Fot. NBC via http://bookcritiquerscommentary.blogspot.com/2012/12/list-shows.html

Szkoła życia (Community)

Artykuł nie zawiera spoilerów.

Zawsze uważałem, że jest coś niesamowitego w tym, jak silnie kształtuje nasze życie przypadkowa zbieranina ludzi, z którymi wylądowaliśmy w szkole. Oto młody człowiek – formująca się dopiero jednostka gatunku homo sapiens – zostaje otoczony mniej lub bardziej liczebną grupą ludzi, którzy staną się odtąd na najbliższych kilka lat główną treścią jego życia. Nieraz to ślepy traf decyduje, czy w worku zwanym klasą, do którego nas wrzucono, znajdziemy bratnie dusze, czy może stado baranów – i w kogo nas to przemieni.

Studia to już nieco inna bajka – ale i tutaj całkiem często się zdarza, że zrządzeniem losu człowiek ląduje pośród osób, jakimi z własnego wyboru nigdy by się nie otoczył. Obłąkani współlokatorzy z akademika, dyskutanci o niepokojących poglądach, poznani na imprezach oryginałowie, profesorowie bez piątej klepki… Stężenie dziwaków na metr kwadratowy jest na uczelniach zaskakująco duże. A że studia to czas wielkich przemian związanych z wchodzeniem w dorosłość, rozciągnięty na pięć lat rytuał przejścia, człowiek nieraz ku własnemu zaskoczeniu odkrywa, że prawdę mówiło stare przysłowie: z kim przestajesz, takim się stajesz. A dziwność bywa zaraźliwa.

Ale czy to źle? Jeśli wierzyć Community, czasami przebywanie wśród ekscentryków to najlepsza rzecz, jaka może człowieka w życiu spotkać.

Fot. NBC

Fot. NBC

Rzadko się zdarza, że naprawdę zakochuję się w serialu. Moje serce podbiło jak dotąd tylko kilka produkcji: House, M.D., Six Feet Under, Doctor Who, swego czasu Zagubieni. Tylko te wciągnęły mnie na tyle, bym miał chęć oglądać na YouTube wywiady z aktorami, myszkować po sieci w poszukiwaniu ploteczek i cieszyć się jak dziecko z każdego odcinka, miniodcinka czy zwiastuna. Fakt, że po zaledwie kilku odcinkach Community dołączyło do tego zacnego grona, całkowicie mnie zaskoczył. No bo niby jak i dlaczego? Tu drama medyczna z Hugh Lauriem i najstarszy serial SF na świecie, a tam amerykańska komedia o bandzie dziwaków na jeszcze dziwniejszej uczelni, pełna zabaw konwencją i nawiązań do popkultury – gdzie Rzym, a gdzie Krym?

A jednak Community rozkochało mnie w sobie jak świeża niczym pączek róży, lecz wytrawna w swym fachu kokietka. Teraz mówię zatem głośno: to jeden z najlepszych seriali, jakie w życiu widziałem. I gdybym miał wskazać jeden powód, dla którego tak się stało, wskazałbym na aspekt, który zawodzi w zaskakująco wielu produkcjach, a tutaj nie zawodzi nigdy: postacie. Napisane i zderzone z sobą w taki sposób, że nie sposób oderwać wzroku od ekranu.

Fot. NBC

Fot. NBC

Przystojny cwaniak. Płytka aktywistka. Świętoszkowata samotna matka. Była gwiazda sportu. Dziwak z obsesją na punkcie popkultury. Niestabilna psychicznie kujonka. A na dokładkę rasistowski, seksistowski, podstarzały wieczny student. Zebrani w jedną grupę przez przypadek, któremu na imię uczelnia Greendale. Zdawałoby się – nic nowego. Ulubioną strategią seriali komediowych jest wrzucić do jednego worka garść stereotypów i pozwolić po prostu, by ścierały się ze sobą, krzesząc skry humoru: tak działali słynni Przyjaciele, tak działa How I Met Your Mother i Glee. Ale tym, co wyróżnia Community, jest fakt, że przerysowane postacie potraktowano tu z pełną powagą.

Przedstawienie na temat szkodliwości narkotyków? Świetny pretekst, by pokazać, jak łatwo ambitna i szlachetna Annie nagnie własne zasady moralne, gdy Pierce zaoferuje jej pieniądze na czynsz. Praca w grupach z biologii? Wystarczy kazać bohaterom podzielić się na pary, by natychmiast wyszło na jaw, jak wiele niechęci i złości kryje się pod wzajemną życzliwością.  Szkolne rozgrywki paintballowe? Wymarzona okazja do flirtu między Jeffem a Brittą, a także pogłębienia przyjaźni między Troyem i Abedem. Jakimś sposobem w całym tym szalonym korowodzie parodii znanych filmów, wyśmiewania się z serialowych klisz oraz metadowcipów psychologiczna głębia postaci zostaje zachowana. Britta i Shirley docinają sobie nawzajem nie dlatego, że tak kazał im scenariusz – ale dlatego, że tak różne mają poglądy. Jeff nieco zbyt chętnie strzeże Annie przed zagrożeniami wcale nie po to, by widzowie mieli swój wątek romantyczny – po prostu z racji swych problemów z ojcem bywa nadopiekuńczy.

