„Czytałeś Biblię? / Poczekam, aż sfilmują” (Jezus z Nazaretu)

„Czytałeś Biblię? / Poczekam, aż sfilmują” (Jezus z Nazaretu)

Artykuł zawiera spoilery z Biblii.

Produkcje o tematyce biblijnej czy może raczej ich twórcy życia lekkiego nie mają. Z jednej strony nie można  zbytnio upraszczać i tworzyć czegoś w rodzaju ilustracji konkretnych scen opisanych  w Piśmie Świętym, z drugiej niemile widziana jest przesadna swoboda realizatorska. Trzeba uważać, by widza nie zanudzić, ale także, by nie sprowokować oskarżeń o bluźnierstwo. Widzowie z dystansem  odnoszą się także do dzieł nadmiernie pomnikowych i epickich, w których dekoracje przyćmiewają fabułę, zaś aktorzy wygłaszają swoje kwestie z namaszczeniem i patosem. Nie można wreszcie za bardzo uwspółcześnić materiału, głównie w warstwie językowej i obyczajowej, gdyż często prowadzi to do śmieszności.

Fot. Rai 1 / ITV / NBC

Fot. Rai 1 / ITV / NBC

Nie znaczy to, że dobrych seriali biblijnych nie ma. Myśląc o takowych szczególnie miło wspominam dwa. Pierwszy to dosyć popularne swego czasu animowane dziełko studia Hanna-Barbera: The Greatest Adventure: Stories from Bible (rozpowszechniane na kasetach video i emitowane w telewizji jako Historie biblijne). Śledziliśmy w nim przygody trójki młodych archeologów, którzy w egipskim sarkofagu znaleźli wrota umożliwiające im podróże w czasie i w ten sposób trafili na przykład na pokład arki Noego czy stali się świadkami tryumfu Dawida nad Goliatem albo wojska Jozuego pod Jerychem. Twórcy wykazali tu zatem pewną kreatywność, kolejne odcinki były interesujące i dynamicznie poprowadzone, wiele scen –  czasami dość mocnych jak dla młodego widza, do którego przede wszystkim był on skierowany – zapadało w pamięć, zaś humor i wszelkie bardziej „współczesne” odniesienia nie wywoływały zażenowania.

Drugie dzieło, głębsze, skierowane już do widza starszego to  Jezus z Nazaretu z 1977 roku.  Za kamerą tej telewizyjnej produkcji opowiadającej o narodzinach, życiu, śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa stanął Franco Zeffirelli (będący wówczas twórcą pozytywnie przyjętej adaptacji Romea i Julii oraz interesującego filmu o św. Franciszku Brat Słońce, Siostra Księżyc), zaś jednym z autorów scenariusza został słynny powieściopisarz, autor Mechanicznej pomarańczy, Anthony Burgess. Rezultatem był  trzyodcinkowy miniserial, który także i dzisiaj  uznawany jest za najlepsze co można osiągnąć w omawianym gatunku. Przyjął się na tyle dobrze, że w latach  80. powstała kontynuacja (A.D.  – Anno  Domini), poświęcona losom zarówno rozpoczynających swoją misję apostołów, jak i władców młodego cesarstwa rzymskiego, w którym uczniom Chrystusa przyszło działać.

Fot. Rai 1 / ITV / NBC

Fot. Rai 1 / ITV / NBC

W obsadzie aż roi się od znanych wykonawców, obsadzonych w mniejszych lub większych rolach. Wymienię tylko niektórych – Michael York, James Earl Jones, Anne Bancroft, Anthony Quinn, Laurence Olivier, Ian Holm, Rod Steiger, James Mason, Christopher Plummer czy Peter Ustinov. Angażowanie sław to jeden ze znaków rozpoznawczych biblijnych produkcji. We wspomnianym serialu Hanny-Barbery też mogliśmy usłyszeć kilka znanych głosów  – Tim Curry’ego, Stephanie Zimbalist czy Vincenta Price’a.  Bardzo często taka praktyka kończy się jednak określeniem danej produkcji mianem rewii gwiazd, które nie mają za wiele do zagrania, a pojawiają się tylko po to, by przyciągnąć widzów przed telewizor lub do kina. Najlepszym przykładem pozostaje wcześniejsza od Jezusa o  dwanaście lat filmowa Opowieść wszechczasów, która również pełna była znanych nazwisk (Max von Sydow, Charlton Heston, Telly Savalas, Claude Rains), co jednak nie wpłynęło pozytywnie na nudny obraz, a miejscami  tworzyło zabawne sytuacje (legenda westernu, John Wayne, pojawia się jako stojący pod krzyżem setnik tylko po to, by z kowbojskim akcentem wygłosić świadectwo „Prawdziwie, ten był Synem Bożym”). Tymczasem Zeffirellemu udało się w znacznej części wykorzystać zaproszonych wykonawców, a niektórzy z nich dostali możliwość stworzenia prawdziwych kreacji (np. inna gwiazda męskiego kina  amerykańskiego, Ernest Borgnine, który podobnie jak Wayne wcielił się w postać setnika, jednak udało mu się z tą rolą zrobić znacznie więcej niż Księciu).

