Fot. Всероссийская государственная телевизионная и радиовещательная компания

Nu, pogodi! (Wilk i Zając)

Artykuł nie zawiera spoilerów.

Wilkowi i Zającowi zawdzięczam jedno z moich najwcześniejszych wspomnień: jest zima, ciemno, bardzo wcześnie rano, a ja budzę śpiącego na wersalce tatę, żeby włączył mi kasetę wideo z moją ulubioną bajką.

Fot. Всероссийская государственная телевизионная и радиовещательная компания

Fot. Всероссийская государственная телевизионная и радиовещательная компания

Zważ, czytelniku, że gdy piszę „jedno z najwcześniejszych”, mam na myśli czas, który był naprawdę dawno. Tak dawno, że pamiętam moje zdziwienie faktem, iż przed każdym odcinkiem normalnej długości, oddzielony odeń napisami w nieznanym języku, nagrany jest na kasecie króciutki miniodcinek – bo byłem za młody, by wiedzieć, co to takiego „sceny otwierające” i „czołówka serialu”. Dziś, kiedy połowę TvTropes znam na pamięć, taka niewiedza wydaje mi się czymś niesamowitym – i fascynującym.

Tabula rasa. Prapoczątek. Czas przed czasem, czas magiczny. Dzieciństwo. A przynajmniej tak lubimy o nim myśleć. Cała ta magia to najpewniej zmyślenie, bajka, którą sobie opowiadamy – nie pamiętamy tych najpierwszych lat, tak innych od późniejszego życia, więc budujemy sobie na ich temat fantazje i mity. Ale to, że wiem, jak czarodziej wyciąga królika z kapelusza, wcale nie sprawia, że mniej przez to ulegam czarowi przedstawienia. Więc racjonalny, dorosły, analityczny, wspominam sobie Wilka i Zająca i myślę: kto wie, może to właśnie owa kreskówka, oglądana u zarania dziejów (moich dziejów), zasiała we mnie ziarna, które kiełkują do dziś? Może to ona dała mi ciekawość, chęć poznania świata? Może to przygody dwójki zwierzaków w domu techniki pchnęły mnie w stronę Lema i Dukaja, a ich wizyta w studiu telewizyjnym dała mi po raz pierwszy skosztować metafikcji, zabawy konwencją, które tak uwielbiam w Community? Nie pamiętam. Nie wiem. A skoro nie wiem, to mogło tak być. Tam, wtedy, na początku wszystkiego.

Fot. Всероссийская государственная телевизионная и радиовещательная компания

Fot. Всероссийская государственная телевизионная и радиовещательная компания

Po co wracam do tej prehistorii, po co szukam magii? Ano po to, by spróbować choć po części przekazać, jak niezwykłą i frapującą kreskówką był dla mnie Wilk i Zając. Z pozoru to przecież „bajka” jak każda inna: ot, żarłoczny Wilk ścigający wciąż sprytnego Zająca, który zawsze ostatecznie mu umyka, a po drodze sto przygód i tysiąc gagów. Kto na odkodowywanym tylko wieczorem Canal+ oglądał przygody Toma i Jerry’ego albo Kojota i Strusia Pędziwiatra, ten widział już wszystko, co pod względem fabularnym Wilk i Zając ma do zaoferowania. (Co ciekawe, twórca omawianej tu kreskówki, Wiaczesław Kotionoczkin, żadnej z tych amerykańskich produkcji nie znał – a więc wpadł na zbliżony pomysł całkiem niezależnie). Ale, jak to zwykle bywa, diabeł tkwi w szczegółach. Tym bowiem, co mnie w Wilku i Zającu najbardziej fascynowało, była „ruskość”.

A „ruskość”, drogi czytelniku, miała wówczas w moich stronach sporo znaczeń. Wszyscy sprzedający skarpetki i garnki handlarze z Armenii, Ukrainy, Białorusi, Kazachstanu, bytujący ze swoimi straganami na obrzeżach miejskiego parku, byli wtedy dla nas „ruscy”. Przywożone z Chin tandetne plastikowe zabawki – również „ruskie”. Żwirowisko w okolicy, miejsce częstych wypraw ciekawskich dzieciaków i szukających odosobnienia pijaków, zwano powszechnie „ruskim cmentarzem” – bo rzekomo gdzieś tam kryły się mogiły radzieckich żołnierzy z czasów wojny. Chcąc powiedzieć, że coś zdarza się bardzo rzadko, mieszkańcy moich stron mawiali, że dzieje się to „raz na ruski rok”, a najpyszniejszą potrawą odświętną, zarezerwowaną na niedzielne obiady, były, oczywiście, ruskie pierogi. „Ruskie” znaczyło więc z grubsza obce, nietutejsze, inne, niezwykłe, rządzące się odmiennymi prawami, ale także tajemnicze i ciekawe, niepokojące i fascynujące zarazem. „Ruskie” wywodziło się gdzieś z głębi innego świata, odchodzącego w przeszłość świata Polski Ludowej w wiecznej przyjaźni ze Związkiem Radzieckim, równie dla nas wtedy intrygującego, co przychodzący na jego miejsce świat Ameryki z jej grami na Pegasusa, telegazetą, Kevinem samym w domu i Kosmicznym meczem.

