Cóż to był za rok?

Cóż to był za rok?

Artykuł zawiera spoilery.

Artur: binging ponad tegorocznymi premierami

W 2013 roku przekonałem się, że nie lubię oglądać nowości.

Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie sięgam po nie w ogóle, czego najlepszym dowodem wielogłos na temat premiery Hannibala. W tym przypadku zachętę stanowiło nazwisko twórcy – Briana Fullera wielbię od czasu Pushing Daisies, choć byłem sceptyczny wobec tworzenia nowej wersji ikonicznego bohatera. A jednak zadziałało, połączenie świetnego aktorstwa (Mads Mikkelsen i Hugh Dancy stanowią dobraną parę), skomplikowanych relacji między bohaterami, skupienia na Willu Grahamie i wysmakowanej warstwy wizualnej zaowocowało serialem niezwykle intrygującym i intensywnym – tak intensywnym, że dawkuję go sobie po odcineczku raz na jakiś czas. Drugim serialem, po który sięgnąłem w ciemno ze względu na nazwisko twórcy, był Derek Ricky’ego Gervaisa. Po windującym cringe comedy na nowe wyżyny (a przynajmniej tak mi się wydawało, zanim obejrzałem Louiego) Life’s Too Short brytyjski komik powrócił z prosto- i dobrodusznym serialem o ludziach, których życie biegnie bocznym torem. Derek zasługuje na osobny tekst (i – jeśli mogę w tekście podsumowującym wybiec jednocześnie w przyszłość – prawdopodobnie się go doczeka), ale już teraz gorąco go polecam.

Poza tymi dwoma tytułami wolałem jednak sięgać po seriale, które miały czas dojrzeć i się wydłużyć: zdecydowanie preferuję binging od łykania co tydzień po odcinku. W ten sposób zabrałem się w którymś momencie za Arrow – początkowo przyjemność prostą i mało wyrafinowaną. A jednak po trzęsieniu ziemi w finale pierwszego sezonu serial wzniósł się na nowe wyżyny: wątki w Starling City i na wyspie zaczęły się zazębiać, poszerzono serialowe uniwersum, dodano kilka intrygujących postaci i zacieśniono więzy między dotychczasowymi. Małym objawieniem okazało się półtora sezonu Homeland – później coś się popsuło, ale niedawna końcówka trzeciego sezonu przyłożyła mi prosto w uczucia. Na koniec jeszcze największe zaskoczenie, czyli Elementary, które jeszcze przed obejrzeniem hejtowałem jak większość fanów Sherlocka, by pewnego dnia zakochać się po uszy w rozwoju postaci, emocjonalnej szczerości, Joan Watson i tatuażach Sherlocka.

Rozczarowania? Były, i to gorzkie, ale nie zamierzam o nich pisać: jednym z moich noworocznych postanowień jest pisać tylko o tym, o czym warto pisać i czym warto się cieszyć. (Moje milczenie też na pewno będzie mówić samo za siebie.) Pora więc chyba zakończyć to podsumowanie – z nowym rokiem nadchodzą śródsezonowe premiery, które same się przecież nie obejrzą.

Przemek: łatwo nie było, ale jakoś się uratowaliśmy

Serialowo rok 2013 był w moim odczuciu dosyć wyboisty i trudny. Większość nowości – Blacklist, Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D., Sleepy Hollow – raczej mnie rozczarowała, bo wszystko to średniaki bez ambicji, a ja czekałem na coś kalibru House’a czy Six Feet Under. Nawet obiecujące Almost Human po mocnym początku zrobiło się przeciętne (choć w tym wypadku wciąż nie tracę nadziei, bo to rzecz z ogromnym potencjałem). Co gosza, boleśnie zawiodłem się też na dwóch ukochanych przeze mnie „starych” serialach: czwarty sezon Community do pięt nie dorastał trzem poprzednim – zapewne dlatego, że zabrakło tu ojcowskiej ręki Dana Harmona – a Doctor Who co prawda uraczył nas fenomenalnym odcinkiem rocznicowym, ale ogółem prezentował poziom mocno nierówny. Co z tego, że zagadka Clary wyjaśniła się całkiem sensownie, skoro sama Clara jako postać wypada wyjątkowo blado? A w dodatku zupełnie niespodziewanie spadło na nas odejście Matta Smitha. Łza się w oku kręci. Ach, gdzież są niegdysieysze śniegi?

