Fot. Marvel

Superbohaterowie na szklanym ekranie

Artykuł nie zawiera spoilerów.

Zawsze zazdrościłem Amerykanom ich komiksów. Tych wszystkich idących już w tysiące opowieści o superbohaterach i ich specjalnych mocach i/lub umiejętnościach, dzięki którym byli w stanie regularnie stawiać czoła wciąż zmieniającemu oblicze złu. Najstarsze spośród tych fabuł towarzyszą amerykańskiemu społeczeństwu już ponad 70 lat na kartkach papieru i dość szybko zaczęły podbijać również pozostałe nośniki kultury. Trwająca właśnie w najlepsze ofensywa ekranizacji dzieł ze studia Marvela i DC Comics to przecież nic szczególnie nowego, gdyż już od lat 40. komiksowi herosi z mniejszym lub większym powodzeniem próbowali zdobyć serca widowni na srebrnym oraz szklanym ekranie (choć oczywiście nigdy nie robiono tego z taką strategią, rozmysłem, a tym bardziej rozmachem jak obecnie).

Fot. Warner Bros. Pictures via http://www.uproxx.com

Fot. Warner Bros. Pictures via http://www.uproxx.com

Od pierwszej próby przeniesienia superbohaterów na taśmy celuloidowe nie tylko upłynęło wiele wody w Missouri, ale i sporo takich produkcji się namnożyło, zarówno w wersji aktorskiej, jak i animowanej. I to na tych drugich zamierzam się skupić w następnych akapitach. Niniejszy tekst miał w zamierzeniu stanowić próbę przyjrzenia się kreskówkom o zamaskowanych herosach jako osobnemu gatunkowi telewizyjnemu i prześledzeniu jego metamorfoz i ewolucji w reakcji na zmieniający się świat. Niestety, ta sztuka mi się nie udała i mimo że na łamach Pulpozaura wynajdujemy w telewizji elementy, których czasem nikt nawet nie szuka, w telewizyjnych opowieściach o superbohaterach (poza jednostkowymi przykładami) trudno dopatrzyć się jakichś generalnych trendów i nurtów będących swoistym zwierciadłem czasów, w których powstały. To jednak nie komiksy, które błyskawicznie komentują rzeczywistość i się do niej dostosowują (jak np. afera Watergate przemycona w Kaptanie Ameryce, poruszenie kwestii wojny z terroryzmem po 11 września czy też pojawienie się czarnoskórych bohaterów takich jak Storm, Czarna Pantera, a także niedawny wybór nowego Spider-Mana, który odbił się szerokim echem).

Z tego też powodu postaram się raczej wskazać i krótko omówić najważniejsze dzieła, w których pojawiają się postacie, które swój początek wzięły w magazynach sygnowanych marką Marvel oraz DC Comics. Pod lupę biorę ekranizacje tylko tych dwóch wydawnictw, ponieważ są najsłynniejsze, a poza tym szczerze mówiąc nie wiem nic o pozostałych i nie orientuję się, czy w ogóle istnieją.

Początki

Superman jako pierwszy został przeniesiony na ekran. Już w 1941 r., a zatem ledwie trzy lata po komiksowym debiucie, doczekał się siedemnastu kilkuminutowych animacji autorstwa braci Fleischerów, których wspólnym tytułem był po prostu Superman. Nie tylko przetarł szlaki późniejszym produkcjom o herosach, ale przede wszystkim wyznaczył im od początku dość wysokie standardy. Wprawdzie Kal-El nie stawał naprzeciw swoich ikonicznych wrogów, tylko meteorytów czy robotów, a także przysługiwał się amerykańskiej propagandzie, walcząc choćby z Japończykami, ale kreskówka do dzisiaj cieszy się dużym poważaniem i wymienia się ją jako jedną z najważniejszych opowiadających o superbohaterach, również jako inspirację (chociażby dla kultowego Batman: The Animated Series). Tym bardziej, że najistotniejszy efekt jej powstania to umiejętność latania Supermana, który dotychczas potrafił jedynie wysoko skakać. Dopiero dzięki Fleischerom jego najsłynniejsza zdolność trafiła do kanonu, a to z tak prozaicznego powodu, że animowanie latania wymagało mniej zachodu niż skakania przez budynki. Zastanawia swoją drogą, czy pierwsze próby wzniesienia się w powietrze przez Kal-Ela w Człowieku ze stali nie były dyskretnym ukłonem w stronę jego komiksowych początków.