Fot. Всероссийская государственная телевизионная и радиовещательная компания

Fot. Всероссийская государственная телевизионная и радиовещательная компания

A w Wilku i Zającu ruskości było nad wyraz dużo. Po pierwsze i najważniejsze – język. Oglądałem w oryginale, na importowanej ze Wschodu kasecie, i nie mogłem się nadziwić, jak oni dziwnie tam mówią. Nie w tym nawet rzecz, że nie był to, jak we wszystkich innych „bajkach”, angielski: w końcu każdy nieznany język jest równie tajemniczy. Ale rosyjski miał status wyjątkowy. Był magiczny. Podobny i zarazem niepodobny do polskiego. Słowa niby te same, co nieco dało się zrozumieć – ale już alfabet wzięty z Księżyca, a wymowa dziwna. W dodatku prestiż rosyjskiego w moich oczach podnosił fakt, że na ogół znali ten język dorośli, wychowani jeszcze w poprzednim ustroju. Nieliczne kwestie mówione Wilka i Zająca, w tym tytułowe „Poczekaj, ja ci jeszcze pokażę!”, tłumaczył mi tata. Wtedy naprawdę miało to w sobie dla mnie coś z czarowania: za pomocą tajemnej wiedzy przetwarzać bełkot w zrozumiałe słowa. Słuchałem zafascynowany.

A drugie źródło „ruskości” – to były realia. W Wilku i Zającu niemal wszystko, od budynków i pojazdów po stroje bohaterów, wygląda inaczej niż powinno. To jednak inny świat, obcy podwójnie, bo odległy i w przestrzeni, i w czasie (kreskówka powstała w latach 70. i 80.). Mógłbym wymienić dziesiątki szczegółów. Samochód, którym czasem wozi się Wilk, to kanciaste pudło z płóciennym daszkiem, jakiego nigdy w życiu nie widziałem. Po ulicach miast jeżdżą toporne trolejbusy i patrole milicyjne na motocyklach z przyczepą. W scenerii bożonarodzeniowej kamuflujący się Wilk przebiera się nie za swojskiego Świętego Mikołaja, lecz za znaną z rosyjskiej kultury wnuczkę Dziadka Mroza, Śnieżynkę. (Czy to w Wilku i Zającu po raz pierwszy zetknąłem się z transwestytyzmem?)

Fot. Всероссийская государственная телевизионная и радиовещательная компания

Fot. Всероссийская государственная телевизионная и радиовещательная компания

A „ruskości” źródło trzecie – to sami bohaterowie. Bo chociaż, jak już wspomniałem, fabuły oparte na przygodach pechowego drapieżnika i cwanej ofiary znaleźć można wszędzie, to jednak Wilk i Zając stanowili duet dość niezwykły. Już sam początek ich wiecznego pościgu, pokazany w pierwszym odcinku, jest stosunkowo oryginalny: oto niedogolony Wilk, w swojej rozchełstanej różowej (!) koszuli i zielonkawym bereciku, przechadzał się pewnego pięknego dnia po mieście, nikomu nie wadząc, kłaniając się milicjantom, aż tu nagle kropla wody spadająca z góry zagasiła mu papierosa – to Zając, podlewający kwiaty na balkonie swego burżujskiego mieszkanka w kamienicy, wychylił się nieco za bardzo. Tyle wystarczyło. Wilczy głód Wilka załatwił resztę.

Zając, zawsze w zielonym kubraczku, chętnie tańczący, śpiewający, występujący w cyrku i odwiedzający muzea – oraz niedogolony, brzdąkający na bałałajce, brzuchaty Wilk z petem w pysku. Zderzenie dwóch światów, z którego nie mogło wyniknąć nic dobrego. Oczywiście absurdem byłoby doszukiwać się w tej kreskówce jakiegoś głębokiego komentarza politycznego lub społecznego – sam twórca zdecydowanie się od takich interpretacji odcinał, nawet wtedy, gdy nic mu już za przyznanie się nie groziło. Ale przyznam szczerze, że o ile Zając, jak wielu bohaterów, był dla mnie dość mdły, o tyle Wilk jako antybohater spisywał się wyśmienicie. Miał w sobie nieodparty urok chama, który swego czasu zachwycał choćby bohaterów Gombrowicza i Mrożka. Wystarczy spojrzeć, jak mieszkał: w odrapanej ruderze pełnej pustych butelek, gdzie siadywał przed telewizorem w pasiastych spodniach od piżamy i brudnym podkoszulku; jak żywo kojarzy mi się dziś z Ferdynandem Kiepskim. Ale miał też duszę romantyka i zaskakujące pokłady kreatywności: ilekroć wymagał tego pościg za Zającem, Wilk nie wahał się żeglować, przebierać w cudze szatki, tańczyć w balecie czy popisywać jazdą na łyżwach.

