Cover

„When the Doctor was me” (Doctor Who Christmas Special)

Artykuł zawiera spoilery.

Aldonna: Być może hejter nie powinien zaczynać… ale cóż poradzę, miarka się jak dla mnie przebrała! Dawno nie byłam tak rozczarowana odcinkiem Doktora, jak dziś. Gdzie te czasy all hail Moffat?

Fot. BBC, źródło: mividamuggle.tumblr

Fot. BBC, źródło: mividamuggle.tumblr

Przemek: Ech. Tym razem nawet moja miłość do Doctora Who i wrodzony optymizm nie pomogły. Nie jestem może AŻ TAK zawiedziony, ale odcinek mi się nie podobał i uważam, że był słaby. Zwłaszcza jak na historię kończącą epokę Jedenastego, jego pieśń pożegnalną. Nie wiem nawet, od czego zacząć. Może od tego, że nieustannie podczas oglądania miałem poczucie, że znajduję się w pędzącym wagoniku górskiej kolejki, która mknie przez kolejne wydarzenia, nie pozostawiając ani chwili na złapanie oddechu. Za dużo, za tłoczno, za szybko. Nawet z dodatkowym kwadransem czasu ekranowego. Ledwie zdążyłem się podekscytować słowem „Gallifrey”, już powróciły pęknięcia w czasie, a ledwie zadumałem się nad nimi, trwało już wielowiekowe oblężenie Trenzalore (pokazane w 30 sekund), a zanim poczułem to napięcie, dorzucono nam na wierzch informację, że oto Doktor zużył wszystkie wcielenia i zaraz umrze – po czym i tę sytuację rozwiązano w mgnieniu oka. Któryś już raz w erze Moffata wydarzenia wielkie i epickie stłoczono tak blisko siebie, że zwyczajnie nie dały rady należycie wybrzmieć. Najgorzej chyba wypadła kwestia limitu żyć i groźby „ostatecznej” śmierci Doktora. Raz: to już było („śmierć” w szóstym sezonie). Dwa: wiedzieliśmy, że nadchodzi Capaldi. Trzy: Moffat wyskoczył z tym zagrożeniem znikąd, bo fandom żył w przekonaniu, że nawet po sprawie z War Doctorem wciąż mamy co najmniej jedną inkarnację „w zapasie”. Wyjaśnienie z przerwaną regeneracją Dziesiątego ma nawet sens, ale czy wydarzenie tego kalibru – ostatnie wcielenie! – to rzecz, którą wyciąga się z kapelusza niespodziewanie w trzech czwartych odcinka? I po to tylko, by rozwiązać ją kwadrans później deus ex machiną?

Fot. BBC, źródło: ohmyreactionsgif.tumblr

Fot. BBC, źródło: ohmyreactionsgif.tumblr

Aldonna: Deus ex machina to chyba najpoważniejszy z zarzutów, jakie można twórcom (czy tylko Moffatowi?) postawić. Może w dzisiejszych czasach granica między zaskakującym – ale umotywowanym – zakończeniem a królikiem z kapelusza zanadto się zatarła i stąd te raz po raz rozczarowania sposobem kończenia poszczególnych wątków? Zresztą, słusznie zauważyłeś, że cały problem rodzi się w momencie, kiedy próbujemy w jednym odcinku zmieścić wszystko i jeszcze górkę. Odcinek świąteczny, w roku rocznicowym, a Moffat zachowuje się, jakby próbował w nim sam też pożegnać się z widzami, przypominając wszystkie story arcs i dorzucając im kolejne możliwe odczytanie. A można było prościej! Można było bez tej epickości, od której ja przynajmniej już się duszę. O ile w przypadku Dziesiątego miałam wrażenie, że z kolei wpadamy w drugą ze skrajności (za bardzo przeciągane było to pożegnanie), o tyle w porównaniu z sieczką, którą zamknął swoją erę Jedenasty, odejście Tennanta było majstersztykiem.