Na szczęście nie był to wyłącznie rok gorzkich rozczarowań. W wielkim stylu pożegnał się z widzami Spartacus, którego ostatni sezon, ociekając krwią i patosem, godnie zamknął opowieść o najznamienitszym z gladiatorów. Dawno nie miałem tak czystej frajdy z serialu! Nie zawiódł też mój ulubiony procedural, Criminal Minds, który pewnym krokiem wszedł w sezon dziewiąty i najwyraźniej wcale nie planuje jeszcze emerytury. Trudno też nie wspomnieć o Lalce, która jako pierwszy od lat polski serial bez trudu podbiła moje serce – zainteresowanych odsyłam do tygodniówek.

Na koniec zaś wspomnieć się godzi o czterech moich tegorocznych odkryciach – tak się bowiem złożyło, że to właśnie te poznane przypadkiem seriale oglądało mi się w roku 2013 najprzyjemniej. Po pierwsze – In the Flesh, brytyjski trzyodcinkowiec o zombie, który do naprawdę oryginalnego pomysłu na umarlaki dokłada świetną atmosferę i aktorstwo. Po drugie – Vikings, niezwykle romantyczna z ducha produkcja o życiu tytułowych rogatych wojowników, ciesząca w dodatku oko surowym pięknem Północy. Po trzecie – Falling Skies, bardzo sprawne i poruszające militarne SF z silnymi wątkami rodzinnymi, do którego przykładał rękę sam Steven Spielberg. I po czwarte wreszcie – Hannibal, po którym straciłem jakoś ochotę na mięso… Oby więcej takich odkryć!

Aldonna: raz na wozie, raz pod wozem

Bywało z górki i pod górkę. Z jednej strony – ciągłe rozczarowania serialami, które oglądam od dawna. Dramatycznie momentami zły ósmy sezon How I met your mother, z rzadka tylko rozświetlany perełkami (jak The Time Travellers), psułby mi nastrój regularnie, gdyby nie odkryte przypadkiem New Girl, godnie wypełniające opuszczoną przez himym pozycję dyżurnego sitcomu tygodnia ze swoimi świeżymi, dla odmiany wyprowadzonymi z Nowego Jorku dowcipami i jednym z nielicznych w tym roku ekscytujących UST. Zupełnie na dalszy plan odpłynęło też The Big Bang Theory, serial, który w niesamowity jak dla mnie sposób utrzymuje od tak dawna tak równy poziom, że udało mu się kompletnie samoobrzydzić (co widać zresztą po tym, że nie udało mi się napisać ani jednego tekstu na temat tej produkcji, choć może wypadałoby wytłumaczyć się z niechęci). Tu z kolei bardziej niż godnym, bo fenomenalnym wręcz zastępstwem okazało się Community (w ogóle muszę przyznać, że pod względem odkryć ten rok był wyjątkowo bogaty, a to bodaj wisienka na torcie, bo ciągle możemy oglądać!). Do dziś zresztą nie pojmuję, czemuż jeszcze nie jest tak, że wszyscy oglądają to małe dzieło sztuki (może z wyłączeniem czwartego – zeszłorocznego przypadkiem – sezonu), zasługuje jak mało co, szczególnie wśród nerdów i geeków. Jeśli idzie o seriale dramatyczne, z nowości pochłonęło mnie fantastyczne Broadchurch z Davidem Tennantem i całą masą innych znajomych twarzy (więcej o tym wspominają Piotr z Jakubem). Z najnowszych zaś sitcomów całkiem obiecująco zapowiada się Brooklyn Nine-Nine – może mówi przeze mnie sentyment do Trzynastego Posterunku.

Poza himym i TBBT z pewnym trudem przychodzi mi też śledzenie oklapłego Glee – chociaż w obliczu śmierci Cory’ego Monteitha przynajmniej początek przedostatniego sezonu należy pewnie traktować z pewną taryfą ulgową. Ale zmęczyły się też inne znane od dawna tytuły: Mad Men i True Blood nikogo już chyba nie są w stanie zaskoczyć (a na upadek Dona patrzy się z w smutny sposób niezaangażowaną satysfakcją), Downton Abbey, choć trzymało równy poziom, nie zdołało zbudować w tym przykrótkim sezonie sensownego napięcia, gromy sypały się co chwila na Stevena Moffata, szarżującego z pięćdziesięcioletnim Doctorem Who bez oglądania się na dobiegące stąd i owąd głosy rozsądku. Przykro było patrzeć na tonące w niechęci do jakichkolwiek utrzymujących się dłużej zmian Suits, marnujące potencjał i mój czas. Choć pod koniec roku odzyskałam wiarę w legal drama, powoli przegryzając się przez The Good Wife; nie dotarłam co prawda jeszcze do odcinków emitowanych w 2013 roku, docierają do mnie słuchy, że serial ten zasłużył sobie na głośne pochwały (i potrafię sobie wyobrazić, dlaczego).

