Fot. Fox

Animacja, na którą Batman zasługuje (Batman: The Animated Series)

Artykuł nie zawiera spoilerów.

Pamiętacie lata 90.? Tę dekadę mlekiem i miodem płynącą, w czasie której tworzono lepszą muzykę, produkowano lepsze gry, sprzedawano lepsze słodycze, emitowano lepsze bajki, robiono… No dobra, generalnie prawie wszystko było lepsze w tym magicznym czasie, a przynajmniej według domorosłych internetowych historyków, którzy swoją nostalgię za straconą młodością pokrywają protekcjonalną maksymą „Gimby nie pamiętajo”. Nie da się jednak ukryć, że subiektywnie rzecz oceniając to pod pewnymi względami lepsze czasy i każdy, kto w wyidealizowanych latach 90. dziecięciem będąc, poznawał otaczający go świat, ma własny element/symbol/wspomnienie z tamtych czasów przypominający o beztrosce, niefrasobliwości i dzieciństwie sielskim, anielskim.

Dla mnie to zdecydowanie Batman: The Animated Series. Puszczany popołudniami na telewizyjnej Dwójce (kołacze mi się po głowie myśl, że po Przystanku Alaska, ale aż tak pewny swojej pamięci być nie mogę), przykuwał uwagę mojego kilkuletniego umysłu na dwadzieścia minut i pokazywał mu obrazy, jakich ten nigdy wcześniej nie widział i jakie nie do końca rozumiał. To jednak nie przeszkadzało mi w chłonięciu nowych doświadczeń i wrażeń oraz poznawaniu jednego z najsłynniejszych i najważniejszych symboli popkulturowych XX wieku.

Fot. Fox

Fot. Fox

Animacja ta wprowadziła mnie w świat superbohaterów i komiksów oraz na długo ustaliła w mojej świadomości jedyny słuszny wizerunek Mrocznego Rycerza i jego gadżetów – kostium z charakterystycznym logiem na piersi, żółty pas na niezbędne przybory, TEN BATMOBIL. Co prawda w późniejszych sezonach dokonano pewnych mniej lub bardziej kosmetycznych zmian w wyglądzie głównego bohatera, zarówno jako Bruce’a Wayne’a, jak i jego alter ego, niemniej to pierwsze odcinki wyznaczyły dla mnie kanoniczny obraz Batmana. Przede wszystkim jednak, gdy myślę o B:TAS, pierwsza przychodzi do głowy ona – najlepsza czołówka w historii telewizji (i zupełnie poważnie traktuję to jako aksjomat). Przez kolejnych kilka lat potrafiłem zanucić tę melodię, wyrwany w środku nocy ze snu.

Potem jednak nadszedł czas dorastania i to, co podobało się sześciolatkowi, niekoniecznie musi się podobać czternastolatkowi, a tym bardziej dwudziestolatkowi. Powieści Edmunda Niziurskiego nieco straciły na uroku, Linkin Park przestali być muzycznym objawieniem, praca paleontologa nie wydaje się wcale tak emocjonująca, prorocy z gniewnych lat obrośli w tłuszcz. B:TAS wyszedł jednak z tej batalii nostalgii z realiami życia zwycięsko. Jasne, niektóre rozwiązania i skróty fabularne wywołują uśmiech politowania każdego, kto ukończył zerówkę, wrogowie głównego bohatera nierówni pod względem poziomu kreacji, a o głębi psychologicznej wielu postaci możemy zapomnieć (ale to jednak produkcja przeznaczona dla dzieci). Pomimo tego animacja zestarzała się naprawdę godnie i obejrzenie na studiach wszystkich odcinków kreskówki przez niżej podpisanego dostarczyło mu równie dużo rozrywki, co jakieś 15 lat wcześniej. Co zatem przyciągnęło do tytułu dwa tak odmienne umysły – jeden jeszcze na poziomie tabula rasa, a drugi zabazgrany dwudziestoletnim obcowaniem z (pop)kulturą?

