Fot. FX

Idzie nowe (American Horror Story, S03E12)

Artykuł zawiera spojlery.

Po ostatnim odcinku znacznie obniżyłem swoje oczekiwania co do zakończenia Coven i chyba nawet wyszło mi to na dobre. Dalej można się przyczepić do niektórych fragmentów, ale różnica jakości jest mimo wszystko namacalna.

Po obejrzeniu Go to Hell trudno pozbyć się wrażenia, że twórcy, chcąc zrekompensować widzom brak elementów horroru w połowie sezonu, w ostatnich trzech odcinkach szaleńczo wrzucają dużo epatowania przemocą oraz bardzo obrazowego okaleczania bohaterów. Sporadycznie pojawia się także niepokojący klimat grozy, który mocno charakteryzował produkcję w poprzednich latach i wyróżniał ją dzięki temu w telewizji. Tylko obawiam się, że trochę na to za późno, a do tego jest to dość tania zagrywka w repertuarze panów Murphy’ego i Falchuka, bo doskonale wiemy, że stać ich na dużo więcej bez uciekania się do takich chwytów. Nie chcę zostać źle zrozumiany – tak w tym, jak i zeszłym tygodniu sceny z Axemanem, Madame LaLaurie i Marie, czy Cordelią zrealizowano na poziomie, do którego wielu telewizyjnym tytułom daleko i nawet fabularnie się ładnie wpasowują.

Fot. FX

Fot. FX

Niemniej jednak nagromadzenie ich tak wielu w tak krótkich odstępach czasowych (i przy ich braku przez tyle wcześniejszych odcinków) każe się zastanowić, czy nie mają one przypadkiem odwrócić uwagi od niedoskonałości całej reszty. O ile ostatnio bez głębszego zastanowienia odpowiedziałbym na to pytanie, że tak, o tyle w tym tygodniu na szczęście jest lepiej, choć nadal pojawiają się pewne dziury logiczne i skróty myślowe (ale to już konsekwencja wcześniejszych błędów), a i narracja odcinka ociera się o chaos – trochę tak, jak gdyby twórcy chcieli za wszelką cenę zakończyć większość wątków, nawet kosztem logiczności, by w finale skupić się na wyborze Najwyższej.

Ten zaś prezentuje się chyba najmocniej w Go to Hell. Przede wszystkim dlatego, że to całkiem interesujące studium ludzkiej natury. Naprawdę zgrabnie pokazano, jak bardzo władza deprawuje kolejne jednostki i to nawet wtedy (a może przede wszystkim), gdy jeszcze tej władzy tak naprawdę nie mają, a dopiero dzielą skórę na niedźwiedziu. Metamorfoza młodych czarownic przebiegła błyskawicznie i nawet Zoe, która jeszcze niedawno wzbraniała się od zastąpienia Fiony, wyrasta na cyniczną kandydatkę, choć jeszcze nie bezwzględną jak Madison. Misty dalej wydaje się najlepszym wyborem na nową liderkę, chociaż i ona straciła sporo ze swojej łagodności (ale po tym, co ją spotkało, trudno się dziwić). Swoją drogą jej bójka z Madison to chyba najlepiej zrealizowana scena walki pomiędzy kobietami, jaką widziałem na ekranie. Z reguły dwie bijące się panie umiejscawia się w kontekście albo erotycznym (mniej lub bardziej) albo komicznym. Tymczasem w Coven była to naprawdę realistyczna wymiana ciosów, od której sporo mogliby się nauczyć bohaterowie Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D.

Fot. FX via persephonemagazine.com

Fot. FX via persephonemagazine.com

Drugim wyszczególnionym wątkiem tego tygodnia okazała się Cordelia i jej „wewnętrzny wzrok”. Znowu wychodzi moja niechęć do bohaterki, bo ani trochę mnie to nie porwało, tak jak i jej rozmowy z matką, a później z Axemanem. Na plus należy zdecydowanie policzyć to, że odpowiada ona za powrót Misty, a i ogólnie cały wątek Cordelii poprowadzono chyba najbardziej konsekwentnie na przestrzeni całego sezonu. Jedynie początkowe próby wykorzystania nowego zmysłu trochę dziwiły, bo wyglądały na nieporadne (ale mimo wszystko skuteczne) i mocno kontrastowały z działaniami Zoe, Madison oraz Queenie, które… po prostu wiedzą, co mają robić z jakąkolwiek nową mocą. Nawet nie muszą stosować metody prób i błędów.