Przemek: Tak. Od paru tygodni obiecywano nam, że padną odpowiedzi na liczne pytania z poprzednich trzech sezonów, że dowiemy się, co było za drzwiami z odcinka The God Complex, i że powrócą Dalekowie, Cybermani, Silenci, Płaczące Anioły oraz Trenzalore. Czekałem więc, modląc się, by (niezaprzeczalny!) geniusz Moffata raz jeszcze nas zadziwił. I co? Rzeczywiście, odpowiedzi padły. Ale efekt jest ten sam co kiedyś w Zagubionych: próba powiązania tylu wątków w jedną spójną całość dała marny efekt. Tajemnice pozszywano grubymi nićmi, na co większe machnięto ręką (Madame Kovarian i niemożliwy astronauta? Ach, nieważne, schizmatycy!), a wyjaśnienia powtykano tu i tam jak skwarki w fabularną kaszę. Byle gęsto. Jak gdyby autor usiadł przy stole z listą zagadek w ręku i kolejno je odfajkowywał…

Pirjo: Nie do końca się z Wami zgadzam, więc będę w tej rozmowie rzecznikiem odmiennego podejścia. Odcinek podobał mi się i ogromnie mnie wzruszył. Ale skoro zaczynamy od marudzenia, proszę bardzo. Motywów wrzuconych do jednego worka było faktycznie zbyt wiele. Ja wiem, że regeneracja, że 50-lecie, odcinek Gwiazdkowy, fani w Anglii, fani w USA i fani na całym świecie, i że trzeba dać tym fanom bufet uginający się od świątecznych potraw, czyli cały sklepik z gadżetami. Rozumiejąc prawidła rynku, powiem jednak, iż najbardziej lubię Doktora, gdy jest proceduralem, czyli gdy w każdym odcinku mamy zamkniętą i ciekawą historię jakichś nowych postaci, ludzkich albo zupełnie „z kosmosu”, a dopiero w tle pojawiają się, niczym lep spajający serię, wątki osobiste, związane z Doktorem. Doktora doceniam najbardziej, kiedy jest tajemniczy i po cichu zadajemy sobie ważne pytania na jego temat. Po cichu, powtarzam. Nigdy na głos. Nie lubię, gdy staje się on oczywistym, jawnym, pierwszoplanowym sensem i celem opowieści. Gdy dominuje sobą odcinek, a wrogowie, cała akcja – są tylko tłem. The Time of the Doctor to nie jest odcinek, który się broni jako oddzielna historia, patrząc z tej perspektywy jest po prostu słaby. Nawet jeśli fabuła przypomina labirynt zagadek i ma w sobie sporo klimatu, nie wspominając o ulubionych potworach z Doktorowej talii. To trochę za mało, by się bezkrytycznie zachwycać.

