Fot. BBC

Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam! (Doctor Who 50th Anniversary Special)

Artykuł zawiera spoilery.

Fot. BBC

Fot. BBC

Aldonna: Podczas sobotniego panelu dyskusyjnego przy okazji oficjalnego świętowania pięćdziesięciolecia Steven Moffat stwierdził: tak bardzo dręczyła mnie ta przerwa między Ósmym i Dziewiątym, że nie mogłem się oprzeć pokusie ruszenia tematu. No więc jak wyszło?

Przemek: Fantastycznie! Wojna Czasu rzeczywiście domagała się w końcu należytej uwagi: słyszymy o niej od 2005 roku, karmi się nas ciągle nowymi strzępkami informacji, Doktor wciąż nie potrafi jej sobie wybaczyć… Trauma! A skoro lada moment Jedenasty przemieni się w Dwunastego, chyba najwyższa pora, żebyśmy się z tym najbardziej bolesnym momentem w historii naszego bohatera zmierzyli. No więc zmierzyliśmy się. I moim zdaniem Moffat wyszedł z tej próby zwycięsko.

Aldonna: Prawda? Pewnie gdzieś tam może żal trochę, że rzuciliśmy tylko okiem na pogrążoną w wojnie Gallifrey (ja tam nie miałabym nic przeciwko, żeby ten odcinek trwał i trwał, uprzedzam od razu jęki, że przecież trzeba się było z tą fabułą zmieścić w czasie) – a to głównie zasługa Johna Hurta, na którego wołam od dziś No-Bullshit Doctor i którego spin-off obejrzałabym z największą ochotą.

Fot. BBC

Fot. BBC

Przemek: War Doctor bardzo, bardzo mi się podobał i cieszę się, że ten szalony (przyznajmy) pomysł Moffata zadziałał na ekranie. Zmęczony wojną, zdesperowany, ponury Doktor, który był tak inny od pozostałych, że wyrzekł się własnego imienia. Inkarnacja wyparta przez pozostałe. Mniam. No i to, jak z perspektywy „starego” Doctora Who celnie krytykował dziwactwa „nowego”!

Artur: Powiem tak: trochę się bałem pokazywania Wojny Czasu (czy też Wojny o Czas, jak chciałby polski tłumacz). Konflikt wyłącznie opisany będzie się wydawał o wiele bardziej cool, można sobie wyobrażać wojnę na paradoksy czasowe i w ogóle cuda-niewidy, arsenał niemożliwych broni Władców Czasu, the Skaro Degradations, the Horde of Travesties, the Nightmare Child, The Could-Have-Been King and his army of Meanwhiles and Never Weres. Obraz, zwłaszcza z ograniczonym mimo wszystko budżetem, musiał z tym przegrać. W efekcie trafiamy do momentu, w którym Władcy Czasu wyprztykali się już z (prawie) całego arsenału, zostają im tylko lasery w stylu Gwiezdnych wojen albo każdej innej space opery. I… to dobrze. W tej wojnie nie ma nic fajnego, są tylko przerażeni cywile, dzieci (bardzo ważne, jak się później okaże) i śmierć. A pośród tego wszystkiego: zmęczony, zdesperowany Doktor, który widzi już tylko jedno rozwiązanie całego tego konfliktu. Ogromnie mi się podobało umiejętne – choć krótkie – zobrazowanie emocji towarzyszących temu konfliktowi, zaakcentowanych dobitnie Doktorowym „NO MORE”, a także jego późniejsze rozważania na temat właściwego kroku, wspomagane przez Broń Posiadającą Sumienie.

Fot. BBC

Fot. BBC

Przemek: Wiem, że gdzieś w czeluściach internetu kotłują się teraz rozhukane fale hejtu na odcinek rocznicowy, Moffata i w ogóle cały świat. Nienawidziciele będą nienawidzić, no cóż. Ale moim zdaniem niezależnie od zamieszania czasoprzestrzennego ten odcinek zadziałał na najważniejszym poziomie: emocjonalnym. Zadziałał jako przystanek na długiej drodze życia Doktora. Rozliczył się z przeszłością i wykonał krok w przyszłość. Nie można „doić” poczucia winy w nieskończoność. To nie jest ani dobre, ani zdrowe. Doktor pogodził się wreszcie z tym, co zrobił – a raczej znalazł sposób, by przekuć tragedię w zwycięstwo. Przebaczył swojej wyklętej inkarnacji i znalazł nowy cel w życiu. Nie wiem jak wy, ale ja się wzruszyłem.

