Więc chodź, namaluj mi świat

Więc chodź, namaluj mi świat

Artykuł nie zawiera spoilerów.

Kiedy byłem mały, nie pozwalano mi oglądać bajek na Polonii 1. Nie wiem dlaczego – czy to wielkie oczy bohaterów tchnęły w moich rodziców lęk o rozwój psychofizyczny latorośli? czy może śladowe, ale jednak elementy przemocy w Yattamanie? Moja matka twierdzi dziś, że na pewno były „dziwne”, może zbyt głośne – głośna ekspresja słowna jako zapowiedź agresji czynnej? a może zły wzorzec dla dzieci, które powinny siedzieć cicho w swoim pokoju? – może zbyt niejednoznaczne moralnie. Dość powiedzieć, że czymś się naraziły (w przeciwieństwie do Wojowniczych Żółwi Ninja, które najwyraźniej były normalne, co każe mi przypuszczać, że moralność rodziców kieruje się regułami fundamentalnie niepoznawalnymi), a mnie ominął przez to wspólny element dzieciństwa wielu z Was, i kiedy rozmowa schodzi na Kapitana Tsubasę, mnie pozostaje tylko błądzić wzrokiem po suficie i niezobowiązująco kiwać głową.

Krang

Fot. CBS

Nie znaczy to jednak, że zamknięto mi wszystkie okna na animowany świat, przeciwnie – niektóre z nich wychodziły na obszary dziwne, fascynujące i niepokojące jednocześnie, choć udające grzeczne i spokojne produkcje dla dzieci, takie, które spokojnie można emitować o 19:00. Na przykład Bouli, sympatyczna na pierwszy rzut oka animacja o krainie zamieszkanej przez bałwany (główny bohater zostaje po roztopieniu wskrzeszony przez zantropomorfizowany książyc i przeniesiony do ich wioski). To ten serial jako pierwszy pokazał mi grozę towarzyszącą załamaniu się podstawowych praw rzeczywistości, kiedy Bouli znalazł magiczny budzik kontrolujący upływ czasu. Awaria mechanizmu zamroziła całą wioskę bulinków, później zaś doprowadziła do cofania i przyspieszania czasu. Śnieżni mieszkańcy mogli tylko biernie i z narastającym przerażeniem obserwować, co robią ich ciała, nagle poddane kontroli tajemniczej siły – i błagać o pomoc. Do kogo należał budzik, zapytacie? Jaka złowieszcza istota władna była tak manipulować materią rzeczywistości? Ano poczciwy, pyzaty księżyc, który nagle urasta w naszych oczach do rangi tajemniczego władcy marionetek, pana życia i śmierci. Po czymś takim Lovecraft już nie może być straszny; moja siostra do dziś nie chce o Boulim słyszeć, a i ja czuję niepokój, patrząc w jego wielkie, czarne oczy i zastanawiając się, jaka potęga przywróciła go do życia.

[Bouli] Księżyc

Wcale nie lepszy okazał się Kubuś Puchatek, którego Nowe przygody… po raz pierwszy zagościły w moim telewizorze przegrane na VHS z włoskiej telewizji. To tylko przydało im surrealistycznego rysu, który uwydatniał niepokój, a czasem i grozę czającą się w Stumilowym Lesie. Samotny Prosiaczek wędrujący nocą w poszukiwaniu zagubionego cienia, wołający smętnie: „Uuumbraaa…!”; Kubuś zaatakowany przez kostium wielkiej marchewki, wzywający Prosiaczka słowami: „Aiuto, Pimpi!” – te obrazy mocno wgryzły mi się w pamięć, a były jeszcze hefalumpy i wuzle, podziemna ławica ryb pustosząca mieszkanie Gofera, wioska prosiaczków u podnóża wulkanu… i były momenty nieoczekiwanie wzruszające, jak pożegnanie Królika z pisklęciem, które przygarnął.

Fot. Disney

Fot. Disney

Na tym tle Animaniacy, którzy przyszli później, wydają się fraszką – głównie dlatego, że radykalnie zmienia się w nich perspektywa. To główni bohaterowie obdarzeni są tam demiurgiczną mocą kształtowania rzeczywistości, to oni sprowadzają na innych obłęd (wyobraźcie sobie tylko przygody rodzeństwa Warnerów przedstawione z punktu widzenia doktora Psychoszajbera).

Na pewno sami macie wiele przykładów bajek, które mocno zapadły Wam w pamięć (podzielcie się nimi w komentarzach!). Jest przecież mnóstwo takich, o których jeszcze nie napisałem. Muminki (też pełne pożywki dla koszmarów), Czarodziejka z Księżyca… Są też produkcje bardziej współczesne, które mają fanów wśród osób o różnym wieku: Adventure TimeGravity Falls. I wreszcie te dla widzów dorosłych, jak Simpsonowie (najdłuższy amerykański sitcom), Family GuyFuturamaArcher. Wymieniać można by jeszcze długo. Zmierzam do tego, że animacje wielu z nas towarzyszą do dziś. Czy to w postaci nowych ulubionych seriali, czy wspomnień – zdarza się Wam pewnie wracać w rozmowach do ulubionych dobranocek lub bajek z Polonii, choćby w postaci hasłowej: „No, to było coś”. Animacja zajmuje miejsce oddzielne od reszty telewizji (kto w dyskusji o najlepszych serialach ostatnich lat wymieni Adventure Time, choćby żartem?) – ale jest to miejsce ważne.

