Fot. FX

Niech płonie (American Horror Story, S03E05)

Artykuł zawiera spoilery.

Po urwaniu fabuły tuż przed atakiem zombie na szkołę czarownic, w tym tygodniu akcja American Horror Story rusza dokładnie w tym samym momencie, w którym skończyła się ostatnio, i widzimy, jak główni bohaterowie zacięcie bronią się przed nieumarłymi. I wychodzi im to całkiem nieźle.

Obrona domu przed hordą ożywionych trupów kierowanych przez Marie zajmuje mniej więcej połowę odcinka i wypełniona jest tym, co w gatunku najlepsze. Mamy zatem obowiązkową postać niedowiarka, który uważa, że to wszystko to głupi dowcip, a którego później trzeba ratować. Mamy schronienie się przed zombie w samochodzie i w ciasnym pomieszczeniu, z którego nie ma wyjścia, a także chowanie się w najwyżej położonym pokoju. Mamy wreszcie fantazyjne użycie piły łańcuchowej przy dekapitacji i pozbawianiu przeciwników kończyn. Wszystko w charakterystycznym klimacie gore, gdzie posoka obficie opryskuje bohaterów, a jelita to dla chodzących trupów ulubiony organ do wyrywania. Mamy tu według mnie wyraźny hołd dla klasycznych filmów gore i slasherów, a także produkcji George’a Romero. Wygląda mi ten odcinek również po trosze na pastisz, ale to może kwestia mojej niezdolności do potraktowania na serio nastolatki robiącej krwawą jatkę przy pomocy piły łańcuchowej.

Fot. FX

Fot. FX

To jednak nie jedyne widoczne nawiązanie do klasyki horroru – sceny w szpitalu i zachowanie Fiony przywodzą nieco na myśl azjatyckie dzieła, w których panuje lekko oniryczny klimat, po korytarzach snuje się jakaś niezidentyfikowana postać, a rzeczywistość przeplata się z tym, co nadnaturalne (a przynajmniej początkowo tak się wydaje). Do tego po skutecznej obronie przed zombie druga połowa odcinka upływa na kolejnej wizycie Rady u Fiony, a w efekcie znowu, tym razem już dłużej niż w przypadku Misty, widzimy proces spalenia czarownicy na stosie i to przez inne czarownice, co jest ironicznym zabiegiem ze strony scenarzystów. To trochę tak, jakby Murzyni zakładali stroje Ku-Klux-Klanu i wieszali innych czarnoskórych ze swojej społeczności zgodnie z obowiązującymi tradycjami.

Obok tych głównych wątków subtelnie przewija się też relacja na linii matka-córka i to na przykładzie różnych postaci. Właściwie wszystkie chwytają za serce, ale spośród matek chyba Madame LaLaurie należałoby najbardziej współczuć. Kathy Bates przekonująco zagrała ją po metamorfozie wbrew moim obawom (a w zasadzie wbrew obawom, że przemiana będzie zbyt gwałtowna), a jej postać wykazała się dużą odwagą przy próbie dialogu ze swą latoroślą. Z kolei wśród córek w sytuacji najmniej godnej pozazdroszczenia znajduje się Cordelia, ale być może utrata jednego zmysłu zwiastuje początek wyostrzenia pozostałych, a w efekcie zastąpienie Fiony na stanowisku „Najwyższej”.

Fot. FX

Fot. FX

To zresztą ciekawa kwestia. Twórcy co rusz podrzucają nowe tropy co do tożsamości nowej przywódczyni, by w kolejnych scenach jedynie utrudnić nam odgadnięcie tej zagadki. Po ostatnim odcinku szala przechyla się nieznacznie bardziej ku Zoe, której moc zaskoczyła nawet Marie, ale tak naprawdę na chwilę obecną na czele czarownic może stanąć każda z uczennic plus Cordelia. To natomiast oznacza dalsze intrygi ze strony Fiony, która już udowodniła, że nie cofnie się przed niczym, by utrzymać swoją pozycję, a w tym tygodniu dodatkowo pokazała, że jest mistrzem manipulacji. Najbardziej straciła na tym oczywiście Myrtle, ale ostatnia scena sugeruje, że zachowanie Fiony jeszcze może odbić się rykoszetem i zaszkodzić jej samej.

