Dzień Doktora (London ExCeL, 23 listopada 2013)

Dzień Doktora (London ExCeL, 23 listopada 2013)

Artykuł nie zawiera spoilerów.

Nie mogło nas tam zabraknąć! Londyn, dokładnie pięćdziesiąt lat – co do dnia! choć nie co do godziny – od emisji An Unearthly Child, pierwszego odcinka serii, którą dziś śledzi, jak donosi BBC, jakieś 77 milionów fanów na całym świecie. Czyż istnieje lepsze miejsce dla świętowania rocznicy? Reprezentacja Pulpozaurowej redakcji wsiadła w piękny, słoneczny poranek w londyńską kolejkę, by pod halą ExCeL wmieszać się w tłum Doktorów, TARDISów i towarzyszy, doświadczyć wszystkiego, co było do doświadczenia, a potem donieść wam o tym. Ku chwale Gallifrey! Pirjo i Aldonna zapraszają do lektury.

Doctor Who

Fot. Pirjo Lehtinen

Pirjo: gry i zabawy za kulisami.

Celebracja pięćdziesiątych urodzin Doktora, choć przygotowana z dużą pompą, nie była eventem idealnym. Zorganizowana w ogromnych przestrzeniach londyńskiego ExCeL, wymuszała na uczestnikach pokonywanie sporych odległości, wystawanie godzinami w długich kolejkach przed każdą z zaplanowanych odgórnie rozrywek, poddawanie się dyktatowi płynących przez głośniki poleceń, a pomiędzy atrakcjami zmierzenie się z dwoma niebezpiecznymi demonami: nudy i komercji.

Doctor Who

Fot. Pirjo Lehtinen

Stanowiska sklepowe były centralnym punktem konwentu i trzeba przyznać, że ich zawartość wodziła na pokuszenie. Można tam było nabyć dosłownie wszystko, o czym się marzyło. Pamiątkową serię znaczków Royal Mail, nadmuchiwanego Daleka naturalnych rozmiarów, pluszowego Doktora do przytulania podczas długich jesienno-zimowych nocy, kolorowe drobiazgi ze sklepiku „wszystko za funciaka”, gry planszowe i karciane, szyte na miarę kostiumy Doktorów, zdjęcia z autografami.

Doctor Who

Fot. Pirjo Lehtinen

W halach i korytarzach zaroiło się od fanów uginających się pod ciężarem reklamówek „z fantami” i ciężko byłoby znaleźć uczestnika, który nic nie kupił. Stoiska z jedzeniem i piciem też oblegano, bo cóż innego można robić w czasoprzestrzeni między panelami? Chyba tylko nauczyć się „chodzić jak Cyberman” podczas grupowego tutorialu, z pomocą instruktorki oraz wyjątkowo pokojowo nastawionego przedstawiciela Srebrnej Rasy.

Doctor Who

Fot. Pirjo Lehtinen

Atrakcyjniejsze punkty dodatkowe, jak fotka z aktorem czy jego autograf, były odpłatne i trzeba się było na nie zapisać wcześniej. Uprzedniego zapisu i okazania biletu wymagał też udział w pokazach starych odcinków oraz w odbywających się w kameralnej salce panelach z osobami tworzącymi serial. Zwykły fan ze zwyczajnym biletem w kieszeni pozostawiony był na pastwę nudy i komercji, bo ile można oglądać skromną w gruncie rzeczy, darmową ekspozycję?

Żeby jednak dostarczyć zarówno sobie, jak i Wam, drodzy czytelnicy, stosownych emocji, zaczęłam zaglądać za kulisy i rozmawiać z opiekunami wystawionych eksponatów. Ekspozycja składała się bowiem z kilkunastu stanowisk, prezentujących różne aspekty pracy nad serialem. W jednej z prawdziwych przyczep wykorzystywanych na planie serialowym, do których mało kto zaglądał, bo stały na uboczu, poznałam osobistego fryzjera i makijażystę Davida Tennanta, który pracuje z nim od czasu Casanovy i opiekował się aktorem przez wszystkie lata Doktorowania (a w erze Dziesiątego Doktora zajmował się też drugim przystojniaczkiem, Kapitanem Jackiem). Stevie Smith to postać ciekawa, odrobinę tajemnicza, i jak możecie sami zobaczyć, z imponującym dorobkiem.