Wyczekiwany drugi sezon Girls nazwałabym chyba wydarzeniem roku, choć łatwo było o nim zapomnieć w świetle rozdmuchanego, jak dla mnie, hajpu na Orphan Black – choć może na tle licznych porażek innych seriali rzeczywiście zasłużyła ta propozycja na więcej uznania w moich oczach? Trochę bez przekonania podchodzę do Gry o Tron, głównie dlatego, że nie nadążam za fabułą, ale w obliczu jednego z najważniejszych, jak rozumiem, wydarzeń w sadze w ogóle, czyli niesławego Czerwonego Wesela trzeba uznać poważne miejsce epickiej produkcji HBO na serialowej mapie.

Na koniec o pewnych rewolucjach: kupienie praw do kultowego za oceanem Arrested Development przez Netfliksa i wyprodukowanie oczekiwanego od siedmiu lat czwartego sezonu to istne światełko w tunelu dla wszystkich zdesperowanych fanów zbyt wcześnie przerwanych seriali. Choć na temat efektu można mieć różne zdanie, na uwagę na pewno zasługuje fakt, że przy okazji tej właśnie produkcji udało się zebrać w zasadzie 100% pierwotnej obsady. Imponujące! Nie była to jedyna propozycja internetowej wypożyczalni – fenomenalne Orange is the New Black podbiło serca krytyków i z niecierpliwością czekamy na drugi sezon. Abstrahując od Netfliksa: wielu z nas wpadło w sidła emitującego w 2013 swój drugi sezon Black Mirror – i całe szczęście, bo to jedna z najbardziej poruszających rzeczy, na jakie można się natknąć w telewizji. A z moich prywatnych kamieni milowych odnotuję tu finałowe odcinki Skins i Misfits, dwóch serii, które ku memu niegdysiejszemu zaskoczeniu rozbuchały moją miłość do brytyjskości i zawsze będę ciepło je wspominać.

Ach! No i 2013 był rokiem, w którym obejrzałam Battlestar Galacticę. Może w 2014 pora na Twin Peaks?

Piotr: klony, finały i transmedialna Jane Austen

TATIANA MASLANY FOR ALL THE AWARDS! Chociaż odtwórczyni głównej roli w Orphan Black została doceniona w przypadku Critics’ Choice Television Award, z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu została pominięta przy nominacjach do Primetime Emmys. Tymczasem talent tej stosunkowo mało znanej wcześniej kanadyjskiej aktorki zasługuje na wszystkie nagrody; powiedzieć zresztą, że gra główną rolę w Orphan Black, to powiedzieć za mało. Ten serial na Tatianie jest oparty i Tatianą stoi; to ona gra siedem bohaterek-klonów i z każdej z nich potrafi uczynić zupełnie wiarygodną osobę, która mówi, wygląda i porusza się zupełnie inaczej od pozostałych. Banałem jest już stwierdzenie, że w trakcie oglądania Orphan Black łatwo zapomnieć, że większość bohaterek gra ta sama osoba; na pewno nie jestem jednak jedynym, kto w czasie oglądania paneli i wywiadów z udziałem obsady serialu za każdym razem ma wrażenie, że paru osób brakuje. I chociaż pod względem scenariuszowym zakończenie pierwszego sezonu ma pewne wady, to drugi sezon Orphan Black jest najbardziej przeze mnie wyczekiwanym serialowym wydarzeniem 2014.