Klimat. Początkowe, klasyczne opowieści obrazkowe o Batmanie utrzymano wprawdzie w charakterystycznym dla komiksów lat 40., 50. i 60. nastroju, który niestety nie wytrzymał próby czasu, ale każdy z herosów doczekał się w końcu dojrzalszego spojrzenia na swoją historię i zmiany tonu jej opowiadania. Dla alter ego Bruce’a Wayne’a takimi kamieniami milowymi byli Frank Miller i jego Year One oraz The Dark Knight Returns, a także wzorujący się na nim Tim Burton ze swoją wizją Gotham City, który z powodzeniem przywrócił kinu Mrocznego Rycerza. Twórca B:TAS, Bruce Timm, zareagował na sukces burtonowskiego Batmana i zaprezentowany tam sposób ekranizacji przygód Bruce’a Wayne’a zaadaptował na potrzeby telewizji.

Fot. Fox

Fot. Fox

A sposób to niepowtarzalny i od początku lat 90. dominujący w opowieściach o Batmanie (tak, pamiętam, że po drodze zdarzył się jeszcze Joel Schumacher). B:TAS przesycony jest specyficzną, nierzadko duszną atmosferą, raczej nietypową jak na produkcję dla dzieci. Charakterystyczna kreska, ton narracji, a przede wszystkim wszędobylska ciemność (nawet gdy akcja toczy się za dnia, panuje półmrok) sprawiają, że animacja przywodzi na myśl najświetniejsze lata filmów noir z Humphreyem Bogartem – wykwintne garnitury, prochowce, charakterystyczne karabiny Thompson, blond piękności w długich sukniach, wreszcie nieprzyjazne miasto z ciemnymi, wąskimi uliczkami. Do tego budynki utrzymane w klimacie art deco. Wszystko to razem sprawiło, że ten wyjątkowy styl ochrzczono mianem dark deco.

Tak stworzony świat wygląda dzięki temu nieco dystopijnie, ale jednocześnie po trochu futurystycznie, choć głównie gadżety i pojazdy Batmana mają na to wpływ. Gotham City bowiem przypomina amerykańskie miasta przełomu lat 40. i 50., ale z technologią znacznie tę epokę wyprzedzającą. Wysoki wskaźnik przestępczości ogarniającej miasto i de facto mała skuteczność policji przywodzą trochę na myśl inne tytuły o walce z pleniącą się zbrodnią – Robocop i Sędzia Dredd, ale wydaje się, że te podobieństwa to już bardziej kwestia przypadku niż świadomych nawiązań. Tym bardziej, że to i tak Gotham było w tym gronie pierwszą wylęgarnią złoczyńców.

Fot. Fox

Fot. Fox

Struktura każdego odcinka B:TAS wygląda z grubsza tak samo – w mieście pojawia się stare lub nowe zagrożenie, na które reaguje Batman, ale nie potrafi od razu złapać przeciwnika. Często na miejscu zbrodni znajduje coś, co naprowadza go na ślad przestępcy i po ostatecznej konfrontacji rzezimieszek z reguły trafia do Arkham. Wszystko to naturalnie przy wykorzystaniu nieprzeciętnej inteligencji tytułowego bohatera w połączeniu z najnowszymi zdobyczami technologicznymi (przy takich możliwościach, jakie posiadał jego komputer, mógłby on stawać w szranki z maszynami Pentagonu). Nie straszne mu ani stworzenie antidotum na śmiertelną chorobę, ani odgadnięcie miejsca ukrycia wroga na podstawie grudki ziemi. To zresztą bardzo istotna cecha tej interpretacji postaci Mrocznego Rycerza – powrót do korzeni, a zatem wyeksponowanie jego komiksowej genezy jako przede wszystkim detektywa z metodami zgoła odmiennymi od tych, jakie stosował Sherlock Holmes.

Fot. Fox

Fot. Fox

Jak zatem byśmy to powiedzieli dzisiaj, animacja miała charakter mocno proceduralny i nigdy nie starała się udawać, że jest inaczej. Nie istniała żadna ciągłość wątków z wyjątkiem historii, które nie kończyły się po standardowych 20 minutach. Przestępcy trafiali do Arkham tylko po to, by znaleźć się na wolności kilka epizodów później i właściwie nie trzeba się sztywno trzymać numeracji odcinków, lecz można je obejrzeć w dowolnej kolejności. Próżno też szukać w B:TAS właściwego początku czy zakończenia. Od razu rzuca się nas w sam środek działalności Batmana bez wyjaśnienia, skąd się wziął i jaka jest jego historia (ale przeciętne amerykańskie dziecko zapewne zna jego pochodzenie lepiej niż własne drzewo genealogiczne) oraz bez żadnych sugestii, że cokolwiek się w przyszłości zmieni. Poznajemy go, gdy przeciwdziała zbrodniom w Gotham i dokładnie to samo robi, gdy się z nim żegnamy. Jednakże, jak już to podkreśliłem, to mimo wszystko bajka dla dzieci, a im nie potrzeba ambitnego wątku spajającego wszystkie odcinki, wystarczy emocjonujący scenariusz.

