Fot. via o.canada.com

Rok 2013 w telewizji. Część I: seriale dramatyczne

Na początek uwaga wstępna: czasami nieco spoilerujemy, choć staramy się nie, więc żeby nie było, że nie uprzedzaliśmy.

Pierwsza liga

Piotr: To co? Zaczynamy od najlepszego powracającego serialu w 2013 roku oglądanego przez nas obu?

Jakub: Ja mam dwa typy w takim razie. American Horror Story: Asylum i The Mentalist, bo jednak mimo wszystko trzeba stwierdzić, że AHS jest dobre, nawet jeśli doprowadza człowieka na skraj załamania psychicznego. A o Mentaliście zapominać nie można, bo w porównaniu z poprzednimi sezonami ten był i jest zdecydowanie lepszy.

Piotr: Asylum owszem. Motywy z kosmitami mocno nie pasowały, ale nie da się ukryć, że sezon trzymał poziom jak rzadko który serial w telewizji i był bardzo niepokojący.

Jakub: Na każdym możliwym poziomie poznawczym. Ja osobiście uważam, że momentami troszeczkę przesadzali (np. mommy issues), ale był mocny, nie dawał spokoju, miał ciekawe zakończenie, dobrych parę twistów.

Fot. FX

Fot. FX

Piotr: Prawda, ale wiesz co? W Asylum co chwilę szokowali, ale mam wrażenie, że to jakoś lepiej się wpasowywało w fabułę i charakter postaci, bo w Coven z kolei mamy matkę Kyle’a i szaloną sąsiadkę, które się wykazują patologią, ale zasadniczo niczego do fabuły nie wnoszą. Ale mogę też nie do końca pamiętać, jakie Asylum było naprawdę.

Jakub: Coven przy całym swoim kunszcie niestety miejscami zapomina o pewnych, marginalnych co prawda, ale jednak, bohaterach. Oglądamy kolejne odcinki i w pewnym momencie sobie przypominamy – „no tak, ja już kiedyś tę panią widziałem, ale w sumie to o co chodzi?”. Aczkolwiek ja wciąż bardzo mocno wierzę w ten serial i ufam, że to się poskłada ładnie i układanka nabierze sensu. Myślę też, że byłoby zupełnie inaczej, gdybyśmy mogli obejrzeć cały serial odcinek po odcinku, bez czekania. Wtedy problem z „umykaniem” niektórych postaci przestałby istnieć.

Piotr: A jeśli chodzi o Mentalistę, to nie tylko ten sezon był dobry, ale i koniec piątego też. Przecież mieliśmy finał, w którym dowiedzieliśmy się, że Red John jest jedną z siedmiu osób. Pięć lat na to czekaliśmy.

Fot. CBS via paatrck.tumblr.com

Fot. CBS via paatrck.tumblr.com

Fot. CBS via paatrck.tumblr.com

Fot. CBS via paatrck.tumblr.com

Jakub: Tak, to fakt, zaczęli kręcić lody z Red Johnem na poważnie mniej więcej w połowie piątego sezonu, ale do tego momentu bywało już momentami nudnawo.

Piotr: Bo to jednak procedural. Co tydzień coś nowego, czasami się przypomina o głównym wątku. Ale już w szóstym sezonie wznieśli się na wyżyny i odwrócili narrację – skupiono się na wątku głównym, a „sprawy tygodnia” stanowiły jednie marginalne tło.

Jakub: To fakt, było ładnie, ale muszę przyznać, że z jakiegoś powodu nie porywało mnie to swoim wartkim nurtem tak jak bym chciał. Może za długo czekałem? Może jakiś inny czynnik wchodzi w grę, ale chyba czegoś mi tam trochę brakowało. Nie miałem tego dreszczyku, który towarzyszy mi przy oglądaniu na przykład Castle, które swoją drogą w tym momencie miażdży mnie każdym kolejnym odcinkiem.