Fot. Paramount Pictures

Fot. Paramount Pictures

Podejście drugie

Po Supermanie z 1941 r. Amerykanie czekali aż 25 lat na kolejne rysunkowe przygody superbohaterów. Tym razem jednak bardziej to już przypominało świadomą i zaplanowaną próbę przyciągnięcie widzów. Nie tyko dlatego, że pojawiło się wówczas kilka tytułów, zarówno opartych na dziełach DC Comics, jak i Marvela, ale przede wszystkim z powodu o wiele większej liczby odcinków (szczególnie że formalnie kreskówka Fleischerów to nie serial).

W 1966 r. do telewizji zawitały The New Adventures of Superman, The Adventures of Superboy (czyli przygody młodego Clarka Kenta i jego latającego Superpsa; lata 60. były jednak ciężkie dla wszystkich amerykańskich ikon), a także pierwsza produkcja z bohaterami Marvela – The Marvel Super Heroes – skupiająca się na przygodach Kapitana Ameryki, Hulka, Iron Mana, Thora oraz Namora, dziś stojącego mocno w cieniu pierwszych czterech. Każdy z nich dostał w przydziale własny dzień tygodnia (i ktoś pomyślał, bo Thor pojawiał się w dniu mu poświęconym już przed setkami lat – czwartku) i przez kilka minut bawił dzieci.

Fot. Grantray-Lawrence Animation

Fot. Grantray-Lawrence Animation

W przeciągu kolejnych kilku lat wyemitowano również między innymi Aquamana, The Adventures of Batman, Fantastic Four, a także ulubiony tytuł współczesnych internautów i źródło coraz to nowych memów – Spider-Mana. Pod względem graficznym kreskówki na podstawie DC Comics wyglądają zdecydowanie lepiej. W The Marvel Super Heroes bowiem za tło bardzo często służy po prostu jednokolorowa plansza. Żadnych drzew, budynków, drzwi, czegokolwiek. W Spider-Manie już się to nieco poprawiło, ale nadal drugi plan charakteryzował się kompletną statycznością i monotonią. Warto za to zaznaczyć, że czołówka przygód Człowieka Pająka dała światu słynną piosenkę, którą później wykonywali między innymi The Ramones oraz Aerosmith.

Fot. ABC

Fot. ABC

Natomiast jeśli chodzi o fabułę czy sposób prowadzenia narracji, to każda z wymienionych animacji mocno się zestarzała. Nieśmiertelna metoda informowania widzów, o czym myśli protagonista, czyli prowadzenie długich dyskusji z samym sobą, to jedno z najbardziej rzucających się w oczy znamion wieku. Do tego ton komiksów silnie odcisnął swoje piętno i tak na przykład The Adventures of Batman to dumny kontynuator ówczesnych opowieści obrazkowych, jak i Batmana z Adamem Westem w roli głównej (co widać szczególnie w rozmowach głównego bohatera z Robinem), dzisiaj wzbudzających jeszcze więcej śmiechu niż wtedy.

Lata chude

Trzeba jednak przyznać, że dla ówczesnych widzów nie stanowiło to żadnego problemu, bo przecież tylko takich superbohaterów znali, a poza tym i tak to dzieci stanowiły większość oglądających. Najwyraźniej jednak nie robiły tego aż tak licznie, jak na to liczyły stacje telewizyjne, bowiem pierwsza połowa lat 70. upłynęła zasadniczo bez żadnej kreskówki o superbohaterach.

