Fot. The CW/The WB

Piekło, niebo i to coś pomiędzy (Supernatural, S01–S05)

Artykuł nie zawiera spoilerów.

 

Supernatural to – parafrazując Gombrowicza – pierwszorzędny serial drugorzędny.

Na początek wyjaśnijmy sobie jedno: w żadnym wypadku nie uważam, by określenie takie jakiemukolwiek dziełu uwłaczało. Wręcz przeciwnie. Stworzyć perełkę klasy B to rzecz nieraz trudniejsza od stworzenia arcydzieła. Arcydzieło, tytaniczny pomnik intelektu, ma w sobie dla mnie coś nieludzkiego; owszem, zachwyca, ale też jest to niemy zachwyt poddanego, który może tylko upaść na twarz i oddać cześć wielkości. Królową Śniegu można wielbić, lecz nie sposób jej pokochać. A klasa B musi być ludzka, bo bez ludzi nie istnieje: albo dzieło się spodoba, rozkocha w sobie rzesze fanów, albo znika bez śladu.

Sądząc więc po tym, że serial zaplanowany pierwotnie na trzy sezony, a następnie przedłużony do pięciu, wszedł niedawno w sezon dziewiąty, Supernaturalowi ta sztuka zdecydowanie się udała.

Fot. The CW/The WB

Fot. The CW/The WB

A zaczęło się tak niewinnie. Supernatural to historia dwóch braci Winchesterów, Sama i Deana, którzy niestrudzenie przemierzają amerykańską prowincję stylowym 1967 Chevroletem Impalą, walcząc z nadprzyrodzonym złem we wszelkich jego przejawach. A jest tego zła cała masa, bo i demony kupujące ludzkie dusze, i niewiele od nich lepsze anioły, i czyhające w mroku wampiry wraz z wilkołakami, i zmiennokształtne bestie, i stare bóstwa jak z Amerykańskich bogów Gaimana, i cała reszta demoniczno-fantastycznej menażerii rodem z popularnych horrorów. W swej warstwie mitologicznej Supernatural przypomina trochę erpegowy Świat Mroku: to pojemny worek wszystkich możliwych popkulturowych „nadnaturalnych” tropów, gdzie nasza ludzka rzeczywistość jest miejscem nieustannych starć mrocznych, tajemniczych sił, a potwory żyją w najlepsze między niczego nieświadomymi ludźmi. I źle by się pewnie działo, gdyby nie Łowcy tacy jak Sam i Dean – którzy, porzuciwszy na zawsze normalne życie, przysięgli sobie bronić tych, którzy nie mogą obronić się sami.

Nie znam co prawda sekretnej formuły serialu skazanego na sukces, jaką pewnie wysmażyli już dawno (i zamknęli na cztery spusty) amerykańscy spece od telewizji, ale podejrzewam, że jednym z najważniejszych składników gwarantujących serial-samograj jest motyw wędrówki. Jeśli postacie przemierzają świat w poszukiwaniu przygód, można w zasadzie być pewnym, że tych przygód im nie zabraknie – dość spojrzeć na Doctora Who, którego bohater od pięćdziesięciu lat ku uciesze widzów tuła się po kosmosie, a nam wciąż mało. W tym właśnie modelu, zrealizowanym pod postacią proceduralowej konwencji „potwora tygodnia”, Supernatural czuje się jak ryba w wodzie. Nie spodobały ci się, widzu, wampiry? Zostań z nami, w kolejnym odcinku Winchesterowie zmierzą się z duchem w sierocińcu. Wolisz domy wariatów i halucynacje? Oglądaj, doczekasz się i tego. A może nade wszystko kręci cię atmosfera amerykańskiej prowincji z książek Kinga, wszystkie te tanie motele, klasyczny rock’n’roll w radiu i hamburgery w przydrożnym dinerze? W takim razie zostań z nami koniecznie, bo tego dostaniesz całe mnóstwo. Bo potwory potworami, zło złem, ale esencją Supernaturala jest właśnie niepowtarzalna atmosfera życia w drodze, jakie wiodą Dean i Sam. Przygodnych romansów z twardymi dziewczynami, rozmów o życiu podczas jazdy w deszczu, alkoholu sączonego w tysięcznym z kolei małym barze. Można się wciągnąć, wczuć nawet wtedy, gdy same horrorowe fabuły nas nie zachwycają. Ja się wciągnąłem.