Piotr: Czyli podsumowując, palmę pierwszeństwa chyba jednak przyznam Mentaliście za ten początek szóstego sezonu, bo odcinki napisano naprawdę wybitnie. Wprawdzie tożsamość Red Johna i rozwiązanie jego wątku dla wielu jest rozczarowujące, ale jak się nawarstwia i piętrzy tajemnice i buduje na wpół mityczną postać przez pięć lat, to tak musi być. Pamiętam, jak było z zakończeniem Lost.

Fot. CBS via paatrck.tumblr.com

Fot. CBS via paatrck.tumblr.com

Fot. CBS via paatrck.tumblr.com

Fot. CBS via paatrck.tumblr.com

Jakub: Powiedzmy, że mogę się zgodzić, biorąc pod uwagę fakt, że nie mam jakiegoś bardzo silnego faworyta. Albo inaczej, jeśli mam wybierać spośród dwóch powyższych, to tak, zgadzam się. Mentalista.

Piotr: Hm, w sumie zapomnieliśmy o Game of Thrones, które podobnie jak AHS jest na stałym, równym, wysokim poziomie. Ale może i tu leży problem, że nie ma jakiejś zauważalnej różnicy w jakości? Wiadomo – Krwawe Gody itd., ale już przywykliśmy do wybijania Starków.

Jakub: Myślę, że akurat w kwestii GoT masz podejście „spaczone” przez fakt przeczytania książki. Bądź co bądź wybryk Freya nie mógł cię zaskoczyć. Ja jeszcze długo miałem wyraz twarzy, jakbym dostał patelnią.

Piotr: To w takim razie uważasz trzeci sezon GoT za lepszy od Mentalisty czy nie?

Jakub: Trudno powiedzieć, to jednak zupełnie inny poziom serialowy, zupełnie inne uniwersum, zupełnie inna specyfika. Ale gdybym miał powiedzieć, przy czym bawiłem się lepiej i co mnie bardziej zaskoczyło, to tak, postawiłbym na GoT. Aczkolwiek można temu serialowi pewne niedociągnięcia zarzucić, jak chociażby pamiętne przecież „You had one job!”.

Fot. HBO via www.easybranches.us

Fot. HBO via www.easybranches.us

Piotr: I tu chyba też wychodzi jednak kwestia przeczytania książek, bo również się bawiłem bardzo dobrze, a jednak wiedziałem, co się stanie. W Mentaliście nie. A przytoczony cytat akurat był zabawny i to chyba w sposób niezamierzony. Zresztą do sprawy jeszcze wrócimy przy innym serialu.

Charyzmatyczni protagoniści

Ok, to co z produkcjami, które oglądasz sam? Który najlepszy? Castle?

Jakub: W tym roku, jeśli chodzi o seriale, które powracały, to zdecydowanie najbardziej przypadł mi do gustu Castle. Może to i dlatego, że nie oglądałem Breaking Bad, nad którym całe internety się rozpływają, a może dlatego, ze jestem ogromnym fanem Filliona i jego komediowego oblicza. Trzeba przyznać, że zbudowali sobie razem z detektyw Beckett niesamowitą więź serialową i ją widać, czuć, słychać. Człowiek ma wrażenie jakby odbierał ich bliskość przez pory skóry.

Fot. ABC via katecastle.co.vu

Fot. ABC via katecastle.co.vu

Zakończenie poprzedniego sezonu, które notabene miało miejsce w roku 2013, było świetne. Uważam, że jest to głównie spowodowane zmianą charakteru wątku głównego i skupieniem się na wątku głównych bohaterów razem, a nie osobno. Nowy sezon? Potrafi wrzucić tak piękne i miażdżące odniesienia do przeszłości, że dech zapiera. Mam jednak pewne zastrzeżenia co do początku sezonu. Mam wrażenie, że scenarzyści nie bardzo wiedzieli, co mają zrobić, ale może się mylę i jakoś to wszystko połatają. Oby!

