Fot. Nickelodeon

Zaskakująco bliski Wschód (Avatar: The Last Airbender)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

Hazel: Nie przepadam za serialami animowanymi. Nie jest to bynajmniej kwestia medium – pełnometrażowe filmy animowane oglądam bardzo chętnie i kilka na pewno jestem w stanie zaliczyć do mojego popkulturowego top 25. Jaram się i filmami Miyazakiego, i najnowszymi produkcjami Dreamworks. Z serialami jest trochę inaczej – pomimo wielu prób nigdy nie byłam w stanie wciągnąć się w żaden na tyle, żeby móc emocjonować się fabułą, gdy ominięcie fragmentu kompletnie nie wpływa na odbiór całości. Większość seriali zmuszona jest do zachowania status quo świata – nieważne, co się wydarzy, na koniec epizodu zawsze wszystko musi wrócić do normy, by widz nie czuł się zagubiony, kiedy po paru tygodniach przerwy trafi na nową część. Upływ czasu jest niezauważalny, a jeżeli już pojawia się jakiś wątek fabularny wybiegający poza ramy odcinka – musi się zamknąć w jednym zdaniu podsumowania (najczęściej wygłaszanym zza kadru przez postać stanowiącą comic relief). Co z automatu powoduje, że nie ma co mówić o jakimkolwiek rozwoju bohaterów. Ani świata.

Wiadomo, trochę inaczej sprawa się ma z serialami anime, jednak do wschodniej sztuki animacji też nigdy nie byłam w stanie się przekonać. Za mocno przywiązana jestem do zachodniego sposobu opowiadania historii, anime najczęściej gubi mnie w labiryncie zagmatwanych i niejasnych zwrotów fabularnych w niewłaściwych momentach i rozbuchanych, nienaturalnie przeciąganych scenach akcji, poprzeplatanych chwilami kompletnego zastoju.

William: Ja również nie przepadam za anime, choć z innych powodów – tym, co drażni mnie, jest ilość kadrów wykorzystanych na potrzeby przeciętnego odcinka. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że gdyby odtworzyć go z prędkością 25 klatek na sekundę… trwałby pół minuty. Takie seriale są dla mnie pokazem slajdów i tworem bez dynamiki, a nie tego oczekuję, siadając przed telewizorem. Właśnie dlatego miałem bardzo sceptyczne podejście do Avatara.

Fot. Nickelodeon via kenshinomonogatari.tumblr.com

Fot. Nickelodeon via kenshinomonogatari.tumblr.com

Hazel: Też zabierałam się do serialu jak pies do jeża, bo sieciowa mądrość głosi jasno, że to amerykańska kreskówka czerpiąca mocno z anime, i to jeszcze zrobiona na zamówienie Nickelodeon, stacji, która nie słynie raczej z dojrzałych produkcji. I znów: w najlepszym wypadku takie „czerpanie” oznacza średnio udaną adaptację, w najczęstszym – prostacką zrzynkę i masakrę dokonaną na materiale źródłowym.

Fot. 20th Century Fox

Fot. 20th Century Fox

Tak nisko postawiona poprzeczka spowodowała, że po pierwszych kilku odcinkach byłam naprawdę pozytywnie zaskoczona. Po kilku, bo sam pilot nie urywa. Nie nazwałabym go słabym, zwłaszcza z perspektywy całości, ale w dwudziestu kilku minutach twórcy nie próbowali nawet zabierać się za pokazywanie złożoności świata – poza intrem, gdzie dostajemy kilka podstawowych informacji (Źli Władcy Ognia sto lat temu najechali Tych Dobrych, a Wybraniec, który mógł ich powstrzymać, zniknął, przez co świat pogrążył się w chaosie) – cała reszta to przedstawienie głównych bohaterów.

Poznajemy więc rodzeństwo – Katarę, początkującego maga wody, i jej brata, Sokkę – nastolatków, mieszkańców niegdyś potężnego miasta, obecnie zrujnowanej wojną osady Water Tribe na biegunie południowym. Podczas wyprawy na ryby dwójka napotyka Aanga, radosnego i pełnego wigoru młodego maga powietrza, uwięzionego w górze lodowej wraz ze swoim latającym bizonem – Appą. Okazuje się, że Aang jest reinkarnacją Avatara – ducha wszechświata, którego zadaniem jest utrzymanie równowagi pomiędzy czterema nacjami (Wody, Ognia, Ziemi i Powietrza) i stanowiącego pomost między ludźmi a Światem Duchów – którego powrotu wyczekiwano od stulecia. Wtedy to, po zniknięciu jego poprzednika, Fire Nation przeprowadziło inwazję na resztę krain, rozpoczynając od całkowitej eksterminacji Air Nomads w nadziei na przerwanie cyklu Avatara. Teraz Fire Nation jest bliskie zwycięstwa w globalnej wojnie, a Aang, ostatni airbender, jest jedynym, który może ich powstrzymać. Zagrożenie ze strony Władców Ognia pojawia się pod postacią księcia Zuko, który – wraz ze swym stryjem Iroh – od lat próbuje odnaleźć i wyeliminować ostatnią przeszkodę na drodze do całkowitej dominacji nad światem.

