Fot. FX

Po trupach do celu (American Horror Story, S03E10)

Artykuł zawiera spoilery.

Po niemal miesięcznej przerwie w emisji powracamy do Nowego Orleanu w ten sam dzień, w którym skończył się poprzedni odcinek, i jesteśmy świadkami stopniowego zmierzania do kulminacji wszystkich wątków. Już coraz mniej czasu na zapychacze, stąd nieubłaganie zbliżamy się do grande finale, co wiąże się z tym, że bohaterki coraz częściej pokazują prawdziwe oblicza i coraz mniej udają. Wychodzi to serialowi na dobre, bo akcja jeszcze bardziej się zagęszcza i wciąż trudno przewidywać, jak to wszystko się zakończy.

Fot. FX

Fot. FX

I tylko szkoda, że czasami miałem wrażenie, jakbym pominął jakiś ważny odcinek, który tłumaczyłby niektóre niekonsekwencje. Wiem, że zachowanie Madison da się wyjaśnić jej bezkompromisowym charakterem podkreślanym już od pierwszego epizodu, ale jeszcze niedawno przedstawiano ją jako zagubioną i pustą w środku po wskrzeszeniu. Teraz nagle zachowuje się jak rasowy polityk w drodze na szczyt. Oczywiście cała scena z Misty, przy całej swojej przewidywalności, naprawdę wyborna (ten nowoorleański klimat!), ale skąd to niespodziewane dążenie do zastąpienia Fiony? Do tego znienacka zyskała nowe moce. Podobnie zresztą sytuacja wygląda z Nan. Zrozumiałe, że coś w niej pękło, gdy dowiedziała się prawdy o śmierci Luke’a, ale takiego sposobu zemsty nie spodziewałbym się nawet u Waltera White’a u szczytu jego moralnego upadku. Wreszcie Marie i Fiona. O ile ich nową relację i wymuszoną, szorstką przyjaźń przedstawiono naprawdę interesująco, o tyle ich początkowa rozmowa brzmiała strasznie sztucznie, zwłaszcza ze strony Marie.

Na szczęście wydarzenia tego tygodnia skutecznie odciągają uwagę od tych niedoskonałości. Na pierwszy plan wysuwa się wątek Misty, która wedle Fiony wyrasta na nową Najwyższą, a jednocześnie aktualnie najbardziej się na tę pozycję nadaje obok Zoe. Nie uskutecznia żadnych gierek, zamiast pozbywać się innych czarownic, leczy je, a przede wszystkim jest uroczo bezpretensjonalna, co doskonale pokazuje scena ze Stevie Nicks (swoją drogą sympatyczny ten występ gościnny, miło, że Murphy nie zapomniał o wzmiance o piosenkarce z pierwszych odcinków). Jak już się jednak nauczyliśmy, nic w tym sezonie nie przychodzi łatwo i musimy o honorach dla Misty zapomnieć, a przynajmniej na jakiś czas, bo wierzę, że to jeszcze nie koniec.

Fot. FX

Fot. FX

Równie dobre okazało się wprowadzenie Papy Legby. Jak wszystkie elementy voodoo w serialu, tak i on urzeka od strony wizualnej i dbałości o detale w wyglądzie. Rzuca przy okazji całkiem sporo światła na postać Marie, a jednocześnie daje interesujący wgląd w osobowość Fiony. Klasyczny motyw sprzedaży duszy za wieczną młodość jedynie przydaje Papie Legbie smaczku i sprawia, że wzbudza on jeszcze więcej emocji, szczególnie ze wszystkimi konsekwencjami jego pojawienia się w życiu czarownic.

Zadowalająco wypadł również wspomniany już przeze mnie nowy kształt relacji pomiędzy dwiema przywódczyniami odmiennych rodzajów magii. Ich wymuszony sojusz zapowiada się obiecująco i aż strach pomyśleć, do czego mogą być zdolne, jeżeli faktycznie połączą wszystkie swoje siły. Przedsmak tego już zobaczyliśmy, gdy z daleka zaatakowały i uderzyły w czuły punkt łowców czarownic. Dodatkowo obie liderki przekonały się, że łączy je więcej niż jeszcze do niedawna chciały przyznać, co z kolei może dawać szansę na trwalszy pokój pomiędzy nimi w przyszłości. I najbardziej w obliczu tego przymierza szkoda Cordelii, którą scenarzyści i tak już wyjątkowo brutalnie potraktowali, a najwyraźniej nie zamierzają tego szybko zmieniać. Nie wykluczałbym w dodatku możliwości, że córka Fiony nosi dziecko Hanka. Niby diagnoza lekarza została postawiona jednoznacznie, a rytuał czarnomagiczny okazał się fiaskiem, ale zgodnie z sugestią Czechowa nie zapominałbym całkowicie o takiej ewentualności.