Piotr: Tak, też bardzo lubię Filliona od czasu obejrzenia Firefly i też bardzo lubię relację Castle – Beckett. Chemię między nimi czuć, idealnie się dopełniają na płaszczyźnie wiara – rozum, a i scenarzyści naprawdę znają swój fach, a skoro twierdzisz, że w 2013 jest cały czas tak samo dobrze, to nic, tylko się cieszyć i nadrabiać.

Jakub: To co w takim razie z twoim numerem jeden? Czyżby Breaking Bad?

Fot. AMC via berryrose10.tumblr.com

Fot. AMC via berryrose10.tumblr.com

Piotr: Zdecydowanie. Wprawdzie druga połowa piątego sezonu była jedyną, którą oglądałem tydzień po tygodniu, bo późno zacząłem nadrabiać, ale bez wątpliwości mamy do czynienia z fenomenem i jedną z najlepszych produkcji, jaka się trafiła w telewizji w ostatnich latach. Perfekcyjnie dopracowany scenariusz uwzględniający ewolucję bohaterów, mnóstwo symboli i detali, które zaczynają coś znaczyć dopiero po jakimś czasie, emocje, od których aż kipiało, brak poważnych dziur logicznych, wszystko podane w wiarygodny psychologicznie sposób. Tam niemal wszystko było idealne, a sezon finałowy to perełka za perełką. Zresztą, sprawdziłem właśnie na imdb czternasty odcinek – kwartał po emisji cały czas ma notę 10/10. A to naprawdę znaczy wiele. Już dawno żaden odcinek tak mnie nie wbił w fotel.

Jakub: Cóż, jeśli w końcu zdecyduję się Breaking Bad nadrobić, to chyba w takim razie będę potrzebował ze dwa tygodnie wolnego.

Piotr: Jeszcze kończąc moją laudację –  Cranston. Ten człowiek powinien dostać wszelkie możliwe nagrody za to, w jaki sposób wykreował postać Waltera White’a, zwłaszcza w tym roku. Zresztą przyszłoroczna batalia o Emmy zapowiada się fascynująco, bo jeszcze Spacey wchodzi do gry. À propos. Perełki 2013. House of Cards – zdecydowanie najlepszy nowy serial.

Jakub: Zdecydowanie. Pomysł na to, żeby główny bohater zwracał się bezpośrednio do publiczności? Strzał w dziesiątkę, nawiązuje się dzięki temu kontakt z bohaterem na zupełnie nowym poziomie.

Piotr: Tak, zburzenie czwartej ściany jest niebezpieczne, ale widać gdy masz kogoś o takiej charyzmie jak Spacey, to możesz takie ryzyko podejmować.

Jakub: Każda scena w jego wykonaniu w tym serialu zagrana została na maksymalnym chyba poziomie. Ja nie pamiętam, kiedy ostatnio oglądałem coś tak świetnego i świeżego zarazem.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Piotr: To fakt, mocno odświeżający tytuł. Do tego Spacey to kawał gnoja, ale mimo wszystko mu się kibicuje i czeka, co nowego wymyśli. W świecie polityki trzeba się ubrudzić i zapomnieć o sentymentach, a jednak Frank Underwood pokazuje, że nawet w tym można osiągnąć perfekcję.

Jakub: Ale nie możemy zapominać też o reszcie. Żona, Claire, zagrana równie dobrze; Zoe w wykonaniu Kate Mary – jej postać w pewnym momencie trochę przypominała mi emo-dziewczynkę z prowincji, wciąż nie jestem do niej w stu procentach przekonany, a raczej do jej prób bycia silną kobietą w świecie polityki, ale na pewno się rozwija.