Fot. Nickelodeon via knowyourmeme.com

Fot. Nickelodeon via knowyourmeme.com

Zanim jednak Aang będzie mógł stawić czoła swojemu przeznaczeniu, musi nauczyć się władać wszystkimi czterema żywiołami. Cudem wymykając się Zuko, Aang, Katara i Sokka wyruszają na grzbiecie Appy na (dosłownie) drugi koniec świata, do siostrzanego Water Tribe na biegunie północnym, w poszukiwaniu pierwszego nauczyciela.

Nie brzmi to zbyt zachęcająco, zwłaszcza że zamiast rozwoju osi fabularnej dostajemy masę scenek rodzajowych, które nie zawsze wyglądają, jakby zmierzały do czegoś konkretnego. Zdawało mi się to dziwnym wyborem, jednak im dalej w głąb serialu, tym lepiej rozumiałam zamysł twórców. Bo jeżeli jest coś, co w Avatar: The Last Airbender zrealizowano lepiej niż główny wątek fabularny, to właśnie kreację bohaterów. Na etapie finału pierwszego sezonu wsiąkłam w ten świat tak bardzo, że nie było już ucieczki, a ty, Williamie, mogłeś doświadczyć mego niepohamowanego entuzjazmu na własnej skórze.

William: Dokładnie tak, jak mówisz. Ktoś, kto tworzył ten serial od początku miał w głowie, jak on będzie wyglądał. Ze wschodnich inspiracji powybierał to, co najlepsze, czyli stylizację świata, filozofie czy sztuki walki, a resztę, za co bardzo dziękuję i nigdy dziękować nie przestanę, wyrzucił do kosza. Dzięki temu nie znajdziemy w „Avatarze” takich rzeczy:

Źródło: onlywallpapers.com

Źródło: onlywallpapers.com

podobnie jak fryzur z lat osiemdziesiątych:

Fot. The WB

Fot. The WB

będą za to ślicznie narysowani, nie-mangowi bohaterowie. Poznajcie Katarę:

Fot. Nickelodeon

Fot. Nickelodeon

Sama kraina, w której toczy się akcja, jest mocno inspirowana realnym światem, zwłaszcza Dalekim Wschodem. Na przykład Fire Nation to państwo wzorowane mocno na średniowiecznej Japonii, co widać w architekturze czy wyglądzie mieszkańców: mają jasną skórę i ciemne, długie szaty. Air Nomads to typowi buddyści, sporo medytują, szanują przyrodę i nie jedzą mięsa. Poza nimi jest jeszcze Water Tribe, swoiści eskimosi, i Earth Kingdom – inspirowane Chinami.

Avatar czerpie garściami z historii, religii, filozofii i przekłada prawdziwe podziały grup społecznych na swoje realia. Bo czym jest droga, którą młody Aang musi pokonać, aby uratować świat, jeśli nie wędrówką, którą odbył Mojżesz? Czym, jeśli nie faszystowskimi Niemcami, jest Fire Nation, które podbija świat? Kim są władcy żywiołów, jeśli nie reprezentantami poszczególnych kolorów skóry? Czym jest wybicie wszystkich członków Air Nomads w celu zabicia młodego Avatara, jak nie rzezią niewiniątek zorganizowaną przez Heroda w celu zamordowania Jezusa?

Fot. Nickelodeon

Fot. Nickelodeon

Hazel: Akurat jeżeli chodzi o upadek cywilizacji Air Nomads, to pierwsze, co mi się nasuwa, to raczej Holokaust albo – trzymając się wschodnich analogii – chińska inwazja na Tybet. Pokojowo nastawieni, żyjący zgodnie z tradycją i przeciwni agresji Nomadowie kompletnie nie przystawali do wizji szerzenia „postępu i dobrobytu” w imię potęgi Fire Nation, a ostateczne rozwiązanie sprawy Avatara to tylko dodatkowa korzyść. Całe Fire Nation to crossover pomiędzy nazistowskimi Niemcami, współczesną Koreą Południową, komunistycznymi Chinami i Japonią z czasów I wojny światowej (już sama lokacja wydaje się podejrzanie znajoma), gdzie – z jednej strony – honor stawia się ponad wszystko inne, czasem aż do przesady, a z drugiej – szare masy żyją przygniecione piętnem agresywnej propagandy.