Fot. FX via ericnorseman.tumblr.com

Fot. FX via ericnorseman.tumblr.com

Jednak chyba największe uznanie (obok Papy Legby) wzbudziła we mnie  nieprzewidywalność tych 45 minut. Co prawda rozwinięcia wątku Misty można się było w pewnym momencie spodziewać (a przynajmniej brać pod uwagę), ale na pewno nie w pierwszej połowie odcinka. Dodajmy do tego rozwiązanie kwestii sąsiadki, Joan (ale czy ostateczne? Przypominam, że żegna się ze światem doczesnym drugi raz), a także końcową akcję z wanną. Po raz kolejny można odnieść wrażenie, że jeśli utrzyma się takie tempo pozbywania się bohaterów, to w finale sezonu na placu boju pozostanie samotna postać niczym w postapokaliptycznej produkcji. W dodatku twórcy wyraźnie dali nam do zrozumienia, że w Coven nikt nie jest bezpieczny. Póki co jedynie Zoe ani nie umarła, ani też nikt na jej życie się nie porwał (nie bezpośrednio, trzeba jednak sprawiedliwie przyznać, że zdarzyła się inwazja zombie). Ona też jako jedyna spośród młodszego pokolenia nie wydaje się zainteresowana zastąpieniem Fiony, co oczywiście w sposób naturalny ją do tego determinuje, a to z kolei oznacza, że także nie może czuć się bezpieczna, szczególnie w świecie, w którym absolutnie nikomu już nie sposób ufać.

Fot. FX via ahs-covenant.tumblr.com

Fot. FX via ahs-covenant.tumblr.com

W tym tygodniu po raz kolejny pominięto Kyle’a, jak i pozostawiono w zawieszeniu losy Queenie oraz Madame LaLaurie, ale wyjątkowo mnie to nie obeszło. Nie wiem, czy to kwestia miesięcznej przerwy, czy jakości odcinka, ale wolę wierzyć, że to drugie. W jednym z ostatnich tekstów stwierdziłem, że atmosfera w serialu robi się martinowska, a po tym odcinku jedynie się w owym przekonaniu utwierdzam. Co prawda ostatnio mało w tym wszystkim tytułowego horroru, a i twórcy postępują chwilami mocno niekonsekwentnie w porównaniu do Murder House oraz Asylum, ale nie wszystko stracone – przecież przed nami jeszcze trzy odcinki na udane domknięcie wątków. A na chwilę obecną szykuje się ono mimo wszystko naprawdę spektakularnie.

American Horror Story
S03E10: The Magical Delights of Stevie Nicks
emisja: 8.01.2014

Piotr ‘Ramzes’ Mrowiec
Kiedyś marzył o byciu astronomem, dzisiaj już nie marzy, tylko jest filologiem. Humanista z wyboru, umysł ścisły w sercu. Zawsze z milionem pomysłów do napisania czegoś i zbyt rozwiniętym leniem, by faktycznie to zrobić. Na oglądaniu seriali spędza zdecydowanie zbyt dużo czasu, ale już nauczył się z tym żyć i przyznawać do tego.

Piotr "Ramzes" Mrowiec

Kiedyś marzył o byciu astronomem, dzisiaj już nie marzy, tylko jest filologiem. Humanista z wyboru, umysł ścisły w sercu. Zawsze z milionem pomysłów do napisania czegoś i zbyt rozwiniętym leniem, by faktycznie to zrobić. Na oglądaniu seriali spędza zdecydowanie zbyt dużo czasu, ale już nauczył się z tym żyć i przyznawać do tego. Ideałem dla niego byłyby podróże po świecie i opisywanie swoich doświadczeń.