostatecznie Głównym Złym Zagubionych. Całkiem nieźle jak na „extrasów”!

Fot. Sy Fy

Fot. Sy Fy

A czasem, gdy twórcy serialu mają odwagę wykazać się kreatywnością, nawet bohaterowie tła, którzy nie przechodzą społecznego awansu, potrafią pozostać widzom w pamięci. Bo w końcu kto powiedział, że zasady zachowania szczegółu należy tak niewolniczo przestrzegać? W ożywianiu tła celują głównie seriale komediowe lub przynajmniej skłonne do żartów, wiedząc, że zbytnia powaga bywa dla dzieła szkodliwa. W odcinku Doctora Who zatytułowanym The Idiot’s Lantern główny bohater w trakcie przesłuchania oznajmia policjantom, że człowiek nie jest w stanie objąć ręką swojego łokcia tak, by palce się zetknęły – a wówczas uważny widz spostrzec może w tle bezimiennego oficera, który na własnym ciele sprawdza, czy to prawda. Ale absolutnym mistrzem w tego typu zabiegach jest Community, gdzie rozgrywające się w tle sytuacje i żarty, które wyłapuje się dopiero przy którymś z kolei seansie, są na porządku dziennym. Wystarczy wspomnieć choćby o całym panteonie postaci trzecioplanowych, które zaskakująco często jak na osoby „nieważne” odgrywają kluczową rolę w akcji, na przykład uczestnicząc jako kandydaci w szkolnych wyborach samorządowych lub nawet organizując ogólnoszkolny bunt przeciwko bezprawnemu zajmowaniu sali do nauki przez głównych bohaterów serialu. Ale i bezimienne postacie tła potrafią tu zabłysnąć. Ukryty w jednym z odcinków wątek narodzin dziecka, w którym uczestniczy członek głównej obsady, to może najbardziej znany przykład, ale jest ich o wiele, wiele więcej. Jak choćby moment, gdy dwie postacie tła pozwalają sobie na przelotny romans w toalecie…

Fot. NBC via http://www.reddit.com/r/community/comments/1ijomb/remember_how_the_study_group_didnt_notice_buddy/

Fot. NBC via http://www.reddit.com/r/community/comments/1ijomb/remember_how_the_study_group_didnt_notice_buddy/

A na zakończenie warto chyba wspomnieć, że nam, Polakom, los statystów lub bohaterów epizodycznych w cudzych fabułach powinien być szczególnie bliski. Jako że wskutek emigracji zarobkowej i turystyki nie sposób rzucić kamieniem w dowolnym miejscu na świecie, by nie trafić w naszego rodaka, Polacy zaskakująco często pojawiają się w tle amerykańskich czy brytyjskich seriali i filmów. Jeden z protagonistów Community, Abed Nadir, jest pochodzenia palestyńsko-polskiego i czasem wypowiada na ekranie zdania w pięknej nadwiślańskiej mowie, a jego akademikowy współlokator to swojsko brzmiący Pavel Iwaszkiewicz. W Boardwalk Empire pojawia się gangster nazwiskiem Mieczysław Kuzik. W jednym z odcinków Doctora Who bohaterka przesłuchuje polskiego imigranta pracującego w opanowanej przez kosmitów fabryce, który na wszelkie pytania odpowiada: Aj kejm hir tu łork. A grający w GTA IV mogą wśród przechodniów na ulicach Liberty City natknąć się na panią, która wypowiada kilka miłych naszemu uchu zdań, w tym między innymi, oczywiście, nieśmiertelne słówko na „k”.

Czemu w ogóle o tym mówię? Bo jako widz (i gracz) dość empatyczny, który od czasu do czasu odrywa się od fabuły i współczuje milczącym, lecz przecież ważnym bohaterom tła – a czasem nawet sam dopowiada im w głowie różne wątki – zawsze przyjmuję takie sytuacje ze wzruszeniem. Ach, rodacy. Zwykli-niezwykli zjadacze chleba. Czasem tak niewiele wystarczy, żeby wyróżnić się z tłumu.

Przemek Zańko: czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.

Przemek Zańko

Czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.