To jednak ponowne pojawienie się Papy Legby oraz wszystkie sceny z Madame LaLaurie i Marie są obok wewnętrznych tarć w grupie czarownic najciekawiej przedstawione w ostatnim odcinku. Kathy Bates ponownie pokazała klasę, zaś Angela Bassett, mimo przerysowanej niekiedy maniery wypowiedzi jako voodoo queen, nie ustępowała jej pola i – chyba bezpiecznie stwierdzić to, gdy tylko finał przed nami – razem stworzyły najciekawszy duet sezonu, choć wspólnych scen miały ostatecznie niewiele.

Wątek Papy Legby natomiast nie tylko zachwyca dbałością o detale, jak zresztą wszystkie dotychczasowe elementy związane z voodoo, ale przede wszystkim uderza sposobem ukazania piekła. Oczywiście koncept piekła jako miejsca „dostosowanego” indywidualnie pod każdego, kto tam trafia (a więc wieczne przeżywanie największej traumy życiowej, największego lęku itp.) to nic rewolucyjnego, choć niespotykanego w głównych religiach światowych, ale jednak taka myśl mocno działa na wyobraźnię. Jeśli bowiem niezależnie od naszych przekonań założyć, że te gorsze zaświaty istnieją (chociaż wszyscy lubimy myśleć, że do nich nie trafimy) i właśnie tak wyglądają, to doprawdy trudno wyobrazić sobie gorszą perspektywę spędzenia wieczności.

Fot. FX

Fot. FX

Go to Hell to powrót do wyższej formy Coven, ale jednocześnie wyraźny dowód na to, że daleko mu do Asylum – trzecia część antologii niestety wciąż pokutuje za niechlujność scenarzystów i nieumiejętne rozłożenie napięcia oraz elementów horroru, których przemyślane włączenie do fabuły stanowiło o nadzwyczaj wysokiej jakości poprzedniego sezonu. W tym roku natomiast można odnieść wrażenie, że twórcy chcieli przeskoczyć poprzeczkę, którą sami sobie wysoko ustawili przy tworzeniu Asylum – miało być straszniej, bardziej krwawo i szokująco, ale gdzieś po drodze zatracili treść na rzecz formy. Co prawda sceny otwierające odcinki, najczęściej jako retrospekcje, to już niezmiennie od trzech lat małe dzieła sztuki (w tym tygodniu również, stylizacja na film niemy – cudo) i nierzadko najmocniej zapadają w pamięć, niemniej nie oglądamy serialu dla pięciu minut w tygodniu, ale dla czterdziestu więcej. Dokładnie tyle jeszcze przed nami i liczę, że finał, który powinien skupiać się już tylko na jednym wątku, zmieni moją ocenę sezonu z „nieźle” na „naprawdę dobrze”. Mimo wszystko ja go naprawdę polubiłem.

American Horror Story
S03E12: Go to Hell
emisja: 22.01.2014

Piotr ‘Ramzes’ Mrowiec
Kiedyś marzył o byciu astronomem, dzisiaj już nie marzy, tylko jest filologiem. Humanista z wyboru, umysł ścisły w sercu. Zawsze z milionem pomysłów do napisania czegoś i zbyt rozwiniętym leniem, by faktycznie to zrobić. Na oglądaniu seriali spędza zdecydowanie zbyt dużo czasu, ale już nauczył się z tym żyć i przyznawać do tego.

Piotr "Ramzes" Mrowiec

Kiedyś marzył o byciu astronomem, dzisiaj już nie marzy, tylko jest filologiem. Humanista z wyboru, umysł ścisły w sercu. Zawsze z milionem pomysłów do napisania czegoś i zbyt rozwiniętym leniem, by faktycznie to zrobić. Na oglądaniu seriali spędza zdecydowanie zbyt dużo czasu, ale już nauczył się z tym żyć i przyznawać do tego. Ideałem dla niego byłyby podróże po świecie i opisywanie swoich doświadczeń.