Piotr: Zoe zaczęła dobrze. Potem jak gdyby przyzwyczaiła się do dzielenia alkowy z Spaceyem i trochę zobojętniała, ale finał sezonu pokazuje, że to jeszcze nie koniec. Ja bym jeszcze koniecznie wyróżnił scenariusz, tak perfekcyjny, że czasami się gubiłem w meandrach amerykańskiej polityki, a także męski drugi plan. Moimi faworytami są zdecydowanie Peter Russo i współpracownik Franka, Doug.

Jakub: Peter, poor Peter.

Piotr: A jeśli chodzi o postacie żeńskie, to zdecydowanie najbardziej lubię młodą prostytutkę i jej wątek. Zwłaszcza scenę, kiedy chciała się przespać z Dougiem, kiedy ten jej pomógł i jej późniejszą reakcję na to, co się stało z Peterem.

Jakub: To fakt, jest bardzo ciekawą postacią, bo z jednej strony mamy Douga, który zdaje się faktycznie chcieć jej pomóc, natomiast z drugiej fakt, że musi „zająć się” Peterem podczas imprezy w hotelu. Pojawia się stały motyw serialu, że w polityce nie ma nic za darmo. Dodaje głębi całej historii.

Piotr: A, i jeszcze wracając do zwracania się Spaceya bezpośrednio do publiczności – jak to genialnie zostało wykorzystane na rozdaniu tegorocznych Emmy!

Jakub: Pamiętam. Wszyscy przed telewizorami i ci „w” telewizorach również mieli na twarzach mieszaninę szoku i podziwu.

Miasto Aniołów; superbohaterowie; (ro)bromance

Dobra, o HoC możemy mówić długo. Masz jakiś serial, który sam odkryłeś w tym roku?

Piotr: Myślę, że Ray Donovan. Na początku nie byłem jakoś przekonany, chociaż pamiętam, że przyciągnął mnie zwiastun (a więc spełnił swoją rolę). A nie byłem przekonany, bo tak naprawdę dostaliśmy produkcję, której charakter nie do końca zgadzał się z tym, co zaprezentowano w zwiastunie właśnie. Otrzymaliśmy dramat obyczajowy o dość nietypowej rodzinie, gdzie ojcem jest tytułowy Ray, który zajmuje się „załatwianiem” problemów wpływowych ludzi w LA. Na początku na to właśnie położono nacisk, potem wątki rodzinne przeważyły. Istotną rolę pełnili bracia Raya i jego ojciec, a także ich przeszłość z Bostonu, której coraz to nowe fragmenty i brudy wychodziły na wierzch. I to, że serial stawał się obyczajówką, trochę mnie rozczarowało, ale jednak druga połowa sezonu to naprawdę solidna robota. Brak jeszcze fajerwerków, ale widać, że scenarzyści i aktorzy się wyrobili.

Fot. Showtime

Fot. Showtime

I właśnie – aktorzy. Jon Voight jako ojciec Raya to klasa. Ma rewelacyjnie napisane dialogi i genialnie je odgrywa. Liev Schreiber tak naprawdę mu nie ustępuje, choć wykorzystuje zdecydowanie węższy wachlarz aktorskich środków wyrazu, ale taka już jest postać Raya – zdradza niewiele emocji. Czasami mniej znaczy lepiej i Schreiber to pokazuje. Drugi plan trochę szwankuje, zwłaszcza kobiecy, a szczególnie żona Raya, ale w sumie nie jest jeszcze tragicznie. U ciebie?

Jakub: Jeśli o mnie chodzi, to nowości mogę podzielić na dwie grupy: te, które miały w 2013 finał – i tutaj na scenę wchodzi pierwszy sezon Arrow – oraz te, które się dopiero zaczęły tej jesieni i na tym miejscu chciałbym postawić Almost Human. Ale od początku – Arrow.

Dla mnie osobiście najlepiej zrobiony serial na podstawie komiksu o superbohaterze. Nie wiem do końca dlaczego, ale odnoszę nieodparte wrażenie, że DC Comics w porównaniu do Marvela ma o wiele większe szczęście, tak w ekranizacjach, jak i w serialach (mam tu również na myśli te animowane). Arrow na pierwszy rzut oka w ogóle nie przypomina czegoś, co byłoby oparte na komiksie.

