Fot. FX

Początek nowej ery (American Horror Story, finał: S03E13)

Artykuł zawiera spoilery.

Po raczej rozczarowującej drugiej połowie Coven nie liczyłem na cudowne domknięcie historii w finale, które nagle połączy wszystkie kropki, dzięki czemu wyłoni się pełny obraz, wszelkie niedomówienia czy błędy zostaną wyjaśnione, a wszystko nabierze sensu i klarowności. Zamiast tego miałem nadzieję, że The Seven Wonders będzie przyzwoitym odcinkiem i zakończeniem sezonu, który przecież ruszał w październiku z dużym kredytem zaufania i potencjałem, a ostatecznie gdzieś na przestrzeni tych kilku miesięcy znacznie je nadwerężył. Ostatecznie finał nie zawiódł jakoś strasznie, ale mimo to jego ocena wymyka się jednoznacznym osądom. Jak zwykle krytyki nie muszą obawiać się aktorzy – od trzech lat American Horror Story ma niezwykle solidną obsadę, która w tym roku na tle dziurawego scenariusza stanowi najmocniejszy punkt serialu. W finale pozostało już niewielu bohaterów (ale dla twórców to oczywiście było za mało, więc pozbyli się jeszcze paru), ale do końca prezentowali poziom, do jakiego nas przyzwyczaili. Mnie urzekła przede wszystkim Frances Conroy w roli Myrtle, a o sympatii do Lily Rabe jako Misty już nawet nie muszę wspominać.

Fot. FX

Fot. FX

Bez zarzutu prezentowała się również strona audiowizualna. Główny motyw muzyczny tego sezonu dalej brzmi dobrze, świeżo i dość uniwersalnie, bo pasuje pod różne sytuacje. Kostiumy z kolei, mimo że w większości minimalistyczne, bardzo pasują bohaterom, a szczególnie proste suknie czarownic nawiązujące w oczywisty sposób do przeszłości. Cieszy także scenografia i dbałość o detale. Co prawda to raczej Marie i wszystkie elementy związane z voodoo, w tym wszelakie rekwizyty, wypadały pod tym względem lepiej, ale siedziba Cordelii i jej podopiecznych również skrywała parę skarbów. Szkoda tylko, że w drugiej połowie Coven zabrakło oszałamiających wizualnie rytuałów magicznych, które tak zachwycały na początku, właśnie drobiazgami i dopieszczeniem detali. Jeśli chodzi natomiast o fabułę finału, to tu już zaczynają się schody, bo mam problem z jego oceną. Nie ukrywam, że odcinek w kilku momentach porządnie mnie zaskoczył i to pozytywnie. Ponadto skupienie się na jednym wątku wyszło mu zdecydowanie na dobre, bo nie przeskakiwaliśmy chaotycznie z miejsca na miejsce, ale zamiast tego pojawiły się problemy z tempem i nastrojem, które były trochę nierówne. To zresztą jedna z największych bolączek całego sezonu – kiedy nie trzeba, wątki rozwlekano, gdy przydało się nieco odpoczynku, przyspieszaliśmy. W The Seven Wonders doświadczaliśmy sinusoidy – najpierw pełna powaga przy przemowie Myrtle, następnie szczeniackie zachowania czwórki kandydatek, potem błyskawiczne zwroty emocji ze smutku w radość i na odwrót, wreszcie sztampowe do bólu nagłe uwierzenie we własne umiejętności w wykonaniu bohatera i gwałtowny happy end (już nawet nie rozpisuję się na temat teledysku w miejscu sceny otwierającej). Swoją drogą struktura odcinka mocno przypominała mi schemat gry, w której jedynie po wykonaniu misji można przeskoczyć na wyższy poziom. Wprawdzie taka konstrukcja sama w sobie mi nie przeszkadza, ale jednak ani trochę nie pasuje ona na tle całości Coven.

Fot. FX

Fot. FX

I tu z kolei dochodzimy do kolejnej słabości tego sezonu – wspominanej już przeze mnie we wcześniejszych tekstach niekonsekwencji scenarzystów oraz ich niezrozumiałych posunięć. W finale znowu trochę się tego znalazło. Sposób, w jaki potraktowano Misty, choć godzi boleśnie w mój sentyment do niej, trudno uznać za nonsensowny, ale Zoe? Sam fakt, że jej wypadek posłużył jako narzędzie do pozbycia się Madison oraz przyczynę wzrośnięcia w siłę Cordelii, dałoby się przeboleć, ale nie w przypadku zdarzenia, któremu z logiką bardzo nie po drodze. Podobnie sprawa wygląda z Madison – najpierw kontroluje Kyle’a wedle swoich zachcianek, a następnie nie potrafi sobie z nim poradzić (można oczywiście przyjąć, że stres, zaskoczenie, itd., ale to wciąż niespójność z tym, co widzieliśmy raptem kwadrans wcześniej!). Milczeniem pominę również nagły przypływ mocy u młodzieży stojący w jawnej sprzeczności z informacją z pierwszego odcinka, jakoby czarownica kontrolowała tylko jedną zdolność. Wreszcie Cordelia. Czy naprawdę przy wyborze następczyni Fiony nikt wcześniej nie brał pod uwagę jej własnej córki? To ja się nawet nie dziwię, że ta wspólnota aż tak ucierpiała w ciągu zaledwie kilku tygodni.