Zmieniło się to pod koniec tej dekady i w trakcie następnej, kiedy nastąpił wysyp coraz to nowych tytułów i niemalże nie zdarzył się rok, w czasie którego komiksowi herosi nie zawitali na szklane ekrany. Prym zdecydowanie wiodło DC Comics, którego historie cieszyły się większym wzięciem od marvelowskich, choć de facto przewaga ta była mocno iluzoryczna. Lata 80. pokazały bowiem, że jakość nie zawsze idzie w parze z ilością. Z prawie dwudziestu produkcji większość zakończyła się po ledwie kilkunastu odcinkach i obecnie pamiętają o nich chyba tylko najbardziej zagorzali fani.

Fot. ABC

Fot. ABC

Więcej niż jednym sezonem mogą się pochwalić Spider-Man and His Amazing Friends, w którym główny bohater, przebywając w college’u, zwalczał zło razem z Icemanem (tym z X-Men) oraz wymyśloną na potrzeby animacji Firestar, a także Superfriends – jeden z wielu seriali pod tym tytułem, którego fabuła oparta została na koncepcie Ligi Sprawiedliwości, a bohaterami jej byli między innymi Batman, Superman czy Wonder Woman. Superfriends, podobnie jak Spider-Man z 1967 r., odkryli internauci, choć póki co o potencjale memotwórczym nawet nie ma co mówić.

Przełom

I wreszcie nadszedł 1992 r., kiedy wszystko się zmieniło. Kreskówki o superbohaterach doczekały się dojrzalszego potraktowania, ich emisja nie kończyła się po jednym sezonie, a poziom grafiki i animowania znacznie skoczył do góry. Wszystko to za sprawą X-Men po stronie Marvela oraz Batman: The Animated Series z DC Comics, które z kolei umożliwiły pojawienie się między innymi Spider-Mana w 1994 r. oraz Supeman: The Animated Series w 1996 r. Jestem przekonany, że większość osób z mojego pokolenia, czyli tych, którzy w połowie lat 90. nie ukończyli jeszcze 10 lat, miała kontakt z przynajmniej jednym z tych tytułów, które w mniejszym lub większym stopniu ukształtowały ich dzieciństwo.

Fot. Fox

Fot. Fox

Tak naprawdę każda z powyższych animacji zasługuje na osobny artykuł i to nie ze względu na nostalgię, ale dlatego, że z wielką mocą popularnością przyszedł naprawdę wysoki poziom, zwłaszcza w przypadku dzieł z 1992 r. Ich autorzy tworzyli dla dzieci, ale nie bali się ani poruszać trudnych tematów (X-Men), ani innowacyjnie podejść do realizacji (Batman). Trudno mówić tutaj o renesansie animowanych superbohaterów, niemniej początek lat 90. zdecydowanie się im przysłużył i sprawił, że produkcjom z ich udziałem przyjrzano się nieco bliżej. I zrobiły to nie tylko dzieci.

Twórcy kreskówek doskonale sobie zdawali sprawę z sukcesu ich dzieł i na fali popularności zdarzyło się parę crossoverów. Bardzo podobny styl rysowania poszczególnych superbohaterów sprawiał, że nie nastręczało to żadnych trudności – Spider-Man, Iron Man oraz X-Meni przenikali wzajemnie do swoich światów, podobnie Batman i Superman, którzy gościnnie przebywali – pierwszy w Metropolis, drugi w Gotham City. Jeden z odcinków Supermana polegał zresztą na tym, że główny bohater przebrał się za Mrocznego Rycerza, gdyż ten zniknął (i pod względem humoru wyszło to zaskakująco dobrze).

Fot. The WB

Fot. The WB

Batman: The Animated Series to także oznaka nowych porządków na wyższych szczeblach. Jest to pierwsza animacja, nad którą pieczę sprawuje filmowe ramię DC Comics – Warner Bros. – która to wytwórnia od tamtej pory praktycznie jako jedyna zajmuje się przenoszeniem komiksów z DC na ekran (zresztą nie tylko w formie rysunkowej). W przypadku konkurencyjnego wydawnictwa natomiast, Marvel już od The Marvel Super Heroes nadzorował prace nad swoimi produkcjami. Od 1992 r. zaczęło czuwać nad tym Marvel Studios, a dzięki temu wypuszczanie nowych tytułów przybrało formę bardziej zorganizowaną, by zmienić się w precyzyjny i starannie przemyślany projekt w połowie zeszłej dekady (przy skoncentrowaniu się jednak na filmach aktorskich).