Fot. The CW

Fot. The CW

Ma mroczny klimat zindustrializowanego miasta. Starlight City jest trochę taką gothamowską antyutopią, ale może nie aż tak mroczną. Większość fabuły skupia się jednak na jej slumsach, o których można by powiedzieć wszystko, tylko nie to, że da się tam normalnie żyć. Mamy również naszego głównego bohatera, który, choć trochę drewniany, to jednak jest świetnie dopasowany do klimatu serialu. Poza tym można mu wybaczyć, że jest trochę sztywny w pierwszym sezonie – w końcu spędził pięć lat na (rzekomo) bezludnej wyspie – how would you look like after that time?

Nie chcę zdradzać szczegółów, ale mogę powiedzieć, że pierwszy sezon kręci się wokół osobistej vendetty/krucjaty głównego bohatera przeciw możnym Starlight, którzy niszczą je od środka. Żeby ich namierzać, Oliver Queen korzysta z notatnika z nazwiskami, który zostawił mu jego ojciec (zaraz przed tym jak przestrzelił sobie głowę). Finał jest natomiast epicki, innego słowa użyć nie mogę. Inspirowanie się nolanowską trylogią o Batmanie natomiast widać już na pierwszy rzut oka, sam twórca zresztą się do tego przyznał, ale efekty tego są bardzo dobre.

Piotr: Z nowości mamy jeszcze Almost Human, czyli największy bromance od czasów Scrubs i potencjał na naprawdę dobre s-f, jakiego dawno w telewizji nie było.

Fot. Fox via starbuckara.tumblr.com

Fot. Fox via starbuckara.tumblr.com

Fot. Fox via starbuckara.tumblr.com

Fot. Fox via starbuckara.tumblr.com

Jakub: Zdecydowanie najbardziej oczekiwany przeze mnie serial tego sezonu i tak jak mówisz – jest duża szansa na najlepsze s-f od dawna, o ile FOX znowu nie spieprzy sprawy jak w przypadku innego swojego cudownego serialu, emitując odcinki w stochastycznej kolejności.

Piotr: I o ile jeszcze trochę popracują nad scenariuszem, bo futurystyczne elementy świata przedstawionego naprawdę wyborne, tylko przydałoby się nieco więcej własnej inwencji w fabule.

Jakub: No ok, uważam, że w jednym czy dwóch odcinkach faktycznie polecieli po strasznych kliszach detektywistyczno-kryminalnych. Chwilami czegoś brakuje, tylko nie jestem w stanie określić czego. Moim ulubionym odcinkiem wciąż pozostaje, wyemitowany jako drugi, epizod z cyber-prostytutkami. Miał wszystko, co powinien mieć, ale bywały i gorsze, jak chociażby ten z zakładnikami.

Piotr: A przy okazji drugi plan na razie leży i kwiczy i nie oszukujmy się – gdyby nie Rudy oraz relacja John – Dorian, byłoby naprawdę średnio, by nie powiedzieć źle.

Jakub: Myślę, że trochę zbyt ostro to oceniasz. Fakt, nie mamy jakichś bogatych historii w tle, ale relacja Johna z młodą panią detektyw zaczyna powoli się rozwijać, tak że będzie i kolejny wątek. To nie jest taki serial, który miałby rysować jakieś głębokie relacje w tle. Poza tym wciąż nie mamy tak naprawdę jakiegoś głównego wątku. Został poniekąd zarysowany w pilocie i dalej cisza, a liczę, że to nam trochę powywraca w fabule. Nie zapominajmy, że w samym środku całego bałaganu siedzi była Johna.

Fot. Fox

Fot. Fox

Piotr: Ale nie chodzi wcale o głębokie relacje, tylko żeby to tło było, a na razie jest marginalne. Już nawet pomijam moją osobistą niechęć do Lili Taylor jeszcze z czasów Six Feet Under.

