Fot. FX

Zmiana układu sił (American Horror Story, S03E09)

Artykuł zawiera spoilery.

I właśnie na to w Coven czekałem. Po zeszłotygodniowym średnio udanym odcinku wracamy na zdecydowanie wyższy poziom historii i jej narracji. Wreszcie bardzo dobre wymieszanie grozy z humorem, akcji z momentami spokojniejszymi, nieprzewidywalności z napięciem. Wprawdzie szczęka mi nie opadła, jak to ostatnio prorokowałem, choć momentami było blisko.

Największym zaskoczeniem okazała się zdecydowanie Myrtle. Już w poprzednich tygodniach w retrospekcjach dała do zrozumienia, że należy na nią uważać i nie zawaha się przed radykalnymi krokami, by dostać to, czego chce, ale i tak nie byłem przygotowany na scenę pozbycia się członków Rady. Nie tylko niespodziewana, ale także utrzymana w tym charakterystycznym dla serialu klimacie groteski, epatującym grozą i dużą ilością krwi. W dodatku wcielająca się w czarownicę Frances Conroy błyszczała. Już wcześniej w jej kreacji widoczna była swoista dezynwoltura oraz enigmatyczność, teraz jeszcze dodała odpowiednią dozę szaleństwa, dzięki czemu stanowiła w tym odcinku najjaśniejszy punkt obsady obok Kathy Bates (i szkoda, że do tej pory nie miały wspólnych scen jak w Six Feet Under).

Fot. FX

Fot. FX

Drugim niespodziewanym rozwinięciem fabularnym okazał się wątek Hanka. Stworzenie całej korporacji zajmującej się polowaniem na czarownice to prawdziwie błyskotliwe posunięcie – w końcu skoro umiejscawiamy akcję serialu o magii w czasach współczesnych, to dlaczego nie unowocześnić całej mitologii i łowców czarownic nie ubrać w szykowne garnitury oraz pokazać ich jako zorganizowaną i zhierarchizowaną strukturę? Ponadto widzimy, że Marie jednak daleko do pełnej kontroli nad wydarzeniami, co zresztą najdobitniej ujrzeliśmy na koniec odcinka. Sama postać Hanka natomiast nie obyła się bez melodramatycznej metamorfozy, kiedy uświadamia sobie, że jego związek z Cordelią, który miał być jedynie grą, przeistoczył się w coś więcej (i wychodzi na to, że koniec końców mężczyzna wcale nie okazał się taki bezwolny).

Poza tym niemal same dobroci przez te 45 minut. Fiona po lekkim załamaniu w zeszłym tygodniu znów zachowuje się po staremu, czyli z charyzmą i wyczuwalną, nomen omen, supremacją. Od początku sezonu wytwarza wokół siebie aurę dominacji i kontrolowania wszystkiego wokół i jej rozmowa z Myrtle naprawdę wyśmienicie to uwypukliła. Tym bardziej, że jej oponentka wcale do pokornych owieczek nie należy, szczególnie po powrocie do świata żywych. Czytałem głosy krytyki, że Jessica Lange w American Horror Story gra co roku tę samą postać, z czym trudno się nie zgodzić, ale skoro tak dobrze jej to wychodzi, to co z tego? Poza tym takie zarzuty trzeba raczej kierować pod adresem scenarzystów. Tak czy inaczej, silna i zdecydowana Fiona to dla serialu bardzo ważny element, dlatego cieszy jej powrót do formy.

Fot. FX

Fot. FX

Ponadto należy jej bić brawa, bo jest odpowiedzialna za ewolucję Kyle’a (wreszcie!). Po żmudnych i niewiele wnoszących scenach z nim w końcu jego wątek zmierza w jakimś konkretnym kierunku i nie trwa w zawieszeniu. Najwyższa pora – czekamy na to od końca października. Co prawda chłopak po raz kolejny pojawił się na ekranie sporadycznie, ale przynajmniej widać, że jednak istnieje jakiś zamysł na tę postać i w pozostałych czterech odcinkach jeszcze może przypaść mu całkiem znacząca rola (a i Evan Peters przestanie grać jednym wyrazem twarzy).

