Fot. CBS

Stare wygi (Criminal Minds, S09E01–04)

Artykuł zawiera spoilery.

Dziwna sprawa z tymi serialami. Wyobrażam je sobie czasem jak zwierzęta w dżungli: rodzą się, mnożą, krzyżują, walczą o przetrwanie, przystosowują do warunków środowiska, a mimo to wśród zaciekłej konkurencji o widzów większość nie dożywa drugiego sezonu. Z drugiej strony – jeśli któryś dotrwa już do sędziwego wieku sześciu lub więcej sezonów, jest już starym wygą, któremu żadne drapieżniki niestraszne.

Do takiego punktu dotarł jakiś czas temu mój ulubiony policyjny procedural, czyli Criminal Minds. Po niezliczonych starciach ze złoczyńcami, tysiącach rozwiązanych spraw i paru bolesnych stratach nasza dzielna drużynka agentów FBI przekształciła się w prawdziwą rodzinę. Trudno sobie wyobrazić, że cokolwiek mogłoby rozerwać więzi pomiędzy bohaterami lub na serio im zagrozić. Finał poprzedniego sezonu usiłował nami wstrząsnąć na tym właśnie polu, ale w moim odczuciu nie dał rady. Strauss? Pewnie, tragiczne to było i poruszające, ale – jak pokazuje póki co ten sezon – naruszyć tak mocno ustalone status quo nie jest łatwo. Przegraliśmy? Trudno, następnym razem wygramy. Kupą, mości panowie. Kupy nic nie ruszy.

Fot. CBS

Fot. CBS

Przyznać natomiast trzeba, że sezon dziewiąty zaczął się nierówno. Niby nic w tym niepokojącego – ot, zmęczenie materiału – ale w wieku, gdy byle potknięcie może się skończyć bolesnym złamaniem nogi w biodrze, seriale muszą być ostrożne. Tymczasem przyznam z pewnym niezadowoleniem, że otwierająca sezon dwuczęściowa opowieść o dobrym i złym bliźniaku, choć ciekawa, wywołała we mnie mieszane uczucia. Sam pomysł jest „klasyczny”, zrealizowany już w każdym możliwym medium tysiące razy, i dlatego tym bardziej trzeba się postarać, by zadziałał jak należy – a w Criminal Minds niestety nie zadziałał.

Zacznijmy od zauważenia, że zarówno sam morderca, jak i jego rodzinka byli nawet jak na standardy serialu o seryjnych mordercach mocno pokręceni. Wzorowanie się na modliszce? Trzymanie na wpół zjedzonej kobiecej głowy w lodówce? W poprzednich sezonach zdarzali się zwyrodnialcy co najmniej równie chorzy, ale mam wrażenie, że temat potraktowano tam głębiej. Mieliśmy już nieraz Reida reagującego ostro na stawianie znaku równości między chorobą umysłową a skłonnościami psychopatycznymi, mieliśmy wykład Rossiego na temat wrodzonych wad i warunków wychowania, które mogą obudzić w człowieku mordercę. Tymczasem tutaj głębia psychologiczna sprowadza się do równania, zgodnie z którym obłąkany ojciec plus obłąkana matka równa się dwójka obłąkanych dzieci. Jest to oczywiście możliwe – ba, wielce prawdopodobne! – ale na ekranie jakoś biło po oczach. A już zwłaszcza moment, w którym wychowany w zupełnie innych warunkach brat bliźniak mordercy z dnia na dzień dorównuje mu w okrucieństwie i szaleństwie. Albo sugestia z zakończenia, że odciski palców to w sądzie niewystarczający dowód, ale tik nerwowy wskazany przez chorego psychicznie ojca – już tak. Odrobinę umiaru, scenarzyści!

Fot. CBS

Fot. CBS

Na szczęście już chwilowe niebezpieczeństwo, że Hotch opuści jednostkę, by piąć się po szczeblach kariery – Bogu dzięki, szybko zażegnane – zagrało bardzo dobrze. Podniósł mnie też na duchu wątek zarozumiałego prawnika jednego z braci, którego w wielce satysfakcjonujący sposób zmuszono do pokory. A resztę moich obaw dotyczących tego sezonu rozwiał odcinek trzeci. Dziwnie to może zabrzmi, ale uwielbiam odcinki, w których zagrożenie ma charakter terrorystyczny, masowy. Jest w nich jakaś intensywność, napięcie na zupełnie innym poziomie, poczucie realnego i prawdziwego zagrożenia, które podczas grzebania w pokręconych umysłach zbrodniarzy nie zawsze mi towarzyszy. Hm, może to skutek uboczny bycia częścią pokolenia World Trade Center? A może efekt wychowania na filmach sensacyjnych?

