Doktor Lecter, czyli jak przestałem się martwić i pokochałem spoilery

Doktor Lecter, czyli jak przestałem się martwić i pokochałem spoilery

Artykuł, jak na ironię, nie zawiera spoilerów.

– No i w tym piętnastym sezonie jest taki super motyw…
– Jaki?
– A, wiesz, nie chcę ci psuć przyjemności. Obejrzyj sobie.

Też miewacie takie rozmowy, gdy ktoś próbuje Was zachęcić do obejrzenia serialu? Też czujecie się jak dzieci Teda Mosby’ego z How I Met Your Mother, pragnące tylko odpowiedzi na tytułowe pytanie, a raczone przez dziewięć sezonów opowiastkami o tym, co ich ojciec oraz przyszywane ciocie i wujkowie wyczyniali w młodości? Może pora powiedzieć wreszcie głośno: przestańmy bać się spoilerów, zagrożenie, jakie niosą, jest wyolbrzymione!

Dzieci Teda Mosby'ego

„– Tato, muszę iść, umówiłem się z… – Jasne, jasne, już kończę.” | Fot. CBS

Oczywiście nie wszyscy się ich boją. Przemek w swojej własnej Pieśni Lodu i Ognia (tylko minimalnie mniej epickiej niż ta popełniona przez George’a R.R. Martina, za to o wiele treściwszej) doskonale ujmuje schizofreniczny stosunek, jaki nasza kultura żywi wobec spoilerów. Są asceci, którzy nie chcą wiedzieć nic, są też hedoniści, pragnący stopniowo wzmagać i przedłużać przyjemność za pomocą okruchów informacji, ploteczek, spekulacji. Ale obie patrzące na siebie wrogo frakcje wyznają jednego boga, którego imię: Zwrot Akcji. Zwrot Akcji ciągle objęty jest tabu głoszącym, że poznawać go można tylko w trakcie oglądania odcinka. Dlatego wciąż dyskutuje się nad tym, kiedy spoiler przestaje być spoilerem, dlatego zrywa się przyjaźnie, gdy ktoś nieopatrznie wyjawia, że Snape zabił Dumbledore’a, ale tylko dlatego, że ten drugi go o to poprosił. Sama nazwa „spoiler” jest zresztą znacząca: to coś, co psuje, po czym odcinek staje się gorszy.

Mam dla Was wiadomość: Zwrot Akcji to tylko złoty cielec i pora, żeby jakiś ikonoklasta porządnie trzasnął go młotem. Prawdziwy bóg kryje się gdzie indziej.

Złoty cielec

Źródło: wikipedia.org. Autor: Nicolas Pussin

Biblijne metafory to świetna zabawa, ale pora je porzucić i przenieść się do pogańskiego kraju, bez którego nie byłoby pewnie naszej kultury, literatury ani nawet seriali. Mowa o starożytnej Grecji.

Greccy tragicy (nazywani tak dlatego, że ich sztuki kończyły się źle, a nie dlatego, że były słabe) lubili korzystać z zabiegu zwanego ironią dramatyczną lub tragiczną. Termin ten odnosi się do sytuacji, w której bohater sztuki nie posiada pełnej wiedzy na temat sytuacji, w związku z czym w dobrej wierze podejmuje działania, które – o czym doskonale wiedzą widzowie – nie leżą w jego najlepszym interesie. Przykład: Edyp szukający mordercy, którym jest on sam; Romeo popełniający samobójstwo myśląc, że Julia się otruła. W obu przypadkach widzowie wiedzą coś, czego nie wiedzą bohaterowie, wiedzą też, że w związku z tym działania postaci na scenie muszą się skończyć katastrofą, o czym same postacie nie wiedzą.

Edyp w Kolonos

Wystarczyłby jeden spoiler, by temu zapobiec. | Źródło: commons.wikimedia.org. Autor: Jean-Antoine-Théodore Giroust

Obie sztuki pozostawiają pewną dozę niepewności co do tego, jak się to wszystko skończy – przynajmniej tym, którzy natykają się na nie po raz pierwszy – ale stanowią doskonały przykład sposobu myślenia o widzach, który nie jest dzisiaj zbyt popularny, takiego mianowicie, że można bez szkody dla przyjemności płynącej z oglądania dzielić się z nimi informacjami, i to na wczesnym etapie opowiadanej historii. Bo na czym zasadza się Zwrot Akcji, jeśli nie na tym, że istotną dla fabuły informację zataja się przed widzem, by ujawnić ją dopiero w kulminacyjnym momencie? Pół biedy, jeśli informację tę widz pozna równocześnie z bohaterem, ale zdarza się nawet, że w chwili najgłębszego kryzysu, gdy czarny charakter triumfuje, to bohater z pewnym siebie uśmiechem wyjawia jemu i nam, że przewidział złowrogi plan i przygotował kontrplan. Zagrożenie nie istniało nawet przez chwilę.

To są właśnie gliniane nogi wspierające monument ku czci Zwrotu Akcji. Jakże często jest to tylko wygodna sztuczka, dym i lustra maskujące niedostatki fabuły, dziury logiczne, niekonsekwentne postępowanie postaci, drewniane aktorstwo czy ograne żarty; wybieg, dzięki któremu widz przełknie największe nawet głupoty, byle tylko dowiedzieć się co dalej. Tymczasem we wszystkich tych elementach kryje się – co potwierdzają badania – przyjemność o wiele głębsza, którą odkrywamy dopiero, gdy zespoilerujemy sobie oglądaną historię. Dlatego niektóre seriale oglądamy po wiele razy, gdy już nie tylko Zwroty Akcji, ale i dialogi znamy często na pamięć. Dlatego powinniśmy być wdzięczni spoilerom, które niczego nie psują, które stanowią sito oddzielające ziarno od plew (mówiłem, że biblijne metafory to świetna zabawa).

Kolos Rodyjski

Król jest nagi! | Źródło: commons.wikimedia.org. Autor: Sidney Barclay

P.S. A skoro wspomniałem o ironii dramatycznej, która nie jest do końca tożsama ze spoilerem, to warto dodać, że i ona może być źródłem napięcia. Chętnie korzystali z niej niegdyś twórcy Homeland, z konieczności sięgają po nią także twórcy Hannibala, który zainspirował mnie do niniejszego wpisu: każdy, kto widział Milczenie owiec, ba, każdy, kto nie urodził się wczoraj, zna tajemnicę głównego bohatera i wie, w jaki sposób tenże skończy. A jak nas mimo to rozgrywki wyrafinowanego psychiatry z nieświadomym niczego otoczeniem pasjonują!

Artur Nowrot

Czło­wiek-i­ma­gi­na­cja! U­ro­dził się na Gór­nym Śląs­ku, miesz­ka w Kra­ko­wie – cho­ciaż lu­bi czys­te po­wie­trze. Chło­nie książ­ki, ko­mik­sy i se­ria­le, a wra­że­nia­mi dzie­li się tu­taj i na blogu Wysznupane. Re­da­gu­je i tłu­ma­czy. Jed­no ży­cie mu nie wys­tar­cza, więc naj­chęt­niej wy­myś­la his­to­rie (do ich spi­sy­wa­nia już się mu­si zmu­szać).