Fot. NBC

Fot. NBC

Głębia to zresztą dla Community słowo-klucz. Inne seriale komediowe mogą rysować świat kilkoma grubymi krechami – dzieło Dana Harmona, nie rezygnując z przerysowania i gagów, buduje złożone, skomplikowane universum uczelni Greendale, które zdaje się żyć własnym życiem. Jest tu lubiący przebieranki (i Jeffa) dziekan Pelton, nieustannie dokładający starań, by jego ubożuchna i wyśmiewana uczelnia świeciła przykładem tolerancji oraz społecznego zaangażowania. Jest cała plejada nauczycieli z piekła rodem, których typowym przedstawicielem jest señor Chang, niezrównoważony psychicznie profesor języka hiszpańskiego, któremu największą przyjemność sprawia znęcanie się nad studentami. Jest rzesza postaci drugo- i trzecioplanowych, tak oryginalnych, że nie sposób ich z sobą pomylić. A w samym Greendale stale coś się dzieje, od imprez tanecznych i rozgrywek sportowych począwszy, a na kręceniu filmu reklamującego uczelnię czy tworzeniu szkolnej maskotki skończywszy. Zamiast nieistotnego tła dla żartów mamy wciągający, ciekawy świat, w którego absurdalną prawdziwość natychmiast się wierzy, bo w tym szaleństwie jest metoda.

Fot. NBC via http://www.battlefieldheroes.com/en/forum/showthread.php?tid=410024&page=3

Fot. NBC via http://www.battlefieldheroes.com/en/forum/showthread.php?tid=410024&page=3

Jeśli wierzyć przykładom produkcji takich jak How I Met Your Mother czy The Big Bang Theory, większość seriali komediowych popada w tarapaty w chwili, gdy – wyczerpawszy początkową pulę dowcipów – zaczynają się robić zbyt poważne. Krzyżują się w tym punkcie ich ekranowego życia dwa niebezpieczne trendy: słabnąca jakość coraz bardziej wymuszonych żartów i mnożenie sytuacji „dramatycznych” dla postaci. Goniący w piętkę twórcy zdają się nie rozumieć, że pięć wzruszających odcinków pod rząd to nie to samo co jedna chwytająca za serce scena pośród komediowych – i oglądalność spada.

Community unika tego zagrożenia w bardzo prosty sposób: od początku do końca skupia się przede wszystkim na relacjach między postaciami. Zamiast latami utrzymywać na siłę komediowe status quo, a potem, gdy w tym źródełku wyczerpie się humor, nagle zmuszać bohaterów, by się zmienili, twórcy Community pozwalają im stale ewoluować. Zadufany w sobie pozer Jeff przeobraża się stopniowo w człowieka bardziej sympatycznego, skłonnego pomagać innym i przyznać się czasem do błędu. Troy i Abed, początkowo raczej sobie obojętni, zostają krok po kroku najlepszymi przyjaciółmi. Udający człowieka sukcesu Pierce coraz częściej pakuje się w sytuacje, które udowadniają, jak bardzo zależy mu na akceptacji grupy. A wszystko to niejako w tle, na marginesie kolejnej zwariowanej przygody, schowane za paradą przezabawnych gagów. To jeden z tych seriali, które oglądane ponownie tylko zyskują.

Fot. NBC via http://procrastinationpandas.weebly.com/community.html

Fot. NBC via http://procrastinationpandas.weebly.com/community.html

Z racji swego absurdalnego humoru i wizualnej barwności Community na tle „poważnych” produkcji może sprawiać wrażenie amatorszczyzny, ale to tylko pozory. Ten serial jest diablo inteligentny na każdym poziomie – zwłaszcza na poziomie meta. Wszak właśnie z parodii Community słynie. Ów metahumor wyróżnia dzieło Dana Harmona spośród innych produkcji telewizyjnych i sprawia, że część widzów natychmiast się w nim zakochuje, a inni momentalnie od przygód grupki studenckiej odpadają. To całkiem zrozumiała reakcja. Nie wszyscy „kupują” postmodenistyczne zabawy konwencją i nawiązania do popkultury. Te elementy wyrywają wszak odbiorcę z zanurzenia w dzieło, przypominają mu, że to wszystko tylko fikcja – a wielu osobom trudno się przejąć losami bohaterów, gdy twórca co chwila burzy czwartą ścianę.