Fot. Всероссийская государственная телевизионная и радиовещательная компания

Fot. Всероссийская государственная телевизионная и радиовещательная компания

To ciekawe, ale kreskówki typu, do którego należą Wilk i Zając czy Tom i Jerry, bardzo często stanowią istną gonitwę przez różne scenografie. Wynika to poniekąd z faktu, że skoro sam schemat pościgu pozostaje w nich niezmienny, „bajkę” urozmaicać trzeba jak się da, by nie znudzić widza. Stąd praktycznie każdy odcinek toczy się w innym otoczeniu i o trochę innym pościgu opowiada: a to Wilk poluje na swą ofiarę na pokładzie samolotu, a to w muzeum, a to znów na ośnieżonym stoku góry czy w rozsłonecznionym kurorcie, za każdym razem spotykając postacie i zagrożenia właściwe danemu środowisku: strażników, plażowiczów, wieśniaków. Bywa, że trafia do domu techniki pełnego futurystycznych wynalazków i nagle kreskówka wpada w konwencję science fiction, a bohaterom zagrażają zbuntowane roboty. Bywa, że drapieżnik znajduje magiczną lampę i oto osuwamy się w bajkowość i oniryzm, oglądamy niezwykłe istoty i zagadkowe wydarzenia (dla mnie tym bardziej zagadkowe i niezwykłe, że odwołujące się do baśni zupełnie mi obcych, bo rosyjskich). A znów kiedy indziej wybieramy się z bohaterami na olimpiadę w Moskwie, żeby obejrzeć z kolei całkiem realistyczne zmagania sportowe. Do dziś w popkulturze cenię najbardziej właśnie to bogactwo, ten oszałamiający kalejdoskop konwencji, tropów i pomysłów. Kto wie, może to właśnie w Wilku i Zającu doceniłem te elementy po raz pierwszy?

A skoro już gdybamy: może sympatia do musicali też właśnie stąd mi się wzięła? Bo muzyka w kreskówce o przygodach dwójki zwierząt była – i jest – wyśmienita. Oraz wszechobecna. Rosyjskie pieśni ludowe, wojenne, popularne szlagiery, fragmenty arii i chórów, elektronika (w tym choćby słynny kawałek zatytułowany Popcorn), szanty, podniosła muzyka towarzysząca olimpiadzie… Sami bohaterowie też nieraz śpiewali, a Zając podszył się raz nawet pod autentyczną (i swego czasu popularną) piosenkarkę, Ałłę Pugaczową. Kto nie wierzy, że ów egzotyczny koktajl muzyczny mógł smakować, niech przekona się sam. Moim zdaniem warto.

Na koniec jeszcze dwie uwagi. Choć w kilka lat po śmierci twórcy kreskówki, Wiaczesława Kotionoczkina, wznowiono produkcję odcinków, ja się do tego „nowego” Wilka i Zająca przekonać nie umiem i nie wchodzi on w skład mojego prywatnego kanonu. Inny sposób rysowania, nieco inny humor, zmienione (bo i świat się zmienił) realia. Cóż począć, takie prawa nostalgii: najpierwsze zawsze jest najlepsze. Do dziś mam problem ze słuchaniem wersji koncertowych piosenek, które bardzo lubię, bo wydają mi się one „niepoprawne”, „zepsute” w porównaniu z oryginałami. Wilk i Zając kończy się zatem dla mnie na odcinku o baśniach z roku 1986, tam, gdzie kończyła się kaseta wideo – i o jakości nowych przygód nic powiedzieć nie umiem.

Zaś dla tych, którzy nie boją się wystawiać nostalgii na próbę i powracają do rzeczy, które uwielbiali lata temu – jak również dla tych, którzy „bajki” mojego dzieciństwa po prostu nie znają – mam dobrą wiadomość: Wilk i Zając moim zdaniem broni się nawet dziś. Wróciłem do tej kreskówki na studiach i nie zawiodłem się. Jest po prostu dobrze napisana, opatrzona świetną muzyką, ciekawie zanimowana. A „ruskość”, która fascynowała mnie niegdyś, nadal fascynuje. Przeszłość to inny kraj. Przeszłość innego kraju to już kosmos zupełny. Dajcie jej szansę. Wilk i Zając jeszcze wam pokaże.

Fot. Всероссийская государственная телевизионная и радиовещательная компания

Fot. Всероссийская государственная телевизионная и радиовещательная компания

Ну, погоди!
animacja
Rossijskoje Teleradio, ZSRR/Rosja, 1969–2006

Przemek Zańko: czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.

Przemek Zańko

Czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.