Fot. Fox

Fot. Fox

Taki też dostaliśmy. Jak się okazało, przyciągnął on przed ekrany także dorosłych, których sam mroczny klimat nie utrzymałby długo przy produkcji. Potrzebowali oni jeszcze wciągającej, w miarę dojrzałej fabuły i to udało się zapewnić. Scenarzyści nie bali się bawić konwencjami, umiejętnie dawkowali napięcie w przypadku historii dłuższych niż jeden odcinek, należycie równoważyli atmosferę ponurą scenami lżejszego kalibru, czasami odstawiali głównego bohatera na boczny tor i pozwalali się wykazać innym. Do tego co jakiś czas łamano ustalony schemat prowadzenia akcji. A to okazywało się, że wszystko, co widzieliśmy, było ledwie snem, a to Bruce Wayne zachowywał się jakby go podmieniono, a to na jaw wychodziła przeszłość Alfreda.

Bywało i tak, że czasami w swojej nieustannej pogoni za sprawiedliwością Mroczny Rycerz opuszczał granice Gotham i na przykład w przeciągu trwania jednej historii przemierzał Himalaje oraz Saharę (a przy okazji wyglądał przekomicznie w stroju Beduina). Z kolei w ostatnim sezonie (emitowanym po trzyletniej przerwie, na innej stacji i pod innym tytułem – The New Batman Adventures) bardziej skupiono się na postaciach drugiego Robina, Batgirl oraz Nightwinga. Do tego parę razy na scenie pojawiali się bohaterowie puszczanego na tej samej stacji Superman: The Animated Series – sam Superman, Supergirl, a także jedna z przeciwniczek Kal-Ela, Livewire. Crossovery działały zresztą w obie strony, bo i Batman pojawił się gościnnie w Metropolis.

Fot. Fox

Fot. Fox

Chyba jednak najważniejsza i najlepsza cecha fabularna B:TAS to podejście z szacunkiem do głównych przeciwników Mrocznego Rycerza, przecież nie mniej ikonicznych niż on sam. Ugruntowano pozycję Jokera jako nieprzewidywalnego szaleńca, dla którego wszystko jest jedynie zabawą. Dodatkowo dzięki fenomenalnemu dubbingowi i jeszcze bardziej fenomenalnemu śmiechowi Marka Hamilla (znanego szerzej jako Luke Skywalker) postać Jokera otrzymała odpowiednią dawkę psychodelii oraz socjopatii. Pojawił się także Bane, którego zgodnie z duchem pierwowzoru wyróżnia nie tylko nadludzka siła, ale i niesamowita przebiegłość. Odpowiednio tajemniczo wprowadzono Ra’s al-Ghula i jego Ligę Cieni, a także wyszczególniono uczucie miłości, jakie żywiła jego córka, Talia, do Batmana. Podobnie zresztą z Kobietą Kot, dla której Mroczny Rycerz nie był obojętny i wyraźnie go kokietowała przy każdej nadarzającej się okazji.

Fot. Fox

Fot. Fox

Generalnie wszyscy najbardziej znani złoczyńcy rodem z Gotham dostali w serialu swoje pięć, a czasem i więcej minut i przedstawiono ich z mniejszym lub większym powodzeniem (częściej z większym). Większość charakteryzowała się całkiem realistycznym pochodzeniem i zdolnościami, część zaś zdecydowanie miała prawo bytu jedynie w komiksach i w kreskówce (jak Killer Croc czy Clayface, ciekawe, czy Nolanowi udałoby się ich urealnić). Tych drugich zresztą w moim odczuciu mniej udanie zaprezentowano na ekranie pod względem graficznym, pomimo że fabularnie odcinki z nimi związane stały na niezłym poziomie.