W ostatnim odcinku całkowicie zarzucono wątek Kyle’a, co zrozumiałe, bo zbyt wiele się działo w bardzo krótkim czasie, ale mam nadzieję, że już za tydzień do niego powrócimy, bo ma w sobie potencjał, a póki co jego realizacja przebiega średnio. Liczę przede wszystkim na to, że Zoe poczuje się do odpowiedzialności i przypomni sobie o nieobliczalnym monstrum biegającym po Nowym Orleanie i nie będzie tak, że znowu napotka go przypadkiem. W tym tygodniu praktycznie nie pojawiła się też Marie, jedynie efekty jej magii, ale zombie daleko do niesamowitego klimatu, jaki towarzyszy odprawianym przez nią rytuałom. Z drugiej strony jej nieobecności aż tak się nie zauważało, bo to jednak był naprawdę dynamiczny odcinek. Po raz kolejny natomiast przypomniano nam na parę chwil o Madison i ekscentrycznych (by nie powiedzieć – chorych) działaniach Spaldinga. Zastanawiam się, ku czemu to zmierza, bo póki co cała sytuacja sprawia wrażenie, jakby miała po prostu szokować i udowadniać, że w tym serialu normalnych postaci ze świecą szukać. Do tego scena z urwaną kończyną, podobnie jak Zoe z piłą łańcuchową, ociera się nieco o śmieszność i mimo wszystko nie do końca ją kupuję.

Fot. FX via read-listen-watch.tumblr.com

Fot. FX via read-listen-watch.tumblr.com

Generalnie ostatni odcinek utrzymuje wysoki poziom obecnego sezonu. Atmosferę ezoteryzmu i tajemniczości zastąpiono klimatami gore, ale niekoniecznie było to złe posunięcie (zwłaszcza biorąc pod uwagę okoliczności Halloween). Mieliśmy dużo akcji, emocjonujących dialogów i wiele trudnych decyzji. Fiona, zamiast pozbyć się wroga, jedynie wzmocniła jego nienawiść i żądzę zemsty, Marie być może chwilowo zejdzie z wojennej ścieżki, by na nowo przemyśleć, z kim przyjdzie jej się zmierzyć, Cordelię czeka całkowicie nowe życie, a przed Zoe cały czas stoi nierozwiązany problem Kyle’a. Moje zarzuty dotyczą jedynie wspomnianych elementów pastiszowych, bo, choć jestem świadomy charakterystyki gatunku, to wcześniej tego typu sceny aż tak nie zwracały mojej uwagi (a tym razem tak, ale bynajmniej nie w sposób jednoznacznie negatywny, po prostu coś nie do końca zaskoczyło w mechanizmie). Pojawiło się też parę skrótów fabularnych (konfrontacja Madame LaLaurie z córką i potem nagłe pojawienie się zmarłej na piętrze), ale na tle wielu innych seriali American Horror Story to wciąż niezwykle solidny tytuł, na którego nowe odcinki czeka się z wytęsknieniem.

Fot. FX

Fot. FX

American Horror Story
S03E05: Burn, Witch. Burn!
emisja: 6.11.2013

Piotr ‘Ramzes’ Mrowiec
Kiedyś marzył o byciu astronomem, dzisiaj już nie marzy, tylko jest filologiem. Humanista z wyboru, umysł ścisły w sercu. Zawsze z milionem pomysłów do napisania czegoś i zbyt rozwiniętym leniem, by faktycznie to zrobić. Na oglądaniu seriali spędza zdecydowanie zbyt dużo czasu, ale już nauczył się z tym żyć i przyznawać do tego.

Piotr "Ramzes" Mrowiec

Kiedyś marzył o byciu astronomem, dzisiaj już nie marzy, tylko jest filologiem. Humanista z wyboru, umysł ścisły w sercu. Zawsze z milionem pomysłów do napisania czegoś i zbyt rozwiniętym leniem, by faktycznie to zrobić. Na oglądaniu seriali spędza zdecydowanie zbyt dużo czasu, ale już nauczył się z tym żyć i przyznawać do tego. Ideałem dla niego byłyby podróże po świecie i opisywanie swoich doświadczeń.