Aldonna: Artur powiedział mi wczoraj, że zastanawiał się, czy czara mojej cierpliwości do niedociągnięć w ostatnich sezonach Doktora jest niewyczerpana. Bo rzeczywiście, nie raził mnie mizoginizm, nie dręczyły nierozwiązane zagadki, nie rwałam włosów z głowy przy bezczeszczeniu postaci Elżbiety I, pogodziłam się i z odejściem Pondów, i z pożegnaniem River. Sama nie wiem, czemu tym razem zareagowałam tak ostro: może prawo ostatniej kropli? Otwarcie mocne, mięsiste, zapowiadające ucztę – też wizualną, a to dla mnie ważne, kontrast statków Daleków i Cybermanów zagrał na ekranie bardzo ładnie. Gadająca głowa jako partner dla Doktora – świetny pomysł! (Bodaj najlepszy smaczek w całym odcinku.) I wtedy dzwoni Clara. Dzwoni i wszystko psuje, bo jej wątek, jakkolwiek świąteczny i kompozycyjnie może nawet postawiony w ładnej jukstapozycji do misji Doktora, nie ma wiele sensu. „Przypadkiem wymyśliłam sobie chłopaka”, no naprawdę, to już inteligentna ponadprzeciętnie, dwudziestoparoletnia dziewczyna nie miewa poważniejszych problemów? Ale dobrze, przyjmijmy, że zauroczona Doktorem Clara wabi go przed rodzinę tym sposobem, może nawet i licząc na to, że w ten sposób jakąś tam dziwną formę związku przez chwilę będzie miała (patrzcie, buduję w całości na późniejszym „I fancied him”, bo… niewiele więcej o Clarze wiem), a Doktor daje się zwabić. A razem z nim – najgorszy dowcip odcinka, czyli bieganie na golasa, Bóg jeden wie, po co. Pozwólcie jeszcze, że prychnę z niezadowoleniem w imieniu szacownej TARDIS na wykorzystywanie silnika jako piekarnika (!). Bo potem leci już z górki… „The Doctor stayed for Christmas”, ładna gra słów, podoba mi się to, ale czy naprawdę musiał zostać w miasteczku paręset lat? Nie macie poczucia, że szafowanie życiem Doktora w ostatnich odcinkach jest doprawdy zadziwiające? Za czasów Amy i Rory’ego przybyło mu z trzysta lat, teraz znowu parę setek… a, co tam. Może to poświęcenie powinno na nas robić wrażenie? Na mnie nie robi, chyba charakteryzacja to za mało, żebym dobrze poczuła nieodwracalność tego, na co decyduje się Jedenasty.

Fot. BBC, źródło: morgrana.tumblr

Fot. BBC, źródło: morgrana.tumblr

Przemek: Muszę przyznać, że sam pomysł na odcinek przypadł mi do gustu. Czas Doktora, czas jego życia, walka, w której jedyną przewagą po stronie Doktora jest długowieczność, pozwalająca przeciągać groźne oblężenie w nieskończoność. Bronienie przez stulecia niewinnych mieszkańców miasteczka Christmas przed zmasowanym atakiem potworów. Jest w tym posmak Powrotu do przyszłości, zwłaszcza w wątku z odesłaną do swoich czasów Clarą, która powraca na ratunek Doktorowi. (A także w widoku rozradowanego starszego pana z rozwianym włosem na wieży zegarowej). Szkoda tylko, że sześćdziesiąt minut to za mało, by wiekowe oblężenie należycie pokazać. Środkowa część odcinka ma moim zdaniem słabą dramaturgię. Gdy stulecia mijają w kilka sekund, a epickie bitwy to parę wybuchów na ekranie, trudno się przejąć. Trenzalore, „największa bitwa w życiu Doktora”, wypada blado. Także rozwiązanie patowej sytuacji w Christmas nie spodobało mi się. Cała zimna wojna między Doktorem, Tashą Lem i potworami sprawiała wrażenie wymuszonej, sztucznej, niepotrzebnie skomplikowanej – i podobnie moim zdaniem wypadł jej finał, nagłe przejęcie Tashy przez Daleków i równie nagłe wyzwolenie spod ich wpływu. No i czemu, na litość boską, Władcy Czasu potrzebowali aż płomiennej przemowy Clary, by wpaść na pomysł, że mogą interweniować?