A jednak to pracę z Tennantem uważa za najważniejszy moment kariery, Dziesiąty jest jego ulubionym Doktorem, w życiu prywatnym także przyjacielem. W półmroku pustego trailera Stevie pokazał mi dwie nieco przerażające peruki wykonane na podstawie pasemka włosów Davida (żeby na pewno zgadzał się kolor) używane podczas dublowania scen, w których „oryginalne” włosy zostały zamoczone lub pobrudzone. Łatwiej i szybciej było bowiem założyć perukę niż suszyć zmokłą czuprynkę. Później do przyczepy zabłąkała się mała dziewczynka,  która po cierpliwym wysłuchaniu długiego monologu Stevie’go na temat Karen Gillian (o której też musiałam się przecież jak najwięcej dowiedzieć!) zapytała cichym głosikiem: No ale czy poznał pan Amy Pond?

Doctor Who

Stevie, zawsze z Dziesiątym Doktorem na ramieniu. Fot. Pirjo Lehtinen

W drugiej przyczepie na długim rzędzie wieszaków znajdowały się kostiumy wprost z planu, od tych bardziej zwyczajnych, ludzkich strojów po mundurki przeróżnych serialowych służb specjalnych, ubiory postaci historycznych czy zbroje humanoidalnych potworów. Tu też rozmowa się opłaciła. Zachwycił mnie pęk Doktorowych krawatów (tyle historii można objąć jedną dłonią i mocno zacisnąć!) i wdałam się w dyskusję z panem zajmującym się obsługą „przebieralni”. Ten w nagrodę nie dość, że zapozował do zdjęcia, to jeszcze pozwolił mi przymierzyć prawdziwą marynarkę Jedenastego!

Doctor Who

Fot. Pirjo Lehtinen

Jak wyjaśniła później jego towarzyszka, przemiła pani zajmująca się kostiumami, oboje pozostają wielkimi fanami Doktora i z produkcją związani są od początku nowych serii. Ulubionym Doktorem kostiumolożki też jest David i to z nim najlepiej jej się pracowało – Matt był podobno zbyt nerwowy i zdecydowanie za często wylewał na siebie kawę, rujnując kostium. Jedyną osobą, której wolno wylewać cokolwiek na ubranie, jest przecież kostiumolog!

Doctor Who

Przesympatyczna ekipa od kostiumów i całe naręcze krawatów. Fot. Pirjo Lehtinen

Przygotowanie strojów to, jak się okazało, mieszanka pomysłowości i mozolnej pracy. W większości przypadków ciągnie się godzinami. Jeśli faktura ubrania ma wyglądać na znoszoną i sponiewieraną, należy ją trzeć na kuchennej tarce (nie próbujcie tego w domu!) a najlepsze osiągi daje smarowanie brudnego od kawy czy herbaty materiału, na przykład kołnierza koszuli i miejsc pod pachami – wazeliną, aż do momentu, gdy ta zostanie całkowicie wtarta we włókna. Efekt spoconego i tłustego, prawie stojącego od brudu ubrania – gwarantowany! Dziurki po kuli wycina się filigranowymi nożyczkami, zbroje lepi się z pianki i sznurka, a wszystko można w zasadzie wykonywać przed telewizorem, oglądając ulubiony serial. W zawodzie jest jednak miejsce na odrobinę szaleństwa: ekspert od kostiumów znajduje się na planie, zawsze w pogotowiu i ze swoją małą skrzyneczką pełną dziwacznych skarbów pod ręką, gotów wykonać pracę last minute w razie gdy któreś z rozwiązań zawiedzie albo gdy trzeba będzie dokonać poprawek.

Doctor Who

Fot. Pirjo Lehtinen

Przy stanowisku z efektami specjalnymi królował rozsypujący się na życzenie i składany ponownie niczym puzzle Dalek (niedoceniony bohater wielu odcinków, od lat ten sam), a panowie, na czele z rozentuzjazmowanym Dannym Hargreavesem, podniecali się raczej wykorzystaniem propanu na planie filmowym, produkcją sztucznego dymu i bezbolesnym dla aktorów rozbijaniem szklanych powierzchni niż trywialnym z tej perspektywy tematem „ulubionych Doktorów”. Patrząc na niekończącą się energię Danny’ego (tak dużo biegał, że nie udało mi się go uchwycić na ani jednym ostrym zdjęciu), przypomniałam sobie, z jakim zakłopotaniem odpowiadał podczas panelu na niewinne pytanie młodocianych fanek: Which of the Doctors would you like to blow?