Aldonna: Przede wszystkim: zmierzył się z tym tematem. Koniec z surfowaniem na wzmiankach i traumach – zamiast tego dostaliśmy zwrócenie się frontem do tradycji ośmiu klasycznych Doktorów bez odcinania grubą kreską wojny nowych i starych serii. To zresztą, jak dla mnie, piękne zwieńczenie trwających cały rok wysiłków BBC, żeby wzbudzić na nowo zainteresowanie klasycznymi seriami rosnącej w zastraszającym tempie fanbazy (według konwentowej propagandy jest nas już 77 milionów). Pierwszy brief (1963!) opisywał Doktora jako postać owianą tajemnicą, która nie do końca wie, skąd pochodzi i dokąd zmierza. Rolę tego efektu w ostatnich siedmiu sezonach spełniała skaza w postaci odpowiedzialności za Wojnę Czasu. Teraz czeka nas coś nowego: i chyba wszyscy jesteśmy pełni nadziei.

Artur: Bądźmy szczerzy: nienawidziciele mają co nienawidzić. Tak potężny retcon wymaga olbrzymiej spójności logicznej, tymczasem Moffat już od pewnego czasu ma z logiką zaledwie luźną relację, ot, niezobowiązujące piwko od czasu do czasu.

https://www.youtube.com/watch?v=T9Q5baJ223M

Można na przykład nienawidzić fakt, że wątki z End of Time doczekały się ledwie przelotnej wzmianki (której osobiście nie wyłapałem i dopiero Ty, Przemku, zwróciłeś na nią uwagę), ale nie wywarła najmniejszego wpływu na decyzję Doktora. Można za przejaw hipokryzji uznać skrupuły Jedenastego, który wcześniej z niefrasobliwością dużo większą niż Dziesiąty mordował np. Silentów – chyba że Dzień Doktora ma być zwieńczeniem zmiany, której zaczątki widzieliśmy podczas wydarzeń na Demons Run? Na pytanie, czy ta przemiana jest wiarygodna i była wystarczająco zauważalna przez ostatnie półtora sezonu każdy musi sobie odpowiedzieć sam.

Aldonna: No, Moffat chyba cierpi na syndrom: jeśli coś zrobił RTD, to nie muszę tego traktować poważnie.

Artur: Można nienawidzić również to, że 400 lat angstu Doktora okazuje się… no cóż, trochę niepotrzebne. Odwiesiłem w czasie oglądania logikę na kołek i dzięki temu odcinek mnie również usatysfakcjonował emocjonalnie (zgadzam się także, że dobrze było coś zrobić, by uśmierzyć poczucie winy Doktora), ale takie odwieszanie nie powinno być wymogiem w czasie oglądania – dlatego nie dziwię się, że wiele osób jest niezadowolonych. Dlatego do mojego kajecika zasad twórczych wpisuję: „Amnezja, podobnie jak nieoczekiwane zbiegi okoliczności, nie jest dobrym rozwiązaniem problemów”.

Aldonna: U mnie, jak się okazuje, działa całkiem nieźle – nie pamiętam połowy rzeczy, które wydarzyły się w ciągu ostatniej doktorowej dekady, dlatego zgrzytów logicznych nie odnotowałam. Najważniejsze, że odcinek sam w sobie trzymał się kupy, więcej mi do szczęścia nie potrzeba.

Przemek: Nie wiem, nie umiem jakoś przejmować się spójnością w Doctorze Who lub jej brakiem. To znaczy: w obrębie pojedynczego odcinka powinna być, w obrębie sezonu w miarę możliwości też (szósty przegiął z tym mocno, bo obiecał odpowiedzi, a wykręcił się sianem), ale już niezgodności pomiędzy epokami różnych Doktorów zupełnie mnie nie ruszają. It’s a fun and crazy romp, enjoy the ride. Może rację mają ci, którzy twierdzą, że miłość jest ślepa…

Fot. BBC

Fot. BBC

Artur: Dla mnie ten odcinek jest napisany dość niechlujnie i nawet jeśli przymykam na to oko, to jednak nie nazwałbym go naprawdę dobrze napisanym. Choć emocji dostarczył.

Mam jednak poczucie, że tak naprawdę będziemy mogli ten ocenić to, co się wydarzyło, dopiero za jakiś czas. Jak mówi Księga: „Po owocach ich poznacie”. The Day of the Doctor otwiera przed naszym bohaterem niesamowite perspektywy, ale dopiero po ich wykorzystaniu będzie można ocenić, czy był to pomysł trafiony. Podobnie było w szóstym sezonie i mam nadzieję, że tym razem efekty będą lepsze.