Scenarzyści B:TAS nie opierali się jednak wyłącznie na komiksowych źródłach (a przecież nikt by ich nie winił, gdyby tak zrobili), ale i wprowadzali nowych bohaterów do świata Mrocznego Rycerza, a także znacznie zmieniali pewne jego elementy, które z apokryficznych stawały się kanonicznymi. Sztandarowym przykładem włączenia nowej postaci do już ludnego Gotham jest Harley Quinn – szalona asystentka Jokera i jednocześnie jego była psycholog z Arkham. Okazała się na tyle popularna wśród fanów, że zaledwie rok po swoim pierwszym występie na ekranie zawitała na kartach komiksu. To zresztą mnie zaskoczyło, kiedy już jako nastolatek zacząłem więcej czytać na temat uniwersum Batmana. Harley Quinn w sposób naturalny pasowała do Jokera i czymś oczywistym wydawało się, że towarzyszyła mu od dawna, a tymczasem przed rokiem stuknęło jej raptem 20 lat, a ja jako mały dzieciak nieświadomie widziałem jej debiut.

Fot. Fox

Fot. Fox

Z kolei najsłynniejsza i najlepiej oceniana różnica wprowadzona do kanonu przez twórców produkcji to geneza Mr. Freeze’a. Do jego biografii wprowadzono wątek tragedii, jaka go spotkała (śmiertelna choroba żony i jego nieudane próby wynalezienia leku zakończone domniemaną śmiercią ukochanej i narodzinami Mr. Freeze’a jako złoczyńcy) i która rzutowała później na cały jego charakter. Dzięki temu postać zdolnego, ale zrozpaczonego naukowca już całkowicie wyparła oryginalną, komiksową osobowość Mr. Freeze’a jako drobnego rzezimieszka o siermiężnej naturze, która korespondowała z innymi, mniej udanymi wrogami Batmana (Crazy Quilt, anyone?). Do tego to w B:TAS po raz pierwszy zasugerowano, że Harvey Dent cierpiał na rozdwojenie jaźni, jeszcze zanim stał się znany jako Dwie Twarze. Warto również zwrócić uwagę, że właśnie w tej animacji powstał koncept, aby Bruce Wayne i Batman mówili różnymi głosami (co w wykonaniu Bale’a stanowi źródło nieustannych parodii), a autorem tej idei był sam aktor wcielający się w Mrocznego Rycerza – Kevin Conroy.

Na koniec wreszcie krótko o konsekwencjach emisji B:TAS. Wpływ na universum DC Comics podałem już z grubsza powyżej, ale wymienić można również wpływ na rysunkowe ekranizacje komiksów. Duży sukces produkcji sprawił, że powstał wspomniany już Superman: The Animated Adventures, który utrzymano w podobnym stylu (ludzie na przykład rysowani byli bardzo podobnie) oraz atmosferze (choć mimo wszystko nie tak mrocznej). W późniejszych latach natomiast w telewizji gościły między innymi Batman Beyond (w którym stary Bruce Wayne szkoli swojego następcę) czy Justice League. Przede wszystkim jednak popularność B:TAS pokazała, że da się stworzyć opowieść o superbohaterach skierowaną do dzieci bez nadmiernej infantylizacji, z należytym poszanowaniem materiału źródłowego oraz odpowiednim wyważeniem zabawy i powagi, tak, by rodzic oglądający animację miał równie dużą frajdę, co jego pociecha.

Ja bawiłem się przednio.

Batman: The Animated Series
Superhero/Action
Fox, USA, 1992–1995

Piotr ‘Ramzes’ Mrowiec
Kiedyś marzył o byciu astronomem, dzisiaj już nie marzy, tylko jest filologiem. Humanista z wyboru, umysł ścisły w sercu. Zawsze z milionem pomysłów do napisania czegoś i zbyt rozwiniętym leniem, by faktycznie to zrobić. Na oglądaniu seriali spędza zdecydowanie zbyt dużo czasu, ale już nauczył się z tym żyć i przyznawać do tego.

Piotr "Ramzes" Mrowiec

Kiedyś marzył o byciu astronomem, dzisiaj już nie marzy, tylko jest filologiem. Humanista z wyboru, umysł ścisły w sercu. Zawsze z milionem pomysłów do napisania czegoś i zbyt rozwiniętym leniem, by faktycznie to zrobić. Na oglądaniu seriali spędza zdecydowanie zbyt dużo czasu, ale już nauczył się z tym żyć i przyznawać do tego. Ideałem dla niego byłyby podróże po świecie i opisywanie swoich doświadczeń.