Pirjo: Jeśli chodzi o Clarę, absolutny sens miało, że to właśnie ona, wieczna obrończyni Doktora, Niemożliwa Dziewczyna, wymyśli niebywałe rozwiązanie, by obejść system, symbolizowany tu podwójnie, przez Doktora spętanego przeznaczeniem i komputerowy kościół, przestrzegający sztywnej reguły. Emocjonalna, uczuciowa, wierząca w magię Bożego Narodzenia, w cudowne zwroty akcji, w dobro i w przyjemne niespodzianki panna o czystym sercu! To dzięki niej, dzięki dziewczynce ufającej w niezwykłość Świąt Doktor otrzymuje prezent-niespodziankę od rodaków z Gallifrey. Ja sama wierzę w moc Gwiazdki, jedyne miejsce czasoprzestrzeni, w którym rozwiązania deus ex machina nie rażą, bo mają głęboki sens, i lubię wszystkie fabuły, w których takie pomysły się pojawiają. Bo Gwiazdka jest miejscem cudu narodzin, miejscem często lekceważonym, miejscem, w którym zdarza się to, co się nie miało prawa zdarzyć, ale też uwikłanym w cykliczność, niosącym w sobie sporo smutku, nostalgii, wzruszeń, brzemiennym ciężarem pamięci. I przyznaję, poryczałam się, gdy zobaczyłam – oczyma Doktora – śliczną jak zwykle Amy, pierwszą twarz, którą zobaczyła ta twarz. Pierwszą i najważniejszą.

Aldonna: Nawet jeśli masz rację co do Clary – to nie było w całym odcinku niczego, co by nam przypomniało, jakież to jej przymioty są tak kluczowe, by rozwiązać impas. Jej główna rola sprowadza się do uczestniczenia w nieśmiesznych, niesmacznych dowcipach (tak, znów wracam do latania na golasa), desperackiego ściągania Doktora na świąteczny obiad, bycia odsyłaną do domu, odwiedzania Doktora niczym porte parole widza, abyśmy mieli okazję zobaczyć stopklatkę z wojny na Trenzalore, a na koniec – z wypowiedzenia w stronę Gallifreyan zdania, które nawet przy dobrych intencjach z pewną trudnością przychodzi mi uznać za wystarczające, żeby umotywować ich reakcję. Gdzie w tym wszystkim miejsce na Clarę wierzącą w magię świąt? Clarę w święta obchodzi to, czy będzie mogła przedstawić rodzicom Doktora jako swojego chłopaka, no i czy upiekł się ptak w piekarniku. To jest panna o czystym sercu?

Pirjo: To pewnie kwestia perspektywy. Dla mnie Clara od pierwszej sceny desperacko ale z zapałem stara się celebrować Święta, zorganizować je tak, by były wspaniałe. I nie traci tego zapału ani tej nadziei, nadzieja towarzyszy jej przez cały odcinek. Nie poddaje się nigdy, nawet gdy Doktor poddał się już całkowicie. To cecha typowa dla niej, podobnie jak szukanie niekonwencjonalnych rozwiązań. Że tak powiem: outside the box ;).

Fot. BBC, źródło: thewinchestersincamelot.tumblr

Fot. BBC, źródło: thewinchestersincamelot.tumblr

thewinchestersincamelot2

Przemek: Dotknijmy jeszcze wątku nagości, bo wzbudził pewne kontrowersje. Niskie żarty z cielesności i fizjologii nie są w Doctorze niczym nowym, ale przyznam, że czułem się mocno nieswojo, gdy Doktor i Clara paradowali po ekranie nago (choć w ubraniach). Czy Moffat nie miał nigdy koszmaru, w którym jest rozebrany w miejscu publicznym? Bo ja owszem i podczas oglądania odcinka było mi w imieniu Clary wstyd. Zwłaszcza gdy okazało się, że wszyscy w kościele faktycznie widzą jej nagość. Nie wiem, może nie mam poczucia humoru, ale ten (zbędny przecież) żart wypadł dla mnie bardzo gorzko.

Pirjo: Dla mnie nagość związana była z nowym początkiem i z narodzinami. Choć jako żarcik rzeczywiście sprawdziła się średnio.

Przemek: No dobrze, a co powiecie o samym odejściu Jedenastego?