Aldonna: No właśnie! Z jednej strony – zupełnie nowa przygoda! Fantastyczny cel, kto wie, czy nie najlepszy z tych, które dotąd mieliśmy. Z drugiej – Doktor zmierza ku ostatniej, jak wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, regeneracji, co znaczy, że trzeba będzie gwałtu rety szukać sposobu na odświeżenie tej kompetencji.

Sporo zresztą podczas seansu chodziło mi myśli po głowie na temat kolejnych inkarnacji Doktora. Bo że numerki przesuwają się do przodu, a War Doctor tak naprawdę jest pełnoprawnym Doktorem i nosi numer Dziewięć – samo to powinno rozsadzić fanbazę – to potwierdził i Moffat, opisując w trakcie panelu reakcję Hurta na propozycję zagrania tej roli: więc mogę być Doktorem, prawdziwym, pełnoprawnym Doktorem, ale wystarczy, że pojawię się w serialu tylko raz? Co czyni Petera Capaldi Doktorem Numer Trzynaście, a nie Dwanaście-i-Pół, jak chcieli niektórzy. Natomiast mieliły mi w głowie trybiki: czy odwrócenie działania broni zagłady przez trzech Doktorów nie będzie rodzajem paradoksu, który unieważni te trzy kolejne inkarnacje, czy oni na przykład nie znikną, albo czy linia czasowa Dziewiątego się przez to nie rozszczepi? W końcu, myślałam sobie, wybory, jakich dokonuje dotąd-Dziewiąty (czyt. Eccleston) są w ogromnej mierze oparte na powojennym angst właśnie; czy brak angst nie sprawi, że jego historia potoczy się inaczej? Ale wybrano drogę, w której wydarzenia toczą się tak samo, po prostu ich motywacje są inne. Prostsza, pewnie – ale problem z inkarnacjami pozostaje.

Przemek: Pozostaje. Natomiast przynajmniej „oficjalna” numeracja Doktorów jest wciąż taka sama, Bogu dzięki…

Natomiast z innej beczki: jestem pod wrażeniem tego, jak sprawnie w tym odcinku poprowadzono wszystkich bohaterów. Ani przez moment nie miałem poczucia, że którąś postać zepchnięto na margines, zredukowano do roli ozdoby albo wciśnięto w fabułę na siłę. Trzej Doktorzy wchodzili ze sobą w interakcje w sposób całkiem naturalny (nie wspominając już o tym, że perfekcyjnie działali jako trójca Zbrodnia–Poczucie Winy–Przebaczenie), Bad Wolf Rose dręczyła Hurta psychicznie, Clara w kluczowym momencie zaważyła na losach wszechświata, nawet Elżbieta I pokazała pazur! No i wątek Zygonów, który zajął w odcinku całkiem poczesne miejsce i nie „zmarnował” tak fajnych potworów. W ogóle konstrukcja The Day of the Doctor mi imponuje.

Fot. BBC

Fot. BBC

Aldonna: Zgadzam się, chociaż nie mogę oprzeć się wrażeniu, że odcinek byłby lepszy bez Clary. Wiem, wiem, symetria, skoro Bad Wolf Rose, to musiała być Clara; skoro Doktor stoi na granicy zbrodni, to musi być człowiek, którego ludzki pierwiastek powstrzyma go przed wciśnięciem wielkiego, czerwonego guzika (Donna, anyone?)… Ale jeśli mogę się przyznać do jednego subiektywnego, może nieuzasadnionego zgrzytu, to byłoby to.

Artur: A mnie Clara bardzo ucieszyła. Było jej dość mało, podobnie jak Billie Piper/Złego Wilka (chciałbym więcej!), ale to, co zobaczyłem, bardzo mi się podobało. Po bardzo nierównym prowadzeniu tej bohaterki w siódmym sezonie (o czym rozmawialiśmy nie raz w poprzednich wielogłosach) tutaj Clara wreszcie była postacią, w którą mogłem uwierzyć, i jej więź z Doktorem po rozwikłaniu Tajemnicy stała się od razu lżejsza i bardziej naturalna. Prawie zacząłem żałować, że nie dostaniemy jeszcze jednego sezonu z nią i Jedenastym.