Fot. The CW/The WB

Fot. The CW/The WB

Serial drogi z konieczności musi mieć mocne postacie przewodnie – komuś w końcu w tej drodze trzeba towarzyszyć. To kolejne wyzwanie dla twórców kategorii B: stworzyć głównych bohaterów na tyle uniwersalnych, „everymanowych”, by pasowali do każdej przygody i każdego widza, a zarazem na tyle charakterystycznych i ciekawych, byśmy się nimi nie znudzili. W tej sferze twórcy Supernaturala absolutnie trafili w dziesiątkę, bo duet braci Winchesterów to bez dwóch zdań najmocniejsza strona produkcji. Jak to w przypadku duetów, postawiono na kontrast. Dean to brat starszy, buntowniczy, niepokorny, niechętny introspekcji i gadaniu o uczuciach, na ogół bardzo zadowolony z pozbawionego zobowiązań i ekscytującego życia Łowcy – ale też wściekle opiekuńczy w stosunku do Sama oraz podskórnie przepojony żalem za tym drugim, zwyczajnym rodzinnym życiem, którego nie dane mu było doświadczyć. Sam z kolei to typowe „dobre dziecko”, grzeczne, ułożone, uprzejme i uczynne, z równie typową tendencją do ryzykownych zachowań, które mają udowodnić, że się wcale takim grzecznym nie jest. A że w dodatku spośród rodzeństwa to właśnie Sammy przejawia mocniejszą detektywistyczną żyłkę i nieco bardziej analityczny umysł, to jemu najczęściej przypada rola mózgu operacji. (Obaj bracia są, rzecz jasna, świetni w swoim fachu: strzelić w ducha solą z dubeltówki czy opryskać demona wodą święconą potrafią tak samo dobrze). Z tych eksploatowanych wciąż różnic charakterów wynika cała dynamika serialu – kto ma rodzeństwo, ten wie, ile „dramy” generuje fakt, że jest się tak blisko z kimś tak od nas różnym, a w dodatku relacji tej nie można tak po prostu zerwać. Jest co oglądać. Sam i Dean toczą niezliczone spory, docinają sobie i przygadują, żartują z siebie nawzajem, a kiedy trzeba, toczą głębokie rozmowy o życiu – i choć dostajemy tego tak dużo, w żadnym momencie nie miałem wrażenia, że dynamika między braćmi jest wymuszona. Wręcz przeciwnie, Jared Padalecki i Jensen Ackles mają w duecie fenomenalną chemię – i mówię to ja, człowiek, który chemii między aktorami zazwyczaj w ogóle nie dostrzega.

Fot. The CW/The WB

Fot. The CW/The WB

Nie znaczy to, oczywiście, żeby w serialu nie było innych postaci albo wątku przewodniego, który spajałby przygody z „potworami tygodnia”. Sytuacją, która napędza całą wędrówkę po Stanach, jest dla Winchesterów tragedia, jaka lata temu rozbiła ich rodzinę: tragiczna śmierć matki z rąk żółtookiego demona. Demon ten ma zresztą jakieś niecne plany względem Sama, łatwo zatem zrozumieć determinację braci w kwestii odnalezienia i zlikwidowania niemilca. W walce tej towarzyszy im ojciec, John Winchester, twardy mężczyzna, od którego chłopcy nauczyli się trudnego fachu, a także przyjaciel rodziny, Bobby, który pełni funkcję chodzącej encyklopedii i ruchomego centrum dowodzenia (zaś od czasu do czasu kopie tyłki bestiom z piekła rodem). W miarę rozwoju fabuły pojawiają się także kolejne mocno zarysowane postacie drugoplanowe, od elementu żeńskiego w postaci nieco matczynej Łowczyni Ellen Harvelle i jej buntowniczej córki Jo aż po rozmaite anioły i demony, z którymi familia Winchesterów walczy lub zmuszona jest współpracować. Z tego grona warto wymienić jedną postać, która do tego stopnia podbiła serca widzów, że weszła do głównej obsady i często umieszczana jest na plakatach promocyjnych jako „trzeci protagonista” – mowa o Castielu, tajemniczym aniele, który na czas wtrącania się w ziemskie sprawy przyjął ciało zmęczonego życiem, odzianego w prochowiec detektywa. Castiel wprowadza w serial zarówno humor (dzięki swej nieznajomości ludzkich obyczajów), jak i powagę (jako kontakt z Niebem), i doskonale uzupełnia dynamikę duetu Winchesterów.