Doctor Who

Fot. Pirjo Lehtinen

Cóż, ten serial to kawał historii i wiele różnych warstw. Przy stoisku z rekwizytami można było obejrzeć jeszcze więcej strojów i masek, a także przekonać się, że piankowego dinozaura da się bez trudu podnieść jedną ręką. Przy stanowisku dźwiękowców można było przemówić głosem Daleków (EX-PLAIN! EX-PLAIN! – było moim zawołaniem) i pooglądać stare studio telewizyjne. Młoda i energiczna obsługa mieszała się na konwencie z postaciami legendarnymi, osobami odpowiedzialnymi za pierwsze odcinki, pionierami z czasów, gdy nikt jeszcze nie wierzył w Doktora i jego moc przetrwania tak długiego Czasu. Muszę przyznać, że godziny spędzone za kulisami, podczas bezpośrednich rozmów z ekspertami pracującymi na planie Doktora, zrobiły na mnie większe wrażenie niż udział w panelach tematycznych, podczas których od Klasycznych i Nowych Doktorów oddzielała mnie niewidzialna bariera. Bariera, którą przekroczyć można było tylko płacąc słono za króciutkie spotkanie z idolem.

Doctor Who

Fot. Pirjo Lehtinen

Istnienie tej granicy wpływało też na klimat całego wydarzenia. Choć dostrzegało się fanów w fantazyjnych lub dopracowanych strojach (szaliki Toma Bakera i jego kapelusz królowały niepodzielnie, potwierdzając, że jest to trzeci ulubiony Doktor na świecie, sporo było też fezów, a wśród dziewcząt rządziło przebranie Lady Tardis), to nie widać było entuzjazmu. Tłumiła go formuła wydarzenia. Warto jednak zwrócić uwagę na publiczność, rekrutującą się spomiędzy wielu grup wiekowych, co rzadkie na tego typu imprezach.

Doctor Who

Fot. Pirjo Lehtinen

Sztywna forma nie sprzyjała jakiejkolwiek spontaniczności, nie było też miejsca na integrację między fanami. W tej sytuacji nieco wymuszonym, a jednak wzruszającym momentem było odśpiewanie o 17.30 – czyli precyzyjnie w momencie pięćdziesięciolecia – gromkiego Happy Birthday, odbywające się równolegle we wszystkich salach konwentu. Oddając głos Aldonnie mogę się tylko zgodzić i zawołać: Żyj nam długo, Doktorze, i do zobaczenia na kolejnej okrągłej rocznicy! Oby Czas obszedł się z Tobą łaskawie!

Doctor Who

Fot. Pirjo Lehtinen

Aldonna: déjà vu? No, prawie.

Kto mnie tam czytał przy okazji naszego kwietniowego Festiwalu Doktora, ten może trafił na okazję, gdzie bezwstydnie chwaliłam się wizytą w Cardiff podczas pierwszego oficjalnego konwentu i może pamięta nawet zachwyt całą imprezą, z wielu różnych czynników wynikający. Siłą rzeczy moje oczekiwania wobec rocznicowego spędu fanów w Londynie były mocno przez wcześniejszą wizytę w Cardiff ustawione – a przywołuję to już teraz, żebyście nie zżymali się, że były na konwencie i jeszcze narzekają.

Fot. Aldonna

Fot. Aldonna

Bo słowo-klucz na sobotę to naprawdę kolejka. Najpierw do wejścia, później na pierwszy panel, potem do wyjścia z panelu, znów na panel, niemożebny tłum w hali z wystawą i opisanymi wyżej przez Pirjo stoiskami, kolejka w łazience, wreszcie absolutnie kuriozalne stanie pod wejściem na salę, gdzie miała się odbywać projekcja wyczekiwanego rocznicowego odcinka i prowadzenie przez ochroniarzy rozdrażnionego, zmęczonego, a jednocześnie podekscytowanego tłumu fanów – z przystankami co kilkanaście kroków – przez wielką halę, zanim pozwolono w grupach po 20 osób zajmować miejsca… W jednej chwili padł mój zbudowany parę lat temu mit Brytyjczyków-fantastycznych-organizatorów. Nie mówiąc już o tym, że pierwszy chyba raz na imprezie masowej poważnie zaniepokoił mnie fakt, że w żadnym momencie nikt nikomu nie sprawdza plecaków i innych wnoszonych rzeczy, brr. Och, Cardiff i zerowe wyczekiwanie w kolejce gdziekolwiek, Cardiff i muzyka z Doktora towarzysząca wszystkim przestrzeniom, gdzie taka kolejka mogła się jednak zdarzyć, Cardiff i swobodne szwendanie się po centrum konferencyjnym…

Ale zostawmy już tę traumę, w końcu każdy dostał się do sali, gdzie miały miejsce konwentowe spotkania z gwiazdami. W grupie Ice Warriors, do której należałyśmy, program zaczynał się od spotkania z moim ulubieńcem (jeśli idzie o ekipę produkującą serial), Dannym Hargreavesem, który na scenie pokazał, jak wybuchnąć Daleka, zastrzelić Cybermana i sprawić, że pada śnieg – i choć widziałam większość już w Cardiff, nie zmniejszyło to mego podekscytowania ani odrobinę.