Fot. FX

Fot. FX

Starając się jednak patrzeć w pełni obiektywnie na finał, mam wrażenie, że, traktując łagodnie wszelkie niekonsekwencje, to był niezły kawałek telewizji, ale… tylko w oderwaniu od reszty sezonu, nie jako część całości. Powiem więcej – uważam, że gdyby reszta odcinków wyglądała tak jak The Seven Wonders czy premierowe Bitchcraft, serial jedynie by na tym skorzystał. Przede wszystkim zyskałby na spójności, bo po bardzo obiecującym początku i skupieniu się na zupełnie innych elementach opowiadanej historii niż w Asylum oraz Murder House, Coven w pewnym momencie zatraciło swoją świeżość, a o treść niestety nie zadbano równie skrupulatnie co o formę. Krew i przemoc w drugiej połowie sezonu zaczęły sprawiać wrażenie wrzucanych na siłę, a przecież początkowe odcinki i wszelkie motywy związane z Marie i praktykowaną przez nią magią prezentowały się perfekcyjnie i idealnie uzupełniały serial o motywy grozy i tego, co obce, niekomfortowe. Gdyby makabrę utrzymano w takim stylu i na takim poziomie, myślę, że nie pisałbym teraz tak wiele na temat mojego rozczarowania tym elementem.

Fot. FX

Fot. FX

Uczciwie należy jednak przyznać, że to mało istotne w porównaniu do największego problemu Coven, czyli kompletnego ignorowania przez scenarzystów przełomów, które najpierw sami stwarzali, po czym wracali do wcześniejszego status quo. Wytrych umożliwiający przywrócenie zmarłych bohaterów do życia, w postaci Misty i jej zdolności wskrzeszania, miał początkowo swój urok, ale w momencie, kiedy wykorzystywano go niemal co odcinek, zupełnie stracił na wartości. Trudno się przejąć losem ofiary, jeśli wiemy, że istnieje szansa, że jeszcze ją zobaczymy. Poza tym uważam, że twórcy podeszli zbyt ambitnie do tego sezonu. Mnogość rozpoczętych tematów w pewnej chwili zaczęła działać mocno na niekorzyść serialu, czego efektem był albo niesatysfakcjonujący rozwój sytuacji (wojna na linii Fiona–Marie, z której ostatecznie nie wynikło nic) albo całkowite zaprzepaszczenie potencjału danego wątku – przecież sposób, w jaki zmarnowano historię Kyle’a, woła o pomstę do nieba (na szczęście w finale został chwilowo moim bohaterem, kiedy zapytał Spaldinga „Who the hell are you?”; chociaż jeden potrafił zadać właściwe pytanie). Żałuję również, że scenarzyści tak słabo wykorzystali Coven jako pretekst do zabrania głosu na temat rasizmu czy pozycji kobiet w społeczeństwie. Wszystko leżało gotowe na tacy, a dobrze wiemy, że twórcy serialu potrafili w poprzednich latach zaangażować się w sposób nienachalny w dyskusję dotykającą istotnych kwestii społecznych. W bieżącym sezonie mieliśmy silne kobiety, a także magię, do której tylko one miały dostęp, a do tego postać zatwardziałej rasistki i psychopatki „przeniesionej” z dziewiętnastego wieku w okres urzędowania Baracka Obamy. Płaszczyzna pod dysputę zatem obiecująca. Tymczasem co robią panowie Murphy i Falchuk? Jednej z dwóch jedynych czarnoskórych bohaterek każą sprzedawać kurczaki w panierce.

Fot. FX

Fot. FX

The Seven Wonders nie zaprezentował się bardzo źle jako finał, szczególnie że miał całkiem satysfakcjonujące domknięcie historii. Wprawdzie sam przeskok z klimaksu na epilog ciut zbyt gwałtowny, a ostatnie sceny z tabunem dziewcząt chyba niepotrzebnie aż tak cukierkowe, ale wydaje się, że swoją rolę jako koniec spełniły. Z drugiej strony to jednak tylko poprawny odcinek, a American Horror Story już nas przyzwyczaiło, żeby wymagać od niego więcej. Tym bardziej od całego sezonu, a pod tym względem Coven ma wiele grzechów na sumieniu. Co prawda gdyby podsumować wszystko, co było w nim gorsze i lepsze, i tak okaże się, że to niezły tytuł, ale niestety im bliżej końca, tym więcej wad się pojawiało, i chyba właśnie to, przy całym moim uwielbieniu dla konceptu tej historii i pojawiających się w niej postaci, zaważyło na ogólnym rozczarowaniu. Spodziewałem się czegoś lepszego i przede wszystkim konsekwentniejszego, a dostałem niedopracowany produkt, który pokazuje, że to jednak Asylum dalej dzierży palmę pierwszeństwa w swoim gatunku i pozostaje modelowym serialem grozy. Nic, tylko czekać do października, żeby się przekonać, czy nowy rozdział antologii nie zamiesza w tak ustalonym porządku.

American Horror Story
S03E13: The Seven Wonders
emisja: 29.01.2014

Piotr "Ramzes" Mrowiec

Kiedyś marzył o byciu astronomem, dzisiaj już nie marzy, tylko jest filologiem. Humanista z wyboru, umysł ścisły w sercu. Zawsze z milionem pomysłów do napisania czegoś i zbyt rozwiniętym leniem, by faktycznie to zrobić. Na oglądaniu seriali spędza zdecydowanie zbyt dużo czasu, ale już nauczył się z tym żyć i przyznawać do tego. Ideałem dla niego byłyby podróże po świecie i opisywanie swoich doświadczeń.