Stan obecny

Poziom i popularność X-Men oraz Batman: The Animated Series sprawiły, że od ich debiutu, czyli od 21 lat, nie zdarzył się rok, w którym zabrakłoby animacji opowiadającej o superbohaterach. Wymienianie ich nie ma najmniejszego sensu, choć z kronikarskiego obowiązku wspomnę o tych, które aktualnie goszczą w telewizji – Ultmate Spider-Man, Avengers Assemble, Hulk and the Agents of S.M.A.S.H., Teen Titans Go! oraz Beware the Batman. Warto zauważyć, że niewiele się zmieniło od 40 lat i zgodnie ze złotą zasadą inżyniera Mamonia, że podoba nam się to, co już znamy, próżno szukać nowych twarzy, bo wciąż ci sami herosi zapełniają czas antenowy – Batman, Superman, Spider-Man, X-Men, Liga Sprawiedliwości, Hulk. Praktycznie w każdej dekadzie byli obecni na ekranie, a taki Człowiek Pająk tylko w latach 1999–2009 pojawił się w trzech różnych produkcjach jako główna postać.

Fot. Disney XD

Fot. Disney XD

Mimo tego sukces dzieł z 1992 r. sprawił, że w telewizji zagościły mniej ograne historie. Twórcy skupili się na wybieganiu albo w przyszłość (Batman Beyond, w którym stary Bruce Wayne szkoli swojego następcę) albo w przeszłość i opowiadali o nastoletnich superbohaterach (Teen Titans, w których prym wiódł młody Robin czy też Young Justice z Nightwingiem). W przeciwnym obozie producenckim z kolei swoją szansę otrzymał Czarna Pantera, choć na ekranie pojawił się ledwie sześciokrotnie, a Avengers, czyli marvelowska Liga Sprawiedliwych, wreszcie dostali własny tytuł.

Odkąd w kinach zaczęło się zorganizowane natarcie ekranizacji komiksowych, niemal co roku dostajemy w telewizji jakąś nową rysunkową opowieść o herosach, choć przez „nową” należy rozumieć „o innym tytule”. Dla fanów to jednak nie ma chyba wielkiego znaczenia, bo przecież należy jak najdłużej wykorzystywać tę sytuację. Obecna atmosfera jak nigdy sprzyja obecności superbohaterów na ekranie. Nie tylko wykorzystuje się olbrzymie nakłady finansowe na ten cel, ale przede wszystkim znajomość i lubienie komiksów po okresie dojrzewania nie wiążą się już z ostracyzmem społecznym, a słowa „geek” czy „nerd” tracą pejoratywne konotacje. Do tego dzięki globalizacji i wszechobecnemu Internetowi z dobrodziejstw takiej obfitości mogą korzystać mieszkańcy całego świata. Chciałoby się wręcz powiedzieć – spełnienie amerykańskiego snu.

Fot. Fox

Fot. Fox

Piotr ‘Ramzes’ Mrowiec
Kiedyś marzył o byciu astronomem, dzisiaj już nie marzy, tylko jest filologiem. Humanista z wyboru, umysł ścisły w sercu. Zawsze z milionem pomysłów do napisania czegoś i zbyt rozwiniętym leniem, by faktycznie to zrobić. Na oglądaniu seriali spędza zdecydowanie zbyt dużo czasu, ale już nauczył się z tym żyć i przyznawać do tego.

Piotr "Ramzes" Mrowiec

Kiedyś marzył o byciu astronomem, dzisiaj już nie marzy, tylko jest filologiem. Humanista z wyboru, umysł ścisły w sercu. Zawsze z milionem pomysłów do napisania czegoś i zbyt rozwiniętym leniem, by faktycznie to zrobić. Na oglądaniu seriali spędza zdecydowanie zbyt dużo czasu, ale już nauczył się z tym żyć i przyznawać do tego. Ideałem dla niego byłyby podróże po świecie i opisywanie swoich doświadczeń.