Fot. BBC, źródło: cloudywithachanceofcascett.tumblr

Fot. BBC, źródło: cloudywithachanceofcascett.tumblr

Pirjo: Matt Smith nie był moim ulubionym Doktorem, za to Amy Pond pozostaje ukochaną towarzyszką. Tą „regenerację” opłakałam więc dawno temu, podczas odejścia Pondów, które było dla mnie końcem ery. Rozłąka z Pondami złamała też Jedenastego. Odcinek świąteczny to tylko finałowy akord „ostatniej drogi”, którą już symbolicznie przeszliśmy. Nigdy nie „czułam” związku między Jenną a Mattem, więc ogromnie liczę, że ta skądinąd sympatyczna towarzyszka rozkwitnie w kontakcie z Capaldim. Jeśli natomiast chodzi o „koniec Matta”, to podobała mi się utopijna i pocztówkowa miejscowość, zimowy raj, w którym wszyscy mówią prawdę i wszyscy kochają swojego szeryfa… to dobre miejsce, by umrzeć. Proste. Westernowe. Pasujące do kowbojskiego kapelusza. W takich miejscach śmierć ma znaczenie. Przemek: Chyba masz rację, że Jedenasty tak naprawdę odszedł już dawno. Jego starość, w tym odcinku pokazana tak dosłownie, uwydatniona, była w minionym sezonie wałkowana szczególnie intensywnie. Mam wrażenie, że odkąd Moffat przejął pałeczkę po Daviesie, wpadł w małą obsesję na temat umierania i śmierci: najpierw wysadził TARDIS i wyrzucił Doktora poza wszechświat, potem cały sezon podpuszczał nas jego „prawdziwą” śmiercią, a następnie w sezonie siódmym trafiliśmy do grobu Doktora. Teraz patrzyliśmy, jak starzeje się na ekranie i czeka na „ostateczny” koniec. Czyżby kryzys wieku (mocno) średniego? Ech, wyzłośliwiam się, ale to dlatego, że dość mam już tego tematu. Ale co do samej regeneracji… Wzruszyłem się i popłakałem, co tu dużo gadać. Sytuacja na wieży, przemowa w TARDIS, pojawienie się Amy, rzucenie muszki na ziemię – wszystko to zagrało dla mnie bardzo dobrze. MY FEELS. A potem trach, Peter Capaldi w postregeneracyjnym obłąkaniu, dotknięty (oby chwilowo!) amnezją. Opowieść toczy się dalej.

Fot. BBC, źródło: emmafelldowntherabbithole.tumblr

Fot. BBC, źródło: emmafelldowntherabbithole.tumblr

Aldonna: Często mam tak, że początkowe wrażenie z odcinka przyćmiewa dla mnie całość. Mocne otwarcie robi mi cały film, i tak dalej. Tutaj rozczarowanie rozpadającą się fabułą popsuło mi skupienie, jakiego wymaga żegnanie się z kimkolwiek, bo właściwie chciałam już, żeby ten odcinek po prostu się skończył. Pamiętacie, jak Dziesiąty rozsadził w zasadzie TARDIS swoją niezwykle intensywną regeneracją? Tu, przy scenie na wieży, miałam wrażenie, że Moffat próbuje pobić Daviesa (nie wiem, po co). (Tak samo, jak nie wiem, po co wyliczanka regeneracji wliczająca pamiętny cliffhanger z niespodziewaną niemal-śmiercią Dziesiątego do listy oficjalnych inkarnacji. Nie przyszło mi do głowy, że świetne założenie z Capaldim jako ostatnim wcieleniem i wieloma, wieloma sezonami przed nami, żeby zbudować porządne wyjaśnienie kolejnego cyklu regeneracji wymaga jakiejkolwiek modyfikacji! Ewidentnie zespołowi scenarzystów Moffata brakuje głosu rozsądku.) Pewnie, spłakałam się. Ale raczej na widok Amy (choć przez moment zdawało mi się, że po schodach zejdzie jednak River – i wybaczyłabym wtedy nawet drobną niekonsekwencję z finałem siódmej serii) niż pod wpływem przemowy Doktora… Bo nie czarujmy się, miewał lepsze gadki. I ta odłożona na podłogę muszka – wiem, wchodzę teraz na terytorium de gustibus, ale jakoś nie umiałam się właściwie wzruszyć. Nawiasem – skoro zmierzamy już do końca – nie trafiłam jeszcze w sieci na pozytywną recenzję. Bardziej lub mniej intensywnie, ale jednak zdecydowanie przeważa ściana hejtu, moi państwo! Dziwnie się czuję w szeregu moffatowych hejterów.