Ogromnie podobała mi się też inwazja Zygonów – myślałem, że tylko narobi bałaganu w odcinku, który powinien być przecież o Rzeczach Naprawdę Ważnych, a tymczasem dała nam ładną paralelę do rozterek Doktora i dość prostą, a jednak bardzo dobrze zrobioną przygodę w stylu retro. Wracanie do starych potworów jednak ma sens i mam nadzieję, że Zygoni jeszcze się pojawią, w końcu ich zdolność zmiany wyglądu dałoby się doskonale wykorzystać w wielu odcinkach.

Fot. BBC

Fot. BBC

Przemek: Też chcę jeszcze! No dobrze, zatem wszystkie Wielkie i Ważne Wydarzenia omówione, a co z drobiazgami? Bo przecież ten odcinek aż kipiał od fantastycznych żarcików, powiedzonek i nawiązań. Co wam się najbardziej podobało? Dla mnie o pierwsze miejsce walczą: Jedenasty mówiący „L-O-L” oraz przemowa Dziesiątego do królika.

Aldonna: Trudno wybrać! Puszczanie oka do widza nabierało szczególnej mocy w konwentowym tłumie i wywoływało salwy śmiechu. Mnie urzekło rzucanie fezem (przy okazji: jaki to był znakomity przykład sprawnego scenopisarstwa! Te przejścia między kolejnymi lokacjami, och!). I a machine that goes ding. Pamiętacie z Blink? It goes ding when there’s stuff. No i sam początek, mój Boże! Toż to szkoła, gdzie uczyła się Susan!

Przemek: I obrazy większe w środku! I koń, który był Zygonem! I lot nad Londynem jak w The Eleventh Hour! I CAPALDI OMG.

Artur: I Tom Baker na koniec! Miły akcent dla tych, którzy chcieli zobaczyć starych Doktorów choćby symbolicznie – przypominający plany (ostatecznie nie zrealizowane) wrzucenia Connery’ego jako gajowego w Skyfall. Miło, że mimo wszystko o nich nie zapomnieli. (A jeśli chcielibyście zobaczyć też Petera Davisona, Colina Bakera, Sylvestra McCoya i jeszcze kilka znajomych twarzy, obejrzyjcie Five(ish) Doctors Reboot.)

Fot. BBC

Fot. BBC

Aldonna: To ja dodam jeszcze, że w ramach pozostawania w nastroju rocznicowym polecam gorąco napisany przez Marka Gatissa fabularyzowany film dokumentalny o Williamie Hartnellu, Doctor Who: An Adventure in Space and Time. Brawurowa rola Davida Bradleya, dobry scenariusz, solidna realizacja. Polecam zwłaszcza tym, którzy widzieli (obie wersje) An Unearthly Child i ciekawią ich stories of origin.

Artur: An Adventure in Space and Time to świetne dopełnienie rocznicy. Moffat rzeczywiście skupił się w odcinku na przyszłości serialu, dorzucając kilka smaczków. Film Gatissa przypomina też o przeszłości.

Ogólnie rzecz biorąc, jestem świętowaniem usatysfakcjonowany i pozostaje mi tylko zakrzyknąć na koniec: „sto lat!”.

Doctor Who

50th Anniversary Special: Day of the Doctor, emisja: 23.11.2013

Aldonna Pikul: człowiek–organizacja, technokracja i spełnianie życzeń! Chy­ba wy­na­la­zła spo­sób na na­gię­cie cza­so­prze­strze­ni i jej do­ba na pew­no nie ma 24 go­dzin. Po­za pra­cą i stu­dia­mi ba­wi się w pi­sa­nie tek­stów w in­ter­ne­tach, mar­nu­je mło­dość czy­ta­jąc fej­sa i rssa, ga­pi się w mo­ni­tor częś­ciej niż za o­kno. Z du­cha re­da­ktor­ka i tłumaczka, ży­cio­wo czło­wiek od wszy­stkie­go, niespełniony programista, nie znaj­du­je więk­sze­go szczę­ścia niż z pa­rą dru­tów w rę­kach, mot­kiem weł­ny i do­brą dra­mą w tle.

Artur Nowrot: czło­wiek-i­ma­gi­na­cja! U­ro­dził się na Gór­nym Śląs­ku, miesz­ka w Kra­ko­wie – cho­ciaż lu­bi czys­te po­wie­trze. Chło­nie książ­ki, ko­mik­sy i se­ria­le, a wra­że­nia­mi dzie­li się tu­taj i na Wysznupanych. Re­da­gu­je i tłu­ma­czy. Jed­no ży­cie mu nie wys­tar­cza, więc naj­chęt­niej wy­myś­la his­to­rie (do ich spi­sy­wa­nia już się mu­si zmu­szać).

Przemek Zańko: czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)