Community okazuje się cwane również w tym aspekcie. Zamiast kpić z konwencji i parodiować filmy „od zewnątrz”, wychodząc poza świat przedstawiony, robi to w ramach fabuły. Jeden z członków grupy, Abed, to prawdziwy maniak popkultury, który z powodu trudności z odczytywaniem i wyrażaniem emocji tłumaczy sobie świat, patrząc na niego przez pryzmat serialowych i filmowych klisz. Gdy Pierce je kanapkę, Abed toczy narrację „z offu”, w której opisuje na głos odczucia jedzącego – dopóki tamten nie każe mu się zamknąć. Gdy czuje się zagrożony, wyobraża sobie własne życie jako uroczy i beztroski sitcom z podłożonym śmiechem z puszki – a my oglądamy to na ekranie. Gdy chce zaprzyjaźnić się z Troyem – zaprasza go do wspólnego prowadzenia wyimaginowanego programu pt. „Troy and Abed in the morning”. Śmiejemy się, oczywiście, widząc te absurdy, ale przecież w gruncie rzeczy wszyscy zachowujemy się czasem jak Abed. Podkładamy w głowie soundtrack do własnego życia. Porównujemy znajomych do aktorów czy aktorek. Widzimy coś niecodziennego i czujemy się „jak w filmie”.

Fot. NBC

Fot. NBC

Dzięki temu, że Abed – podobnie jak my, widzowie – jest dzieckiem postmodernizmu i rzutuje świat fikcyjny na prawdziwy, możemy się z nim utożsamiać. Możemy razem z nim bawić się nawiązaniami do Gwiezdnych Wojen i parodiować dialogi z Pulp FictionCommunity przynosi w czystej formie to, co zatraca tak wiele seriali usiłujących być „meta” – dziecięcą radość z zabawy kulturą popularną. Ekscytację podczas mieszania w tym kotle i ciekawość, co też tym razem uda się zeń wyłowić. Samo wyliczenie składników, z których składa się serwowana nam potrawa, zajęłoby długie godziny. Glee, Mroczny Rycerz, wszystkie możliwe filmy akcji, Doctor Who, Tajemniczy ogród, Law & Order, Apollo 13, Dobry, zły i brzydki, Chłopaki z ferajny, 28 dni później – to ledwie ułamek całej listy. To, co w innych serialach lub filmach z cyklu Straszny film nuży już nas i męczy jako wtórne, przemielone po wielokroć, tutaj znów staje się świeże. Klisze znów bawią. A przecież często Community wskakuje na poziom jeszcze wyższy i (pozostając wciąż „wewnątrz” świata przedstawionego!) bawi się samą konwencją serialu, telewizją jako medium lub grami komputerowymi. Jazda bez trzymanki – a jednak nie spadamy.

Fot. NBC

Fot. NBC

Może rzecz w tym, że uczelnia Greendale to miejsce przyjazne dla każdego bez wyjątku. Nikt tu nie jest standardowy czy banalny, nie ma nudnych zwyklasów: żeby trafić w sam środek tego kociokwiku, a potem jeszcze go przetrwać, trzeba dumnie wystawić na widok publiczny własną dziwność i otworzyć się na dziwność cudzą. Pozwolić się wciągnąć w szalone przygody bez obawy, że zanadto nas to zmieni. Kto wejdzie między wrony, musi krakać jak i one!  Community, podobnie jak Doctor Who, to jedna z tych produkcji, które natychmiast odrzucają od siebie nudziarzy i pozerów – bo ktoś, kto traktuje samego siebie nazbyt poważnie, nigdy nie zaakceptuje serialu, który nieustannie kpi. Oraz który nie boi się śmieszności. Greendale, słusznie wyszydzane za katastrofalnie niski poziom edukacji, uczy swoich wychowanków czegoś znacznie ważniejszego: odwagi w mierzeniu się z chaosem życia, humoru w każdej sytuacji oraz samoakceptacji. Jesteś nietypowy? To nic. Przyjdź do nas, spotkasz innych sobie (nie)podobnych. Nauczysz się z nimi współpracować i przyjaźnić. A może nawet, Boże uchowaj, stworzycie wyjątkowo oryginalną rodzinę i już nigdy nie zechcecie się rozstać. A jeśli nie, to przynajmniej przeżyjecie razem przygody doprawdy niezapomniane.

Fot. NBC

Fot. NBC

Przypuszczam, że serial Dana Harmona zestarzeje się błyskawicznie, bo im dalej w przyszłość, tym mniej czytelne stawać się będą pewne nawiązania oraz tym mniej zabawne niektóre żarty, które dziś są „na czasie”. To nie materiał na pomnik trwalszy niż ze spiżu. Ale póki co, tu i teraz, mamy fantastyczną i prześmieszną podróż przez naszą wspólną ojczyznę, popkulturę, w towarzystwie bohaterów, którzy tyleż bawią, co wzruszają – a w dodatku zmieniają się nieustannie. Czego chcieć więcej?

Community
Sitcom
NBC, USA, 2009–

Przemek Zańko: czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.

Przemek Zańko

Czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.