Pewne wątpliwości na temat zasadności występowania niektórych scen pojawiły się za to w przypadku sąsiadki czarownic i jej syna. Mam wrażenie, że jeszcze nie dowiedzieliśmy się wszystkiego o kobiecie i coś jeszcze ona skrywa (poza tym, że jako osoba wierząca bardzo wybiórczo traktuje Dekalog), ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że fragment w szpitalu niczego do fabuły nie wnosił oprócz potwierdzenia tego, co już wiedzieliśmy – że Joan (czy jej imię w ogóle padło w którymś odcinku?) daleko do normalności. Być może czeka ją jeszcze konfrontacja z Nan albo pomoże w jakiś sposób korporacji w walce z czarownicami, niemniej jej obecność nie do końca mnie przekonuje. Tym bardziej, że razem z synem w sposób chaotyczny wnosili coś do serialu.

To zresztą mój drugi poważny zarzut zarówno do ostatniego epizodu, jak i całego sezonu. Bohaterowie pojawiają się i znikają, jak tylko to pasuje scenarzystom. W tym tygodniu ani wzmianki na temat Axemana, wcześniej ten sam los spotkał Misty czy Kyle’a. Ponadto część postaci dźwiga na swoich barkach ciężar prowadzenia akcji po to, by po w następnym odcinku zostać zmarginalizowanym jak Zoe i Madison w tym tygodniu. Brak również poważniejszych konsekwencji wydarzeń, które powinny wstrząsnąć bohaterami. Gdzie oczekiwana przeze mnie konfrontacja Fiony z jej dwiema ofiarami? Gdzie jakieś niedopowiedzenia po ostatniej próbie detronizacji Najwyższej? Wszyscy to bagatelizują i przechodzą nad tym do porządku dziennego. Rozumiem, że sezon krótki, czas goni i sporo wątków należy pozamykać, ale tak całkowicie to pominąć?

Fot. FX

Fot. FX

Na szczęście lista moich „narzeków” znów jest krótka i w żaden sposób nie przysłania ona wszystkiego, co się zdarzyło dobrego w tym odcinku. Serial powrócił na dobre tory i po lekkiej zadyszce znów ma szansę odetchnąć czymś świeższym. Ostatnia scena epizodu wywraca status quo pomiędzy przedstawicielkami magii voodoo i „wiedźmowskiej” oraz sugeruje zwarcie szyków i sojusz przeciwko wspólnemu wrogowi, a to prognozuje całkiem interesującą interakcję pomiędzy Fioną a Marie. A to tylko jeden z wielu wątków, jakie jeszcze przed nami. Ewolucja Madame LaLaurie jednak nie dobiegła końca, Queenie wyraźnie sprzeciwiła się Marie, Kyle przestał wyłącznie pomrukiwać, wciąż nie została rozwiązana kwestia tożsamości nowej Najwyższej. Nie zapominajmy także o Myrtle, która stała się nieprzewidywalna oraz o Zoe, którą, jak by nie patrzeć, prezentowano jako główną bohaterkę Coven. Jest na co czekać.

American Horror Story
S03E09: Head
emisja: 11.12.2013

Piotr ‘Ramzes’ Mrowiec
Kiedyś marzył o byciu astronomem, dzisiaj już nie marzy, tylko jest filologiem. Humanista z wyboru, umysł ścisły w sercu. Zawsze z milionem pomysłów do napisania czegoś i zbyt rozwiniętym leniem, by faktycznie to zrobić. Na oglądaniu seriali spędza zdecydowanie zbyt dużo czasu, ale już nauczył się z tym żyć i przyznawać do tego.

Piotr "Ramzes" Mrowiec

Kiedyś marzył o byciu astronomem, dzisiaj już nie marzy, tylko jest filologiem. Humanista z wyboru, umysł ścisły w sercu. Zawsze z milionem pomysłów do napisania czegoś i zbyt rozwiniętym leniem, by faktycznie to zrobić. Na oglądaniu seriali spędza zdecydowanie zbyt dużo czasu, ale już nauczył się z tym żyć i przyznawać do tego. Ideałem dla niego byłyby podróże po świecie i opisywanie swoich doświadczeń.