Fot. FX

Luizjańska masakra siekierą (American Horror Story, S03E11)

Artykuł zawiera spojlery.

W tym tygodniu twórcy Coven przypominają, że nie bez kozery nazwali swój serial horror story i po raz kolejny w tym sezonie sięgają po środki gatunku gore zamiast budować atmosferę grozy, jak miało to miejsce w Asylum, przez co to raczej wczesny Sam Raimi, a nie Alfred Hitchcock mógłby patronować odcinkowi.

Nie ukrywam, że scena z Axemanem w roli głównej przyniosła mi sporo (być może nieco pokrętnie definiowanej) rozrywki, tym bardziej, że nakręcono ją z odpowiednią ilością sztucznej krwi, a jednocześnie z wystarczającą dozą dystansu i puszczania oka do widza (w przeciwieństwie do sceny z Cordelią – to już przeciwny biegun emocji). W dodatku niemalże można było poczuć, jak bardzo Danny Huston bawi się swoją postacią. Szkoda tylko, że ma się wrażenie, że to ledwie efektowna przykrywka dla nagłego i zbyt prostego rozwiązania wątku, który zapowiadał się jako główny w finałowych odcinkach. Łowców czarownic i ich animozje z bohaterkami Coven wprowadzono jako odwiecznego, najgroźniejszego wroga, który jest tak niebezpieczny, że nawet zbliża do siebie dwa zwaśnione odłamy magii  w obliczu wspólnego nieprzyjaciela. I co? W scenie ostatecznej „konfrontacji” chyba nie dało się poświęcić mniej czasu na jej kulminację.

Fot. FX

Fot. FX

To zresztą największa bolączka całego sezonu. Sceny pozornie ważkie i mające zmieniać dynamikę całego serialu okazują się wydmuszkami, które nie wnoszą absolutnie nic. Co najwyżej udowadniają, że postacie wykazują się naiwnością, brakiem pamięci długotrwałej albo patologicznym wręcz brakiem zainteresowania. Queenie zdradziła frakcję Fiony, zbratała się z wrogiem i do wszystkich zwraca się opryskliwie? Przywitajmy ją serdecznie z powrotem. Fiona zabiła Madison? A tam, detal. Do tego nagle stawia się widzów przed faktem dokonanym, nie dając szansy bohaterom na rozwój. Kyle, odkąd został wskrzeszony, pojawił się łącznie na ekranie przez dwadzieścia, może trzydzieści minut, z czego przez większość czasu bełkotał. Teraz nagle dowiadujemy się, że łączy go z Zoe głęboka miłość. Wszystko ładnie, to uczucie faktycznie się krystalizowało, ale od nieumiejętności korzystania z zastawy stołowej do romantycznej ucieczki we dwoje to doprawdy daleki przeskok. Mamy wreszcie Spaldinga i kwestię „życia” po śmierci. Stwierdzić, że twórcy charakteryzują się niekonsekwencją w przypadku zmarłych w Coven, to jak nic nie powiedzieć – stosują taką metodę, jaka akurat jest wygodniejsza fabularnie i do diabła z logiką.

Fot. FX

Fot. FX

Co prawda minusy nie przysłaniają plusów Protect the Coven, acz tych pierwszych nagromadziło się niebezpiecznie dużo. Na szczęście niemal co tydzień któraś z postaci kradnie odcinek i tym razem była to Madame LaLaurie. W końcu powróciła do swojej prawdziwej natury, a także dostaliśmy retrospekcję z XIX wieku pokazującą początki jej niekonwencjonalnego hobby. I Kathy Bates zagrała to świetnie – momentami w swoim szaleństwie jak żywo przypominała swoją kreację Annie Wilkes z Misery, co ani trochę nie umniejsza jej klasy. Cieszy przy tym, że Madame LaLaurie wreszcie zyskała więcej charakteru niż wskazywało na to jej dotychczasowe, służalcze (ale jednak wymuszone) zachowanie. Nie podoba mi się jedynie łatwość, z jaką wszyscy przyjęli jej powrót „w jednym kawałku”. Znowu wraca problem, że nikt w tym serialu nie zadaje pytań, a jeśli już to robi, szybko zapomina o ich istotności.

Oprócz tego najmocniejszym punktem odcinka okazał się wspomniany już Axeman i jego wirtuozeria w korzystaniu z siekiery, a także Spalding ze swoim upodobaniem do lalek i przebierania się. Muszę przyznać, że przy tak zróżnicowanej palecie nieszablonowych bohaterów to prawdziwa sztuka wyróżniać się na ich tle i wzbudzać tak silny niepokój. I za to Denisowi O’Hare należą się brawa. Epizod z Cordelią również zasługuje na wspomnienie, choć głównie ze względu na jego nieprzewidywalność i dość obrazową realizację, bowiem pod względem innych aspektów uświadomiłem sobie, że nie do końca należę do fanów tej postaci. Zobaczymy jednak, jak w ciągu najbliższych dwóch tygodni jej wątek się rozwinie – „wewnętrzny wzrok” może się okazać przydatny, choć ostatnim razem nie zrobiła z niego zbyt wielkiego użytku. Z drugiej strony Fiona nie miała wówczas jeszcze aż tylu sekretów, a to przede wszystkim ona powinna uważać na tę moc córki.

Fot. FX

Fot. FX

Jestem w kropce. Bardzo długo broniłem wszelkich niedoskonałości Coven i starałem się zwracać większą uwagę na to, co w nim dobre (a i tego było więcej), i nawet o ostatnim odcinku nie mogę powiedzieć, że prezentował szczególnie niski poziom. Jednakże Protect the Coven przy wszystkich swoich zaletach zebrał w sobie chyba wszystkie, a na pewno większość uwag krytycznych, jakie w przeciągu sezonu wysuwałem pod adresem serialu. Na czoło wysuwa się brak zarówno konsekwencji wcześniejszych wydarzeń, jak i solidnego ciągu przyczynowo–skutkowego. Ponadto uderza bezzasadność pewnych wątków z Kyle’em na czele. Dochodzi również brak Misty, która wprowadzała naprawdę przyjemną atmosferę. Do tego eksperymenty z kamerą i jej niejeden obrót o 180 stopni okazały się wyjątkowo męczące. Chciałbym powiedzieć, że przytoczona lista zarzutów to wypadek przy pracy, ale na dwa tygodnie przed finałem liczyłem na coś lepszego. I po raz pierwszy w tym sezonie średnio mnie interesuje, co się teraz wydarzy i nawet szczególnie na nowy odcinek nie wyczekuję.

American Horror Story
S03E11: Protect the Coven
emisja: 15.01.2014

Piotr ‘Ramzes’ Mrowiec
Kiedyś marzył o byciu astronomem, dzisiaj już nie marzy, tylko jest filologiem. Humanista z wyboru, umysł ścisły w sercu. Zawsze z milionem pomysłów do napisania czegoś i zbyt rozwiniętym leniem, by faktycznie to zrobić. Na oglądaniu seriali spędza zdecydowanie zbyt dużo czasu, ale już nauczył się z tym żyć i przyznawać do tego.

Piotr "Ramzes" Mrowiec

Kiedyś marzył o byciu astronomem, dzisiaj już nie marzy, tylko jest filologiem. Humanista z wyboru, umysł ścisły w sercu. Zawsze z milionem pomysłów do napisania czegoś i zbyt rozwiniętym leniem, by faktycznie to zrobić. Na oglądaniu seriali spędza zdecydowanie zbyt dużo czasu, ale już nauczył się z tym żyć i przyznawać do tego. Ideałem dla niego byłyby podróże po świecie i opisywanie swoich doświadczeń.