Mówiąc o aktorach osobne miejsce należy poświęcić odwtórcy roli tytułowej, czyli Robertowi Powellowi. Początkowo twórcy planowali zaaangażowanie bardziej rozpoznawalnego aktora, (myślano o Alu Pacino oraz Dustinie Hoffmanie), w końcu postanowiono jednak skorzystać z wykonawcy mniej znanego. Wybór umiarkowanie popularnego Powella[1] to strzał w dziesiątkę. Jego Chrystus kryje bowiem w sobie coś niezwykłego, coś co odbija się w spokojnej twarzy i w niesamowitych oczach, Boski pierwiastek oraz majestat władcy, którego królestwo „nie należy do tego świata”. Jest jednak także niezwykle ludzką, pokorną i życzliwie nastawioną do otoczenia, świadomą swego posłannictwa osobą. Praktycznie w żadnej scenie nie ma się wrażenia, że aktor przeszarżował albo przeciwnie – że nie wykorzystał swojego potencjału. Jego Jezus to to Jezus spokojny, ale nie letni, bierny. Oglądamy raczej ten rodzaj spokoju, który kojarzy się z dającą  poczucie bezpieczeństwa pełną kontrolą sytuacji[2]. Osobiście stawiam Chrystusa z serialu Zeffirellego obok interpretacji Willema Dafoe z Ostatniego kuszenia… oraz obok prawie nieobecnego, a  jednak niezwykle silnego Zbawiciela z Ben Hura ze wspominanym Hestonem.

Fot. Rai 1 / ITV / NBC

Fot. Rai 1 / ITV / NBC

Wyważenie  pomiędzy sacrum i profanum jest zresztą charakterystyczne dla serialu. Fabularnie nie odbiega on zbytnio od tego co przekazują Ewangelie, choć oczywiście pojawiają się rozmaite zmiany, skróty, pewne wydarzenia i postaci zostają pominięte, a niektórzy bohaterowie  stanowią konglomerat kilku innych. Nie jest to nic nowego, podobne zabiegi spotykamy przy wielu adaptacjach dzieł literackich albo historycznych, jednak nie zawsze są one fortunne. W przypadku serialu Zeffirellego jest na szczęście inaczej. Taki Judasz Iskariota jest – jak zresztą w większości nowoczesnych interpretacji tej postaci – bohaterem tragicznym; nie zdradza Chrystusa z pobudek materialnych, co raczej politycznych. Zeffirelli skojarzył go z ruchem zelotów i uczynił agentem czołowych działaczy tegoż ugrupowania, a przede wszystkim niejakiego Zeraha, który – rozczarowany postawą Jezusa wobec Rzymian – nakłania apostoła do zdrady. Wszystko to ładnie komponuje się z wątkiem politycznym, dotyczący napięć pomiędzy Żydami a rzymskimi okupantami, który zajmuje zresztą sporo miejsca i choć pewnie można by znaleźć nieścisłości historyczne, to od strony fabularnej trudno mu coś zarzucić. Inny całkiem dobry pomysł twórców polega na wykorzystaniu przypowieści o synu marnotrawnym; Jezus posługuje się nią, by pogodzić wrogów, swoich przyszłych uczniów – zachłannego Mateusa oraz prostodusznego Piotra, których waśń została wcześniej silnie zarysowana. Przede wszystkim jednak twórcy zadbali o to, by produkcja nie była wykładnią formułek, recytowanych przez kolejnych wykonawców zakazów i nakazów. Praktycznie każda osoba  –  czy to Maria Magdalena, czy Piłat- jest człowiekiem z krwi i kości, ze swoimi wątpliwościami, problemami i motywacjami, a jednak nigdy nie zapomina się o tym, że ogląda się dzieje bohaterów należących do innego miejsca i czasu.

Fot. Rai 1 / ITV / NBC

Fot. Rai 1 / ITV / NBC

Jezus z Nazaretu nie jest być może arcydziełem telewizji, ale jest serialem dobrym choćby o tyle, że udaje mu się uniknąć problemów jakie zostały wymienione na początku tekstu. Nie popada w skrajności, nie jest ani przesadnie obrazkowy, ani zbyt śmiały w przedstawianiu biblijnych zdarzeń. Nie powinien wywołać oburzenia[3] czy uśmieszku politowania, nie zniesmaczy tym czy owym, nie zostanie odebrany jako nachalnie moralizatorski, za to pokaże, że Pismo Święte można  w przenieść na ekran w wywołującej zainteresowanie formie.

Rai 1 / ITV / NBC

Rai 1 / ITV / NBC

[1]    Co ciekawe  jedną z jego  wcześnieszych, bardziej znanych ról był kapitan Walker w rock-operze Tommy, gdzie pojawia  się (w wizji swojego syna, tytułowego bohatera) w pozie przywodzącej na myśl ukrzyżowanego Chrystusa.

[2]    Jak na ironię scena uspokojenia burzy na jeziorze nie została w serialu ukazana.

[3]    Choć oczywiście są wyjątki – w latach 70. przeciwko serialowi występowała grupa protestantów, którzy uznali przedstawienie Chrystusa – ich zdaniem zdecydowanie zbyt „człowiecze” – za bluźniercze.

Jesus of Nazareth / Gesu di Nazareth
historical drama, biblical
Rai 1/ITV/NBC, 1977

Maciej Gaździcki

Miłośnik popkultury, szeroko pojętej fantastyki i historii. Uwielbia kreskówki, w których są lasery, miecze, roboty, kosmici, stróże prawa, agenci, wojownicy, imperatorzy, superbohaterowie i superzłoczyńcy. Co do seriali, to można powiedzieć, że lubi te z takimi samymi elementami, co w kreskówkach, ale tak naprawdę to jest skłonny sięgnąć po wszystko z dobrymi fabułą, aktorstwem i klimatem. No i regularnie wraca do polskiej klasyki.