Finał Dextera po ośmiu sezonach. Zakończenie długiego serialu zawsze budzi emocje – niestety, często daje się je opisać zdaniem „powinniście byli skończyć dwa sezony temu”. Dexter nie był skazany na taki los – finał siódmego sezonu zostawił nas w wysokim punkcie, z zapowiedzią finału historii opartego na wiarygodnym rozwoju postaci i poważnych tonach. Niestety, potem przyszła quasi-horrorowa, poppsychoanalityczna, specjalizująca się w badaniach nad seryjnymi mordercami psychiatrka niemieckiego (a jakże) pochodzenia Evelyn Vogel i szybko skupiła w sobie jak w soczewce wszystko to, co w Dexterze było nie tak. Dobrze podbudowana atmosfera nieodwracalności z końca poprzedniego sezonu szybko rozproszyła się z powodu kolejnych drobnych sprawek kryminalnych oraz matczynej figury Evelyn Vogel i jej mądrości niczym z żółtych karteczek Beaty Pawlikowskiej (w wersji dla seryjnych morderców). Na szczęście samo zakończenie okazało się całkiem sensowne i zadowolające z punktu widzenia całości fabuły, nawet pomimo niezamierzenie zabawnego wydźwięku ostatniej sceny (pozdro dla kumatych). Warto też wspomnieć o aktorstwie Jennifer Carpenter, które w ostatnich sezonach było lepsze, niż zasługiwał na to scenariusz.

2013 okazał się też bardzo ważnym rokiem dla Pemberley Digital, zespołu produkcyjnego tworzącego internetowe, transmedialne, uwspółcześnione adaptacje prozy Jane Austen. W marcu po stu odcinkach doczekaliśmy się finału The Lizzie Bennet Diaries, przeuroczej i diabielnie błyskotliwej vlogowej wersji Dumy i uprzedzenia. Ogromny sukces zorganizowanej przez PD zbiórki na Kickstarterze pozwolił na nakręcenie krótkiego spin-offu Welcome to Sanditon (niestety, dużo mniej interesującego), w październiku natomiast wystartowała kolejna duża produkcja – Emma Approved (na podstawie – thank you, Cpt. Obvious – Emmy). Emma to expert matchmaker and lifestyle advisor, kobieta nowoczesna, przedsiębiorcza, stylowa do granic możliwości i (nader) pewna siebie, świetnie odgrywana przez Joannę Sotomurę; tym razem główny ciężar narracji transmedialnej spoczywa (poza wideami) na lajflstajlowym blogu Emmy z poradami i stylizacjami. Chociaż Emma Approved nie jest pozbawione pewnych problemów – narracja wydaje się dużo mniej naturalna niż w The Lizzie Bennet Diaries, transmedia mniej angażujące, a komplikacje w produkcji spowodowały miesięczny hiatus – nowa seria od Pemberley Digital jak dla mnie pozostaje bardzo obiecująca, a ekranowa chemia między parą głównych bohaterów ma duże szanse wywołać podobne cuteness overload, co Lizzie/Darcy z LBD.

A poza tym – jak już wspomniała Aldonna, a wspomnę i ja – mieliśmy drugi sezon Black Mirror. Oglądajcie Black Mirror.

Przemek Zańko
Czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.

Artur Nowrot
Czło­wiek-i­ma­gi­na­cja! U­ro­dził się na Gór­nym Śląs­ku, miesz­ka w Kra­ko­wie – cho­ciaż lu­bi czys­te po­wie­trze. Chło­nie książ­ki, ko­mik­sy i se­ria­le, a wra­że­nia­mi dzie­li się tu­taj i na Wysznupanych. Re­da­gu­je i tłu­ma­czy. Jed­no ży­cie mu nie wys­tar­cza, więc naj­chęt­niej wy­myś­la his­to­rie (do ich spi­sy­wa­nia już się mu­si zmu­szać).

Aldonna Pikul
Człowiek–organizacja, technokracja i spełnianie życzeń! Chy­ba wy­na­la­zła spo­sób na na­gię­cie cza­so­prze­strze­ni i jej do­ba na pew­no nie ma 24 go­dzin. Po­za pra­cą i stu­dia­mi ba­wi się w pi­sa­nie tek­stów w in­ter­ne­tach, mar­nu­je mło­dość czy­ta­jąc fej­sa i rssa, ga­pi się w mo­ni­tor częś­ciej niż za o­kno. Z du­cha re­da­ktor­ka i tłumacz-amator, ży­cio­wo czło­wiek od wszy­stkie­go, niespełniony programista, nie znaj­du­je więk­sze­go szczę­ścia niż z pa­rą dru­tów w rę­kach, mot­kiem weł­ny i do­brą dra­mą w tle.

Piotr Sterczewski
Fake geek guy. Mistrz zamieniania życia w akademię i na odwrót, w związku z czym pracuje nad doktoratem o grach. Pisuje o kulturze tu i ówdzie. Członek ekipy bloga o grach wideo Jawne Sny.

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)