Kiedy popatrzy się na świat Avatara z tej perspektywy, trudno uwierzyć, że oglądamy serial przeznaczony głownie dla dzieci. Nawet na początku, gdy podział na dobrych i złych, na białe i czarne, wydaje się jednoznaczny.

A potem dostajemy odcinek The Storm

William: …z którego dowiadujemy się, że nie zawsze wszystko jest tym, na co wygląda. Nie każdy obywatel Fire Nation jest zły, nie każdy obywatel Earth Kingdom jest dobry. Nie każda logiczna decyzja jest mądra i każdy popełnia błędy.

Fot. Nickelodeon

Fot. Nickelodeon

Ale to tylko z perspektywy fabuły, a co dużo istotniejsze – zaczynamy inaczej postrzegać sam serial. Od odcinka The Storm wiemy, że świat jest złożony jak origami, bohaterowie to nie jednowymiarowe kupy kresek, a ludzie, w których możemy wierzyć. Widzimy ich ambicje, powody ich działań, cele, ronimy łzy nad ich losem, dopingujemy w wewnętrznych przemianach i irytujemy się, kiedy zboczą z drogi. Stworzyć w serialu postacie, które trafiają w widza swoim realizmem i wiarygodnością, zwłaszcza w serialu animowanym, to sztuka, jakiej nigdy nie spodziewałem się doświadczyć. Tak czy inaczej, teraz już nie mamy pewności, czy kiedy Avatar pojawi się w uciśnionej wiosce, na pewno uzyska pomoc. Być może mieszkańcy oddadzą go w ręce księcia Zuko, aby poprawić sobie byt? Nic nie jest proste, każda postać ma własne cele i swoje sposoby na ich osiągnięcie. Poza tym, co bardzo istotne, zaczynamy zauważać cechy wspólne między największymi wrogami – ich historie, choć z pozoru stanowią dwa przeciwieństwa, tak naprawdę niewiele się od siebie różnią. Od tego momentu zaczyna być ciekawie.

Hazel: I to nie na poziomie, na jakim ciekawa może być kreskówka, ale raczej na poziomie, na jakim ciekawe bywają seriale fabularne.

Losy bohaterów, przeplatające się jak w Lost, w zestawieniu z mocnym naciskiem położonym z jednej strony na przeznaczenie i cykliczność świata, z drugiej na poszukiwanie własnej ścieżki oraz na to, że jedno wcale nie wyklucza drugiego, powodują, że detale, dorzucane w kolejnych w kolejnych epizodach, składają się w końcu w spójny obraz imponującego i żyjącego własnym życiem świata. Wiele odcinków posiada motyw przewodni: najczęściej nic dosłownego ani szczególnie rzucającego się w oczy, ale tworzącego klimat i podkreślającego analogie między pozornie niepowiązanymi czasami, miejscami i postaciami. Wszystko to okraszone zostaje tym subtelnym, stylizowanym rodzajem nadnaturalności, który znamy z najlepszych obrazów Miyazakiego.

Fot. Nickelodeon

Fot. Nickelodeon

Scenarzyści nie uciekają od niewygodnych tematów, wielokrotnie balansując na granicy tego, co zazwyczaj pokazuje się młodszym widzom. Czasem bowiem obowiązek jest ważniejszy niż miłość, a najmocniej krzywdzą nas ci, którym chcemy ufać najbardziej. Nie ma prostych rozwiązań, czasem wybierać trzeba między tym, co moralnie poprawne, a tym, co słuszne. A gdy popełnia się błędy, nie ma ucieczki od konsekwencji, nawet kiedy ma się tylko dwanaście lat. Twórcy genialnie wykorzystują ten ładunek emocjonalny, by pokazać, jak bohaterowie zmieniają się pod jego wpływem, jak potykają się i uginają się pod ciężarem porażki, raz za razem.