Jakub: Uważam, że jest drewniana po prostu. To jest trochę ból, bo komisarz, choć to postać poniekąd w tle, daje sporo. Wystarczy wrócić do wspomnianego wcześniej Castle i postaci obydwu komisarzy. Tego mi tutaj brakuje, a przez to sam serial cierpi również.

Piotr: O to, to.

Brytyjczycy nie zawodzą

Przy okazji tegorocznych premier warto jeszcze wspomnieć o Broadchurch. Nieogolony David Tennant ze swoim ojczystym akcentem i wymalowanym na twarzy cierpieniem ma w spokojnym, nadmorskim, angielskim miasteczku rozwikłać zagadkę morderstwa nastolatka, które wstrząsa lokalną społecznością. Do tego David Bradley pokazujący, że jednak po Krwawych Godach potrafi wzbudzić sympatię.

Jakub: Co tu wiele mówić? Świetny serial i do tego bardzo dobrze zagrany. Koniec okazał się zaskakujący, a przynajmniej wystarczająco zaskakujący. Przede wszystkim dałbym mu ogromnego plusa za wiarygodność – to było po prostu prawdziwe, chociaż obawiam się, że wiele osób się ze mną nie zgodzi. Czytałem sporo opinii na temat Broadchurch i dużo widzów krytykowało matkę zamordowanego – że niby sztuczna i mało przekonywająca. Ja się nie zgadzam.

Fot. ITV

Fot. ITV

Piotr: Rozwiązanie rzeczywiście niespodziewane. Podobno sami aktorzy przed przeczytaniem scenariusza ostatniego odcinka nie wiedzieli, kto z nich jest mordercą, więc mieli zagrać jeszcze bardziej autentycznie osoby niewinne. Broadchurch też mi się podobało przez taki senny, ale jednak niepokojący małomiasteczkowy klimat. Trochę mi momentami zalatywało Kingiem i jego obrazami prowincji Maine, ale to pewnie dlatego, że amerykańskich obrazów takich miejsc jest więcej niż brytyjskich.

Jakub: To prawda, ładnie się wszystko rozwijało, brak zbędnej widowiskowości. Dlatego napisałem, że to było prawdziwe, a nie pod publikę. Ale wydaje mi się, że to trochę taka specyfika brytyjskich seriali dramatycznych.

Piotr: Co tu dużo mówić – Brytyjczycy znowu dali radę.

Jakub: Zdecydowanie.

Piotr: A skoro już wywołaliśmy wilka z lasu. Myślę, że Brytyjczycy są także odpowiedzialni za dwa najbardziej wyczekiwane przez nas powroty – Doktora Who i Luthera. O 50-leciu Doktora zostało chyba powiedziane już wszystko i właściwie niczego nowego dodać się nie da, ale krótko jedynie zauważę, że można Moffata, jak i całego odcinka nie lubić, ale interakcja pomiędzy trzema Doktorami – cudowna i wynagradza wszelkie wady odcinka. Tak naprawdę jako fanowi serialu dużo więcej nie trzeba mi było. Jasne, że odcinek miał masę dziur, ale nawet miesiąc po emisji mnie to aż tak bardzo nie obchodzi. Przecież obok siebie na ekranie byli Smith, Tennant, Hurt i jeszcze Billie Piper!

Fot. BBC via beam-me-up-broadway.tumblr.com

Fot. BBC via beam-me-up-broadway.tumblr.com

Jakub: Owszem, jest się do czego przyczepić w odcinku rocznicowym, ba!, tam do połowy można się doczepić na dobrą sprawę, ale who cares? Od kiedy pierwszy raz usłyszałem, że będą tam naraz Smith i Tennant, to od razu wiedziałem, że będzie to niesamowite przeżycie i nie pomyliłem się. Billie Piper, która była w pewnym sensie puszczeniem oka do fanów będących z serialem od jego reanimacji w 2005 roku. John Hurt, który od razu zdobył sobie wiernych fanów. Sporo osób mówiło, że chętnie obejrzałoby z nim spin-off. Mnie to zdecydowanie wystarczy do pozytywnej oceny odcinka.