Po godzinnym oczekiwaniu pod salą przyszedł czas na – jak się okazało – najbardziej ekscytujący z paneli. Na scenę wkroczyło, tuż za prowadzącym panel Nicholasem Briggsem, aż czterech Doktorów: Tom Baker, Peter Davison, Colin Baker i Sylvester McCoy. Istna gratka! I rzeczywiście, sobota była jedyną okazją, by na scenie zobaczyć na własne oczy Toma Bakera. Choć nie byłam nigdy wielką fanką klasycznych serii, choć odcinki, które widziałam, mogłabym policzyć na palcach jednej ręki, to muszę powiedzieć, że jeszcze po obejrzeniu w piątek poświęconego Williamowi Hartnellowi An Adventure in Space and Time naprawdę zakręciła mi się łezka w oku. Błyskotliwe dysputy całej czwórki i wymienianie się wspomnieniami z przeszłości – to jak słuchać czterech rodzinnych gawędziarzy, dziadka i trzech wujków, opowiadających dawno zapomniane, a pyszne rodzinne historie. Uczta dla każdego Whovianina!

Musicie mi uwierzyć chyba na słowo, że na tej drżącej focie zmieściło się aż trzech Doktorów! (fot. Aldonna)

Musicie mi uwierzyć chyba na słowo, że na tej drżącej focie zmieściło się aż trzech Doktorów! (fot. Aldonna)

Trochę blado na tym tle wypadło, co zaskakujące, spotkanie z ekipą (jeszcze) prowadzącą serial w 2013 roku: na czerwonych sofach zasiedli Matt Smith, Jenna Coleman, Steven Moffat i producent Marcus Wilson. Niestety, jako że odcinek rocznicowy miał się dopiero ukazać wieczorem, nasi goście-gospodarze nie mieli zbyt wiele do powiedzenia i trzymali dzielnie języki za zębami. Nie przeszkodziło to Stevenowi wygłosić krótkiej przemowy do zgromadzonych na sali fanów, w której wyraził swoje zdanie na temat tego, że prawdziwi fani pragną sekretów i że trzymanie twistów fabularnych w tajemnicy wychodzi nam wszystkim na dobre – za co dostał gromkie brawa – oraz raczej wykluczyć powrót River Song czy krótko skomentować nagłość pomysłu na Wojennego Doktora (it just occured to me one day, wouldn’t it be fantastic if there was one incarnation the Doctor hasn’t even mentioned yet? So I just went with it).

Podczas każdego z paneli przewidziano czas na pytania zadawane przez fanów. Szkoda-nie-szkoda, dyskusje na scenie zwykle przedłużały się o tyle, że rzadko udawało się zadać wszystkie cztery pytania (czemu w którymś momencie sprzeciwili się nawet siedzący na scenie paneliści, zakrzykując prowadzącego i zmuszając organizatorów, żeby pozwolili fanowi zadać pytanie) – co swoją drogą stanowi pewnego rodzaju komentarz do tej niezbyt nastawionej na integrację z fanami atmosfery, o której wspomniała Pirjo. Moje serce skradł jednak rezolutny chłopiec, zawstydzony przez czyniącego na niego uparcie zbliżenia kamerzystę, który – zaproszony przez Matta na scenę i poproszony o zadanie pytania – wzruszył ramionami i rozbrajająco oznajmił, że zupełnie nie rozumie obsesji na punkcie fezów. Pewnie nie spodobała mu się pierwsza, mocno fezocentryczna część wieczornego odcinka…