Fot. The CW/The WB

Fot. The CW/The WB

No dobrze, ale wszystko to już przecież znamy. Największym problemem popkultury jest wtórność. Supernatural mierzy się z nim inaczej niż na przykład Lost. Zamiast próbować ze znanych elementów sklecić oryginalną (a przez to udziwnioną) mitologię, serial o przygodach Winchesterów stawia na prostotę i spójność. Skoro kino drogi i kingowska prowincja, to także gorzka nieco wizja świata jako areny starć między całkiem przyziemnym złem a równie niewzniosłym dobrem. Demony i anioły knują niczym politycy, potwory zabijają, by przeżyć. Małe zwycięstwa, małe klęski, ludzie jako pionki w grze między Piekłem a Niebem, ale pionki obdarzone własnym rozumem, przez co nieraz potrafią porządnie namieszać w rozgrywce. Istotą człowieczeństwa jest tu bunt, a najlepszą strategią – walka do upadłego. Znane, ale mocne i pożywne. Jak prawdziwy amerykański hamburger z zimnym piwem na kolację.

Tym zaś, co sprawia, że nadnaturalny misz-masz wątków i pomysłów nie nuży, jest ironiczny dystans, jaki serial ten ma do samego siebie. Supernatural nieustannie bierze własną powagę w cudzysłów: a to wprowadzi mnóstwo śmiechu dzięki postaci złowrogiego w swej figlarności Trickstera (fenomenalne odcinki!), a to każe bohaterom trafić na przezabawny konwent fanów „supernaturalnych” historii, a to znów w najlepszym postmodernistycznym stylu nakazuje Samowi i Deanowi przenieść się w świat telewizji, gdzie bohaterowie ze zgrozą konstatują, że telewizja to jednak straszna bzdura. Supernatural znany jest z nieustannego flirtu, jaki toczy na ekranie z własnym wyjątkowo aktywnym fandomem – i ten flirt przydaje serialowi tak potrzebnej lekkości. No bo jak tu wpaść w melancholię po setnej z kolei ciężkiej rozmowie o trudnym losie Łowcy, gdy odcinek później Winchesterowie spotykają grupę polujących na duchy nieudaczników, uzbrojonych w kamery i lipne „wykrywacze ektoplazmy”, którzy traktują ich jak totalnych amatorów?

Fot. The CW/The WB

Fot. The CW/The WB

Nieprzypadkowo zajmuję się w tym artykule wyłącznie sezonami Supernaturala od jeden do pięć. Końcówka sezonu piątego to moment, w którym serial bardzo wyraźnie rozłamuje się na dwie części: domykają się wszystkie dotychczasowe wątki, finał ma posmak Wielkiego Finału, a nasi bohaterowie stają przed wyborami, które na zawsze ich zmieniają. Wynika to, rzecz jasna, ze wspomnianego na początku faktu, że według pierwotnego planu głównego twórcy, Erica Kripkego, w tym właśnie punkcie seria miała się zakończyć. Oglądalność była jednak tak wielka, że stacja telewizyjna stanowczo zażądała dalszych odcinków. Cóż, nasz klient, nasz pan – akcja toczy się dalej, czuć jednak, że to już nieco inna historia, tym bardziej, że na początku fabuła wyraźnie ugina się pod ciężarem zakończonej opowieści. Nekromancja to niełatwa sztuka. Stopniowo jednak ten nowy Supernatural nabiera impetu, a że oglądalność w USA z sezonu na sezon tylko wzrasta, jestem dobrej nadziei i oglądam dalej.

Tymczasem zaś z czystym sumieniem polecam pierwszych pięć serii jako zamkniętą całość – to naprawdę doskonała rozrywka na deszczowe wieczory, a sądząc z faktu, że na temat Supernatural powstało co najmniej kilka prac licencjackich, także niezła pożywka dla myśli. Dajcie się wyciągnąć na przejażdżkę Impalą. Warto.

Supernatural
supernatural drama
The CW/The WB, USA, 2005–

Przemek Zańko

Czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.