Rodzina Simpsonów

Fot. FOX

Dlaczego? Cóż jest takiego w kreskówkach, że gdy o nich myślimy, na naszych wargach mimowolnie pojawia się uśmiech? Myślę, że istnieje kilka powodów – ale większość z nich (z wyjątkiem nostalgii) rodzi się na pustej kartce papieru.

Na tej kartce powstają nowe światy, łatwo rozpoznawalne, bo zbudowane z uproszczonych elementów naznaczonych indywidualnie wypracowanym stylem, a przy tym zupełnie inne od naszego. Zdeformowane (co nie zawsze znaczy, że brzydkie), o płynnych nierzadko regułach, odklejone od rzeczywistości. Światy kolorowe.

Jeśli wierzyć Scottowi McCloudowi, twórcy komiksów i wielkiemu teoretykowi medium, uproszczenie odgrywa w komiksach, ale także w kreskówkach, ważną rolę. Mówiąc w skrócie: im większe uproszczenie, tym łatwiej jest nam identyfikować się z postacią – ponieważ sami na ogół myślimy o własnej twarzy w dużym uproszczeniu. To sugeruje, że z bohaterami seriali animowanych jesteśmy w stanie nawiązać o wiele silniejszą więź niż z bohaterami seriali aktorskich, których postrzegamy raczej jako ludzi odrębnych od nas. I może faktycznie coś w tym jest; w końcu buszując beztrosko po internecie częściej natkniemy się na fanów i fanki wyrażających pragnienie bycia z bohaterami/bohaterkami, niż bycia nimi.

Understanding Comics, s. 36. | Fot. Scott McCloud

Understanding Comics, s. 36. | Fot. Scott McCloud

Nie mniej istotna jest dla mnie deformacja – która najczęściej rodzi efekt komiczny (choć nie zawsze, by wspomnieć chociażby o sporej części anime). Arystoteles twierdził, że śmiejemy się z ludzi, których postrzegamy jako brzydszych lub gorszych od siebie. Mam nadzieję, że mówi to więcej o Arystotelesie niż o nas, ale być może twórcy, przeczuwając, że pokraczne postacie mogą nas rozbawić, sami przezornie uciekają w humor i groteskę, choćby nawet były one delikatne i pogodne.

Jednocześnie taka deformacja bohaterów (i całego świata przedstawionego razem z nimi) daje twórcom sporą dozę wolności. Stąd szalone nierzadko pomysły fabularne, stąd także grawitacja, która zapomina o działaniu (dopóki nie zostanie zaobserwowana), przenośne dziury, młoty ukryte w strategicznych miejscach. My – widzowie – jesteśmy z kolei dużo bardziej skłonni przymykać na takie wybryki oko. Dlatego najlepsze historie superbohaterskie powstają na małym ekranie: niczego nie trzeba urealistyczniać, nikomu nie trzeba tłumaczyć, jak Superman lata, albo dlaczego Batman się nie starzeje. Bohaterowie zredukowani do dwóch wymiarów są jak schody zaprojektowane przez Lionela i Rogera Penrose’ów – niemożliwi, a jednak istnieją. My zaś odwieszamy niewiarę na poręczny kołek przy drzwiach i ich istnienie akceptujemy.

Źródło: weirdoptics.com

Źródło: weirdoptics.com

Dzięki temu łatwo nam się odprężyć, nacieszyć oko miłymi kolorami, a ducha – dobrymi historiami. Pewnie zauważyliście, że skupiam się tutaj przede wszystkim na serialach skierowanych po części przynajmniej dla dzieci. To z jednej strony na pewno oznaka wdrukowanych mi przez społeczeństwo (i rodziców!) uprzedzeń – kreskówki są dla dzieci – z drugiej strony nie widzę w byciu „dla dzieci” nic złego (w byciu „dla dorosłych” zresztą też nie). Przeciwnie, bywa to cudownie odświeżające, a kreskówkowy świat okazuje się wspaniałym miejscem – nawet w tych postmodernistycznych animacjach, które kpią sobie z wszelkich konwencji. Porcja kreskówek: kolorowych, zabawnych, czasem strasznych, często prostych – robi coś z mózgiem, a może z oczami; przez jakiś czas jeszcze człowiek widzi ślady kolorów.

Dlatego warto o kreskówkach pamiętać.

That's all Folks!

Fot. Warner Bros.

Artur Nowrot

Czło­wiek-i­ma­gi­na­cja! U­ro­dził się na Gór­nym Śląs­ku, miesz­ka w Kra­ko­wie – cho­ciaż lu­bi czys­te po­wie­trze. Chło­nie książ­ki, ko­mik­sy i se­ria­le, a wra­że­nia­mi dzie­li się tu­taj i na blogu Wysznupane. Re­da­gu­je i tłu­ma­czy. Jed­no ży­cie mu nie wys­tar­cza, więc naj­chęt­niej wy­myś­la his­to­rie (do ich spi­sy­wa­nia już się mu­si zmu­szać).