Piotr: Hurt to w ogóle pewnego rodzaju fenomen. Pojawia się na 75 minut w serialu, który ma 50-letnią historię, i z miejsca staje się jedną z ulubionych inkarnacji Doktora. Podobnie zresztą Paul McGann, który wrócił do swojej roli Ósmego Doktora na niecałe dziesięć minut i też został natychmiast pokochany przez fandom.

Jakub: A co do Luthera. Gdyby wyprodukowali jeszcze jeden sezon, to skończyłbym chyba z małym ołtarzykiem Idrisa Elby w moim pokoju. Dobry Boże, jak ten człowiek potrafi cierpieć na ekranie, jaki on jest autentyczny. Ja wiem, że aktor bez scenariusza to nic, a ten był przecież niesamowity, ale odnoszę czasem wrażenie, że Elba akurat potrafiłby nawet z reklamy płatków śniadaniowych zrobić coś wielkiego.

Fot. BBC

Fot. BBC

Piotr: Zgadzam się. Elba bardzo szybko wskoczył na wysoką pozycję w rankingu moich ulubionych aktorów i fakt, że przez te trzy sezony scenarzyści tak mocno doświadczyli jego postać, wzbudza jedynie jeszcze większą sympatię do niego.

Jakub: I jeszcze Londyn w klimacie głębokiego noir, super. To jest trochę inne oblicze stolicy Anglii od tych, które pokazuje się zazwyczaj w produkcjach telewizyjnych. Bezlitosne, mroczne, na pewien sposób piękne. Uważam, że Luther jest serialem must-see tak naprawdę dla każdego.

Piotr: Cóż, Luther to pełnokrwisty noirowy bohater w typie Philipa Marlowe’a, zaś miasto, w którym działa, i poboczni bohaterowie serialu odbijają jego nastrój, trochę jak zwierciadło. I widzisz, takiego tła brakuje w Almost Human. W Lutherze pojawiała się postać na trzy minuty i już wiedziałeś, czy kochasz, czy nienawidzisz.

Jakub: To prawda, Almost Human jest niestety trochę płaskie, ale nie zwalałbym wszystkiego na aktorów – porównaj sobie muzykę z Luthera z tą z Almost Human.

Piotr: Nie, nie, ja wcale na aktorów nie zwalam, raczej na scenariusz.

Jakub: Ja po prostu jestem bardzo nieobiektywny, bo czekałem na taki serial od bardzo dawna, więc bardzo w niego wierzę, ale cóż, czas pokaże.

Ciąg dalszy nastąpi, czyli część druga już wkrótce, a w niej: narzekanie, marudzenie i krytyka!

Piotr ‘Ramzes’ Mrowiec
Kiedyś marzył o byciu astronomem, dzisiaj już nie marzy, tylko jest filologiem. Humanista z wyboru, umysł ścisły w sercu. Zawsze z milionem pomysłów do napisania czegoś i zbyt rozwiniętym leniem, by faktycznie to zrobić. Na oglądaniu seriali spędza zdecydowanie zbyt dużo czasu, ale już nauczył się z tym żyć i przyznawać do tego. Ideałem dla niego byłyby podróże po świecie i opisywanie swoich doświadczeń.

Jakub Bujko
zdecydowanie woli, żeby nazywać go po prostu ‘Kuba’. Z wykształcenia i zamiłowania japonista, po godzinach pasjonat gier video i planszówek, seriali, światów fantasy i science-fiction. Chciałby za kilka lat pomieszkać za granicą, ale na razie klepie starą, dobrą „polską biedę”.

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)