Podczas paneli bawiłam się przednio, zwłaszcza kiedy na scenie pojawiali się ludzie, których naprawdę ciężko zobaczyć w innych okolicznościach, jak choćby Tom Baker (swoją drogą – naprawdę trzeba się cieszyć z okazji spotkania Czwartego Doktora, bo zaawansowany wiek sprawia, że chwilami odpływanie myślami i trudność skupienia się na zadawanym mu pytaniu przypominały Williama Hartnela z czasów, gdy musiał odejść z serialu). Słaba strona? Zabijanie czasu między nimi. Jasne, pewnie narzekam na wyrost, przecież atrakcji było nie tak mało – wszyscy ci fantastyczny ludzie, z którymi rozmawiała Pirjo, prelekcje speców od efektów specjalnych, choreografia i charakteryzacja, pub quiz w konwentowej kafejce. Ale jednak tłum i nastawienie na wydawanie pieniędzy nie sprzyjały wejściu w radosny klimat i koniec końców na korytarzach nie czuło się, żeby ktoś świętował. Całe szczęście inny klimat panował podczas wspólnego oglądania The Day of the Doctor: salwy śmiechu, piski podekscytowania, gromkie brawa na widok niektórych twarzy na ekranie – dziś, gdy czytam już na chłodno krytyczne komentarze na temat fabuły odcinka, myślę sobie, że gdyby nie ta fanbaza, w której utonęłam wieczorem i z którą dziwiłam się i śmiałam, pewnie częściej marszczyłabym brew niż czynię to w naszym wielogłosie. Ale może to i lepiej – co to za świętowanie, kiedy człowiek tylko kręci głową i narzeka?

W nastrój świątecznego odcinka wprawiłyśmy się zresztą, odwiedzając screening room, gdzie można było oglądać wybrane odcinki z klasycznych serii z towarzyszącym na żywo komentarzem twórców serialu. Nam zdarzyło się obejrzeć fragment Caves of Androzani – odcinka, w którym Piąty Doktor regeneruje się w Szóstego – i muszę przyznać, że dzięki całodniowemu (a może i dłuższemu!) zanurzaniu się w świat poprzednich Doktorów naprawdę zainteresowały mnie ta projekcja oraz towarzysząca jej dyskusja. Szkoda, że gdy wcześniej chciałyśmy się dostać do pokoju z projektorem, ochroniarz zawrócił nas z braku osobno kupionych biletów na wejściu, (dodając, że jeśli przyjdziemy po piętnastej, to nas wpuści bokiem) – bo, prawdę mówiąc, dopiero będąc na konwencie przekonałam się, że spędzenie większej części dnia w tej właśnie salce miało szanse uczynić mój konwent naprawdę udanym. A jednak organizacja tak wielkiego wydarzenia wymusiła na wszystkich planowanie nawet tak głupich rzeczy, jak spędzenie pół godziny na projekcji odcinka, z kilkutygodniowym wyprzedzeniem. Wolności, wołam, wolności! Swobody! W którymś momencie człowiek gubił się po prostu, gdzie wolno mu wejść, jeśli jest tylko szaraczkiem bez biletu VIP (tak, były też bilety VIP), a gdzie się pałętać nie powinien, bo go zawrócą. Więc pozostaje tylko wyciągnąć kartę kredytową i kupić doktorową karciankę albo koszulkę, a potem wzdychać ciężko nad swym szarym losem.

I to mówię ja, któram na żadnym polskim konwencie nie była. Angielska ich odmiana (na szczęście tym razem w nazwie wydarzenia słowo konwent się nie pojawia, bo byłoby to chyba naruszeniem definicji, mimo wszystko) jakoś mi nie leży. Za to gdy podłożyć pod konwent właściwą ścieżkę dźwiękową, wszystko staje się jakby jaśniejsze i mija chęć narzekania i ból kręgosłupa, zresztą, zobaczcie sami:

PS Nie było konwentowego hashtaga! No naprawdę, w dzisiejszych czasach…?

Pirjo Lehtinen: człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Aldonna Pikulczłowiek–organizacja, technokracja i spełnianie życzeń! Chy­ba wy­na­la­zła spo­sób na na­gię­cie cza­so­prze­strze­ni i jej do­ba na pew­no nie ma 24 go­dzin. Po­za pra­cą i stu­dia­mi ba­wi się w pi­sa­nie tek­stów w in­ter­ne­tach, mar­nu­je mło­dość czy­ta­jąc fej­sa i rssa, ga­pi się w mo­ni­tor częś­ciej niż za o­kno. Z du­cha re­da­ktor­ka i tłumacz-amator, ży­cio­wo czło­wiek od wszy­stkie­go, niespełniony programista, nie znaj­du­je więk­sze­go szczę­ścia niż z pa­rą dru­tów w rę­kach, mot­kiem weł­ny i do­brą dra­mą w tle.

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)