Pirjo: Moja recenzja jest pozytywna! Wiem, że zdania na temat odcinka są mocno podzielone. Mnie się podobał, i bynajmniej nie jestem nim rozczarowana. Nie trafi może na listę Top 10 najlepszych przygód Doktora, ale nie zawiódł oczekiwań. Na koniec wymienię moje osobiste plusy i minusy „Christmasowego speciala”. Plusy? Poznajemy rodzinkę Clary. Szczególnie babcia skradła moje serce. Minusy? Trenzalore i Galiffrey w jednym miejscu? Too much. Ale już powiązanie szczeliny w ścianie/świecie z próbą skomunikowania się z Doktorem nie jakiejś wrogiej cywilizacji, ale Władców Czasu, ukrytych w innym wymiarze: wspaniały twist! Flirtowanie między Clarą a Doktorem i między Doktorem a Tashą, przytulanie, żarciki, przekomarzania słowne pozbawione subtelności? Give it a break already. Scena z Płaczącymi Aniołami w padającym śniegu: bezbłędna. Przerażająca, klasyczna, taka jak być powinna. „– Keep looking! – I can’t, snow is in my eyes”. Perfekcja. Anioły wszystko czynią lepszym. Głowa Cybermana jako przenośny komputer a także „oswojony przyjaciel” o imieniu Handles, towarzysz na zesłaniu w miasteczku Christmas? Klimatyczny, przewrotny pomysł, wprowadzający do opowieści mroczny ton. I na koniec: wzruszająca regeneracja, dokładnie taka, jaką bym sobie dla Matta wymarzyła. The Time of The Doctor to odcinek pełen świetnych scen i wzruszających, doskonałych momentów, trochę gorszy, niestety gdy się na niego patrzy jako na całość.

Przemek: Szczegóły faktycznie zachwycały. Nigdy nie zapomnę widoku łysego Matta Smitha… Plusik także za nazwisko „Lem”. Ale takie łyżki miodu nie osłodziły dla mnie, niestety, beczki dziegciu. Nawet po drugim obejrzeniu. A naprawdę, naprawdę kocham DW i chcę, żeby odcinki mi się podobały. Liczę po cichu, że z Capaldim będzie lepiej. A tymczasem długo jeszcze będę ocierał łzę po odejściu Jedenastego. Raggedy man… good night.

Doctor Who
S07E14: The Time of the Doctor
emisja: 25.12.2013

Aldonna Pikul: człowiek–organizacja, technokracja i spełnianie życzeń! Chy­ba wy­na­la­zła spo­sób na na­gię­cie cza­so­prze­strze­ni i jej do­ba na pew­no nie ma 24 go­dzin. Po­za pra­cą i stu­dia­mi ba­wi się w pi­sa­nie tek­stów w in­ter­ne­tach, mar­nu­je mło­dość czy­ta­jąc fej­sa i rssa, ga­pi się w mo­ni­tor częś­ciej niż za o­kno. Z du­cha re­da­ktor­ka i tłumaczka, ży­cio­wo czło­wiek od wszy­stkie­go, niespełniony programista, nie znaj­du­je więk­sze­go szczę­ścia niż z pa­rą dru­tów w rę­kach, mot­kiem weł­ny i do­brą dra­mą w tle.

Pirjo Lehtinen: człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Przemek Zańko: czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)