Chyba właśnie dla złagodzenia tego ciężkiego klimatu serial serwuje nam od czasu do czasu odcinki lżejsze, dające chwile odprężenia i przypominające, że bohaterowie to nie dorośli przebrani za dzieciaki. Niektóre z tych odcinków są świetnie, niektóre – nie tak bardzo, zwłaszcza w pierwszym sezonie trochę to kuleje. Posunęłabym się nawet do zakwalifikowania niektórych jako nic niewnoszących zapychaczy, ze szczególnym naciskiem na niesławne wśród fanów The Great Divide.

Fot. Nickelodeon via flickriver.com

Fot. Nickelodeon via flickriver.com

William: No i znowu ten The Great Divide. Czemu żeście się go tak uczepili? Zgadzam się, fabularnie odcinek nie wnosi nic do historii. Ale rozwija postacie. Nie chcę się rozpisywać na ten temat, bo to same spojlery, ale bezpiecznie powiedzieć, że odcinki takie jak ten pozwalają ujrzeć ukryte talenty bohaterów. W tym przypadku widzimy, że Aang jest nie tylko świetnym wojownikiem, ale potrafi też czasem ruszyć głową. To doskonały punkt wyjścia dla późniejszych wydarzeń, które, przyznam, są dużo ciekawsze.

Hazel: Fakt, im dalej, tym lepiej. Serial rozwija skrzydła pod koniec pierwszego sezonu, i to nie tylko pod względem fabuły, ale też wizualnym. O ile początki wyglądają po prostu ładnie, to lokacje w późniejszych epizodach niejednokrotnie zapierają dech w piersiach, a cztery finałowe odcinki to wizualny majstersztyk bijący niejedną kinową produkcję na głowę.

Fot. Nickelodeon

Fot. Nickelodeon

Na tym etapie Avatar miał już ugruntowaną pozycję – i zdecydowanie większy budżet – co widać nie tylko od strony graficznej. Twórcy mogli sobie pozwolić na odrobinę zabawy konwencją, czego wybornym przykładem jest przezabawne Ember Island Players.

Fot. Nickelodeon via avatardwithavatitis.tumblr.com

Fot. Nickelodeon via avatardwithavatitis.tumblr.com

Fot. Nickelodeon via avatardwithavatitis.tumblr.com

Fot. Nickelodeon via avatardwithavatitis.tumblr.com

No właśnie, humor to kolejna rzecz, która stoi w Avatar: The Last Airbender na naprawdę wysokim poziomie. Podoba mi się, że nie jest to ten typ humoru, w którym roi się od aluzji i mrugnięć okiem skierowanych do dorosłych widzów – większość żartów działa na poziomie świata przedstawionego, a te, które wychodzą niejako poza ramy uniwersum, są subtelne i wcale nie wymagają znajomości zjawisk, do których się odnoszą.

No i mamy jeszcze powracające gagi, które w innych produkcjach zazwyczaj mnie irytują niesamowicie, a tutaj – co przyznaję z lekkim zażenowaniem – bawią niezmiernie, niezależnie od tego, czy działają na płaszczyźnie świata, czy może służą jako bezczelny fanservice (The Cabbage Guy…).

Fot. Nickelodeon via avatarreactions.tumblr.com

Fot. Nickelodeon via avatarreactions.tumblr.com

William: I nie tylko on. Po drodze pojawia się jeszcze masa innych postaci, które z pewnością przypadną do gustu nowym fanom.

Poważnie. Jeśli ktoś z Was, drodzy czytelnicy, jeszcze nie widział Avatara, to najwyższa pora, żeby się za niego zabrać.

Hazel: Avatar: The Last Airbender przedefiniował moje pojęcie tego, czym może być serial animowany. Spodziewałam się niezobowiązującej rozrywki na kilka wieczorów, dostałam epicką (i nie boję się tego słowa), mądrą i poruszającą opowieść o dojrzewaniu, wybaczeniu i poszukiwaniu własnej drogi, którą docenić można naprawdę w każdym wieku.

Avatar
animacja
Nickelodeon, USA, 2005–2008

William Fine
Czyli Avada – z łaciny – „ten, co dobrze składa”. Chłopak nigdzie, chłopak znikąd. Nie ma serialu, o jakim nie słyszał, a jeszcze mniej jest takich, których nie widział. Od niedawna odkrywa świat amerykańskich superbohaterów i rapu. Lubi gotować i powinien być nauczycielem historii. Zawieszony między chęcią posiadania wiedzy a niechęcią do jej pozyskiwania.

Alicja „Hazel” Lipowska
Z zawodu inżynier, z zamiłowania grafik, oglądaniem seriali kompensuje dzieciństwo w domu bez telewizora. Kiedy dorośnie, chce zostać kotem.

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)