Tak czy owak tajemnica snajpera, który zarazem jest i nie jest zorganizowany, oraz historia dwójki uciekinierów zaciekawiły mnie mocno. Nasi agenci bardzo często podejrzewają, że takie czy inne ślady znalezione na miejscu zbrodni to „forensic countermeasure”, działanie nastawione na zmylenie pościgu, ale zwykle okazuje się, że nie mieli racji – tymczasem tutaj rzeczywiście okazało się, że morderca pozoruje tylko chaos podczas strzelania. Ulubieniec publiczności, doktor Spencer Reid, po raz kolejny miał okazję zabłysnąć geniuszem w efektownym montażu, a tego nigdy dość. W dodatku mam poczucie, że dowiedziałem się z tego odcinka czegoś nowego o świecie – a konkretnie o tym, jak maltretowane przez partnerów kobiety usiłują się przed nimi chronić. Interesujące i podnoszące na duchu, nawet jeśli Criminal Minds w tym wypadku ledwie otarło się o prawdę.

Fot. CBS

Fot. CBS

Żal mi tylko trochę było, że dzielny obrońca uciekającej przed prześladowcą pani okazał się ostatecznie właśnie poszukiwanym przez FBI snajperem – nie dlatego, że był to tani chwyt albo że kiepsko zrealizowany, ale dlatego, że bardzo go polubiłem. Dzielny, rzeczowy, mądry. No cóż, chyba świadczy to po prostu, jak dobrze poprowadzono w tym odcinku fabułę i postacie. Zostałem jako widz skutecznie oszukany, wierzyłem w pokazaną na ekranie sytuację aż do końca. Tak trzymać!

Odcinek czwarty z kolei, kontynuujący dobrą passę, skojarzył mi się mocno z późnym House’em, a konkretnie z historią zatytułowaną Lockdown. Tam również bohaterowie musieli znaleźć sposób na komunikację z pacjentem, który utracił zdolność porozumiewania się za pomocą słów czy gestów. Tu sytuacja jest o tyle bardziej przerażająca, że przyczyną „choroby” są działania wyjątkowo zwyrodniałego i okrutnego psychopaty. Brrr, nie chcę sobie nawet wyobrażać, że mógłbym się znaleźć w sytuacji tych „ofiar tygodnia”. Zwłaszcza scena, w której dowiadujemy się, iż poddany lobotomii pan ma w dodatku KAMEROWE OCZY, może śnić się potem po nocach. Obawiałem się trochę, czy twórcy znajdą wystarczająco dobre uzasadnienie dla takiego sadyzmu, ale w moim odczuciu wyszli z tej sytuacji obronną ręką. W to, że motywacją do bardzo złych uczynków była chęć zaimponowania surowym rodzicom, jestem w stanie uwierzyć. No i wątek z kamerami sprawił, że większą niż zazwyczaj rolę dostała Penelope, a że kocham ją nad życie, mogę się tylko cieszyć.

Fot. CBS

Fot. CBS

Spoglądając zaś na pierwsze cztery odcinki bardziej ogólnie – jestem zadowolony ze sposobu, w jaki pokazuje nam się w tym sezonie całą drużynkę oraz relacje w jej obrębie. Małe scenki takie jak Reid uczący Blake rozwiązywać krzyżówkę na czas albo niezmiennie uroczy telefoniczny flirt między Penelope a Derekiem Morganem budują atmosferę życzliwości i przyjaźni oraz przypominają mi, za co uwielbiam te postacie. Wszyscy są tu na swoim miejscu, czują się ze sobą dobrze, współdziałają jak części doskonale pracującej machiny. Medialny skandal z odcinka pierwszego, który kiedyś mógłby poważnie zagrozić reputacji Hotcha czy JJ, zostaje z łatwością obrócony na korzyść naszych agentów. I tak powinno być!

Trudno jeszcze na tym etapie powiedzieć, jaki wpływ na status quo będzie mieć nowy szef. Z jednej strony w ciągu tych paru spraw, w których uczestniczył, był w przeciwieństwie do Strauss prawie niezauważalny. Cichy, spolegliwy, grzeczny, zawsze idący swym podwładnym na rękę. Duża zmiana i duże ułatwienie, co sprawia, że podejrzewam, iż taki stan rzeczy nie będzie trwał wiecznie. Za dużo dobrego jak na Criminal Minds. Z drugiej strony – jakaś tajemnicza przeszłość wiąże nowego pana z JJ i domyślam się, że zagadka rozwiąże się dopiero w okolicach finału. Na razie uwiera mnie tylko lekko flirciarski charakter relacji między tą dwójką – mam nadzieję, że twórcy nie planują rozbić za pomocą romansu jednej z niewielu szczęśliwych rodzin w tym serialu! Tego bym chyba nie wybaczył. Ale bądźmy dobrej myśli. Czas pokaże.

Fot. CBS

Fot. CBS

Criminal Minds
S09E01: The Inspiration (Part I), emisja 25.09.2013
S09E02: The Inspired (Part II), emisja 2.10.2013
S09E03: Final Shot, emisja 9.10.2013
S09E04: To Bear Witness, emisja 16.10.2013

Przemek Zańko: czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.

Przemek Zańko

Czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.